Rafał Woś: Niemcy? To imperium się nie sprawdza

Mamy w Polsce i Europie duży problem. Ten problem nazywa się Niemcy i zaczyna być trudny do zniesienia.
Bundestag - zdjęcie ilustracyjne
Bundestag - zdjęcie ilustracyjne / fot. Pixabay

Henry Kissinger powiedział o Niemcach, że są „zbyt duzi na Europę, ale zbyt mali na wielki świat”. Dziś na naszych oczach tamta gorzka przepowiednia guru XX-wiecznego realizmu geopolitycznego zaczyna się sprawdzać. Niemcy z trzeciej dekady XXI wieku nie zamierzają zadowolić się rolą jednego z wielu krajów Unii Europejskiej. Oni chcą przewodzić i mają do przewodzenia nie tylko szereg potrzebnych zasobów. Na dodatek w czasie tych minionych kilkunastu lat wyćwiczyli się w trudnej sztuce narzucania swojej wizji i woli pozostałym. Najchętniej robią to oczywiście dyskretnie – tak, by ich własny interes był dobrze zawinięty w sreberko z błękitnym logo zjednoczonej Europy. Ale jak trzeba, to umieją zadziałać i bardziej zdecydowanie. Kłopot polega na tym, że to nowe niemieckie przywództwo coraz częściej bywa dla Europy i dla Polski mocno problematyczne. Zaś obecny kryzys energetyczny – będący przecież bezpośrednią konsekwencją niemieckiego pomysłu na oparcie zielonej transformacji na tanim gazie z Rosji – to tylko jeden z wielu dowodów, że ten niemiecki leadership niedobrze nam wszystkim służy.

Faza 1. Dorastanie do mocarstwowości

Niemcy faktycznie przeszli w minionych trzydziestu-czterdziestu latach bardzo długą drogę. Jeszcze w latach 70. albo 80. XX wieku Republika Federalna była krajem bogatym i pod wieloma względami potężnym. Ale jednocześnie obstawionym całym szeregiem bezpieczników. Geopolitycznie i wojskowo ubezwłasnowolnieni przez Amerykanów. Do tego stopnia, że gdy w latach 70. Pentagon zauważył, że niemiecka polityka odprężenia w relacjach z ZSRR grozi energetycznym uzależnieniem EWG od Bloku Wschodniego, to boński rząd został natychmiast postawiony do pionu. Starczyło na kilka następnych dekad, a problem rozbijania Zachodu przez Rosję przy użyciu pułapki w postaci „taniej energii” (w sumie nic nowego pod słońcem) powrócił dopiero w początkach wieku XXI. Z kolei w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (poprzedniczki EWG) Niemcy Zachodni byli skazani na wieczne negocjacje z Francuzami i Brytyjczykami czy Włochami. Nawet marka niemiecka działała jak ekonomiczny bezpiecznik, który nie pozwalał Niemcom zanadto urosnąć. Ilekroć bowiem ich eksport zaczynał nadmiernie dominować kraje sąsiednie, to wzmacniał się kurs zachodnioniemieckiej waluty, dzięki czemu partnerzy handlowi odzyskiwali trochę oddechu i system wracał do zdrowej równowagi, w której gospodarcza kooperacja jest w interesie obu stron – a nie tylko jednej.

Upadek bloku wschodniego wywrócił ten system do góry nogami. Niemcom pozwolono wówczas na zjednoczenie. A mówiąc precyzyjnie, na włączenie dawnej NRD do Republiki Federalnej. W efekcie Niemcy urośli i spuchli. Odpowiednio o 43 proc. terytorium i 25 proc. populacji. I to w czasie, gdy inne kraje Europy – od Jugosławii po Czechosłowację – raczej się dzieliły. Zmiana politycznej rzeczywistości nie nadeszła od razu. Musiało upłynąć trochę czasu, zanim Niemcy przetrawili zjednoczenie. Politycy musieli się przenieść się z prowincjonalnego Bonn do Berlina. Za nimi podążyły medialne elity rezydujące przez cały okres powojenny w hanzeatyckim Hamburgu. Sama stolica też musiała dorosnąć do nowej roli. Trzeba było zapełnić fizyczne dziury po murze dzielącym miasto w latach 1961-1989. Zbudować nowy Urząd Kanclerski nad Szprewą (zwany ze względu na swoje walory estetyczne „pralką”). Zachodni kapitał potrzebował też trochę czasu, by poszaleć na biedniejszym i niedoinwestowanym Wschodzie. Ale i ten proces się w końcu domknął, znajdując swoje symboliczne zwieńczenie w (ślimaczącej się latami) finalizacji projektu wielkiego lotniska Berlin Brandenburg oraz odbudowie dawnego Zamku Berlińskiego – zburzonej po wojnie starej siedziby pruskich królów i niemieckich Kajzerów.

Bardzo podobnie było w polityce. Z początku nowe Niemcy wyglądały w zbyt dużym garniturze nowego europejskiego mocarstwa trochę nieporadnie. Przez co śmiesznie wyglądali nawet ci, co najwcześniej ostrzegali przed powrotem niemieckiej potęgi. No bo jak tu się bać Niemiec, które przeżywają swój udział w interwencji NATO w Kosowie w 1998 roku (początki rządu Gerharda Schroedera), jakby chodziło co najmniej o wybuch III wojny światowej? Stopniowo jednak ten nowy Berlin zaczął nabierać nowych kompetencji, a elity polityczne, medialne czy opiniotwórcze coraz lepiej czuły się w nowej centralnej roli centrum europejskiej polityki. Ten etap przypada już jednak raczej na czas trwania długich rządów Angeli Merkel. Przejmując władzę w roku 2005, ta enerdowska outsiderka wydawała się poza podejrzeniem. Wielu spodziewało się, że to raczej zachodnioniemieckie samce alfa wyprowadzą Berlin na szerokie wody. Tymczasem zrobiła to ona.

Faza 2. Długie rządy Merkel

W czasie tych 16 lat w Urzędzie Kanclerskim dorobiła się wielu pseudonimów. „Dziewczynka Kohla”, „Angie”, „Mateczka”, „Kanclerzyca od klimatu”. Żaden z nich nie oddaje jednak modelu przywództwa, który Angela Merkel zdołała stworzyć i narzucić reszcie Europy. Ten styl przywództwa nowych Niemiec składał się z dwóch kluczowych elementów. Pierwszym było takie forsowanie swoich interesów, by były one zawsze owinięte w opakowanie z błękitnym logo unijnym. Niemcy nie wychodzili i nie mówili wprost: „Chcemy zielonej transformacji polegającej na dochodzeniu do energetyki odnawialnej, której (tak się składa) jesteśmy światowymi liderami. A zrobimy to w oparciu o tani gaz z Rosji, w którego imporcie (tak się składa) jesteśmy najważniejszym pośrednikiem. I pod żadnym pozorem nie będziemy w tym procesie wspierali się energetyką atomową, którą (tak się składa) uważamy za nieefektywną”. O nie, to nie tak się odbywało. Niemcy czasów Merkel wskakiwali na falę ogólnej troski o przyszłość klimatu i dostarczali do tego procesu odpowiedniego oprzyrządowania. Wszelkie głosy krytykujące ten ich model były zaś z całą surowością zwalczane. Gdy ktoś podnosił, że może jest to niezbyt rozsądne, by mieć tylko jedno paliwo zapasowe (gaz z Rosji) w tak trudnym i ryzykownym procesie jak wielka energetyczna transformacja, czekało go niechybne zepchnięcie na pozycje „antyrosyjskiego pieniacza” albo „lobbysty sektora paliwowego”. Niemieccy politycy, dyplomacja oraz media grali tu zgodnie i do jednej bramki. Tak zgodnie, że do pewnego stopnia sami uwierzyli we własną narrację. Widać to dziś dobrze, patrząc na szok (w wielu przypadkach autentyczny), w jakim się niemieckie elity znalazły po rosyjskim ataku na Ukrainę. Trudno im uwierzyć, że wpadli w zastawioną przez Kreml pułapkę – wolą więc chwycić się wygodnej tezy o „szaleństwie Putina”. Tak jest łatwiej i nie trzeba przyznawać się do błędu.

Jest jeszcze drugi – niemniej ważny – element nowego niemieckiego przywództwa. To panujące wśród berlińskich elit przekonanie, że nawet jak Niemcy biorą na siebie ciężar kierowania Europą, to robią to w zasadzie tylko dlatego, że „przecież ich poproszono”. Dobrze pasuje to do powszechnego za Odrą przekonania o „odrobieniu historycznej lekcji nazizmu”, której to lekcji ważną składową było także wyrzeczenie się „snów o imperialnej potędze”. Problem oczywiście w tym, że trudno w prawdziwym życiu suflować Europie przyjęcie swojej wizji polityki klimatycznej, migracyjnej albo fiskalnej, a jednocześnie udawać, że się nikomu nic nie narzuca. Właśnie, by pogodzić jedno z drugim, musiała powstać opowieść o „nierychliwym niemieckim hegemonie” oraz o „konsensualnym” charakterze merkelowskiego przywództwa. To w te oczekiwania tak dobrze wpisał się Radosław Sikorski, który w 2011 roku (przy okazji naszej prezydencji w UE) apelował o „więcej niemieckiego kierowania Europą”.

Wszystko to podszyte jest na dodatek ogromną porcją politycznego mesjanizmu nowych Niemiec, czyli przekonaniem, że jak my czegoś nie zrobimy, to nie będzie to zrobione. Walka z ociepleniem klimatu, pilnowanie, by w Europie nikt się nadmiernie nie zadłużał albo by nie rośli w siłę tzw. populiści. Wszystko to przejawy tego samego pędu do zbawiania siebie i innych, co bardzo upodabnia dzisiejsze Niemcy do USA z czasów neokonserwatystów George’a W. Busha, a więc z okresu, gdy Wuj Sam szerzył na świecie demokrację. Niezależnie od tego, czy świat tej demokracji chciał, czy nie chciał.

Faza 3. Rysy na cokole

Stopniowo ten model zaczął jednak natrafiać na opory. Pierwszym dużym wstrząsem dla niemieckiego przywództwa był kryzys zadłużeniowy w strefie euro. Niemcy przeforsowali wówczas swoją wolę i zmusili kraje Południa do drakońskich programów oszczędnościowych. Mając do wyboru unijną solidarność a interes własnego sektora finansowego, wybrano to drugie. Po tamtym kryzysie nic nie było już jednak takie jak wcześniej. W zorganizowanym w 2017 roku sondażu Pew Research połowa badanych stwierdziła, że Niemcy odgrywają zbyt dużą rolę w Europie, a tylko 40 proc., że ich rola jest w sam raz. W takich krajach jak Grecja, Włochy przekonanie o „złym niemieckim przywództwie” jest nadal wysokie i sięga 70-80 proc.

Przez pierwszy okres rządów specjalnością kanclerz Merkel były poprawne stosunki z Europą Wschodnią. To zaczęło się jednak zmieniać po kryzysie migracyjnym z lat 2014-2015. To właśnie z krajów takich jak Polska, Czechy czy Węgry nadeszła wówczas najostrzejsza krytyka niemieckiego stylu zarządzania Europą, który w tamtym wypadku sprowadził się do podjęcia nieprzedyskutowanej z unijnymi partnerami decyzji: „Przyjmujemy!”, a potem zwróceniu się do unijnych instytucji z kwestią: „No to teraz musimy tych ludzi jakoś podzielić między konkretne kraje”. Dla Merkel opór Wschodu to był szok.

To mniej więcej wtedy zaczęły się też kwasić niemieckie relacje z Polską. A trzeba dodać, że Polska ma dla Niemców znaczenie szczególne. I nie chodzi tylko o rozbudowane relacje handlowe, logistyczne czy przemysłowe. Po roku 1989 Niemcy wiele w Polsce zainwestowali. Dosłownie i w przenośni. Wśród niemieckich elit powstał w tym okresie rodzaj przekonania (podbijanego stale przez sporą część polskiej opinii publicznej), że Niemcy z nawiązką odpokutowały najczarniejsze rozdziały wspólnej historii. A zrobiły to właśnie wtedy – wcielając się rolę adwokata Warszawy w jej staraniach o akcesję do UE. Gdzieś między wierszami zrodziło się wręcz poczucie, że nowym fundamentem wzajemnych relacji powinna być już nie „niemiecka wina”, ale raczej „polska wdzięczność”. Ten model nie przewidywał jednak takich zjawisk jak konwergencje, a więc nadrobienia przez Polskę (i to w szybkim tempie) sporej części cywilizacyjnych i gospodarczych zapóźnień wobec Niemiec. W efekcie Polska roku 2020 czy 2022 to nie jest już ten sam kraj, który wchodził do Unii w roku 2004. Ta nowa Polska chce grać w wyższej lidze. A Niemcy? W miażdżącej większości zdają się nie przyjmować tego do wiadomości. To rodzi wielkie poczucie rozczarowania. Na razie niemiecki establishment ma jeszcze nadzieję, że to chwilowe. Niemiecka opinia publiczna – działając trochę na zasadzie pudła rezonansowego – najchętniej słucha dziś tej części polskiej opinii publicznej, która mówi im, że nad Wisłą mamy podział na „antyeuropejski PiS” i „proeuropejski anty-PiS”. Taki obraz – w zestawieniu ze wspomnianym niemieckim mesjanizmem – utwardza rząd nowego kanclerza Olafa Scholza. W Berlinie panuje przekonanie, że Polsce trzeba pomóc wrócić na drogę „demokracji i europejskich wartości”. Z punktu widzenia Warszawy takie mieszanie się w wewnętrzne sprawy suwerennego kraju jest oczywiście trudne do zaakceptowania. Wszystko to razem czyni widoki na jakiś sensowny przełom jeszcze bardziej marnymi. Kolejny przykład na to, jak niemieckie przywództwo zamiast rozwiązywać europejskie problemy, raczej je generuje.

Tekst pochodzi z 48. (1767) numeru „Tygodnika Solidarność”.


 

POLECANE
Tȟašúŋke Witkó: Tępe nożyce niemiecko–rosyjskie tylko u nas
Tȟašúŋke Witkó: Tępe nożyce niemiecko–rosyjskie

W tych trudny, pełnych zawirowań czasach mam dla Państwa dwie wspaniałe wiadomości. Otóż, pierwsza jest taka, że Niemcy nie są w stanie skompletować oddziału złożonego z, raptem, 5 tys. gemajnów, aby wysłać na Litwę obiecaną brygadę pancerną, mającą bronić sojuszników przed rosyjską agresją, gdyż nikt z Teutonów nie garnie się do służby poza granicami państwa. Druga – jeszcze lepsza – głosi, że pogrobowcy Kraju Rad w ostatnim czasie stracili na froncie ukraińskim więcej sołdatów, niż byli w stanie wcielić

Sąd Najwyższy ogranicza cła. Trump zapowiada nowe taryfy Wiadomości
Sąd Najwyższy ogranicza cła. Trump zapowiada nowe taryfy

Prezydent USA Donald Trump oskarżył w piątek Sąd Najwyższy o uleganie obcym wpływom oraz zapowiedział wprowadzenie nowych tymczasowych 10-procentowych ceł na towary z całego świata. To reakcja prezydenta na unieważnienie przez Sąd większości nałożonych przez niego ceł.

Tusk ma powody do niepokoju. Nowe wyniki sondażu CBOS Wiadomości
Tusk ma powody do niepokoju. Nowe wyniki sondażu CBOS

W lutym br. 34 proc. ankietowanych popiera rząd, 41 proc. jest mu przeciwnych, a 22 proc. wyraziło obojętność – wynika z najnowszego sondażu CBOS. Sondażownia odnotowała minimalny spadek ocen premiera - 35 proc. badanych wyraża zadowolenie z faktu, że funkcję szefa rządu sprawuje Donald Tusk.

GIS ostrzega przed skażonym produktem spożywczym Wiadomości
GIS ostrzega przed skażonym produktem spożywczym

Główny Inspektorat Sanitarny wydał w piątek ostrzeżenie dotyczące wykrycia bakterii Salmonella spp. na powierzchni skorupek jaj. Spożycie produktu zanieczyszczonego pałeczkami Salmonella, zwłaszcza bez odpowiedniej obróbki termicznej, wiąże się z ryzykiem zatrucia pokarmowego.

CDU ponownie stawia na Merza. Jednogłośny wybór w Stuttgarcie Wiadomości
CDU ponownie stawia na Merza. Jednogłośny wybór w Stuttgarcie

Zgodnie z oczekiwaniami kanclerz Niemiec Friedrich Merz został w piątek ponownie wybrany na stanowisko przewodniczącego CDU na zjeździe partyjnym tego chadeckiego ugrupowania w Stuttgarcie.

Tragedia na Majorce. Nie żyje 47-letni Polak Wiadomości
Tragedia na Majorce. Nie żyje 47-letni Polak

Policyjna interwencja w Palmie na Majorce zakończyła się śmiercią 47-letniego Polaka. Mężczyzna zmarł po użyciu paralizatora przez funkcjonariuszy. Do zdarzenia doszło nad ranem 19 lutego w dzielnicy Coll d’en Rabassa. Okoliczności tragedii wyjaśnia wydział zabójstw.

Zacharowa reaguje na decyzję Polski: Konsekwencje nie będą długo czekać” pilne
Zacharowa reaguje na decyzję Polski: "Konsekwencje nie będą długo czekać”

Wycofanie się Polski z konwencji ottawskiej wywołało natychmiastową reakcję Moskwy. Rosyjskie MSZ ostrzega przed „efektem domina” i dalszą eskalacją napięć w Europie.

Komunikat dla mieszkańców Gdańska Wiadomości
Komunikat dla mieszkańców Gdańska

Rozpoczyna się warta 114,6 mln zł modernizacja nabrzeży w Port Gdańsk, którą zrealizuje spółka PORR - podało w piątek biuro prasowe portu. Inwestycja ma zwiększyć możliwości przeładunkowe i usprawnić logistykę portu.

Groźne żeglarze portugalskie pojawiły się u wybrzeży Teneryfy. Służby alarmują Wiadomości
Groźne żeglarze portugalskie pojawiły się u wybrzeży Teneryfy. Służby alarmują

Niebezpieczne organizmy pojawiły się u wybrzeży jednej z najpopularniejszych wysp wakacyjnych w Europie. Władze Teneryfy zamknęły kąpieliska po tym, jak turysta po kontakcie z aretuzą zwaną żeglarzem portugalskim trafił do szpitala.

Harry próbował pogodzić się z Williamem? Pałac Buckingham przerywa milczenie Wiadomości
Harry próbował pogodzić się z Williamem? Pałac Buckingham przerywa milczenie

Relacje między księciem Harrym a księciem Williamem od lat pozostają napięte. Teraz ponownie pojawiły się sprzeczne doniesienia dotyczące rzekomej próby pojednania między braćmi.

REKLAMA

Rafał Woś: Niemcy? To imperium się nie sprawdza

Mamy w Polsce i Europie duży problem. Ten problem nazywa się Niemcy i zaczyna być trudny do zniesienia.
Bundestag - zdjęcie ilustracyjne
Bundestag - zdjęcie ilustracyjne / fot. Pixabay

Henry Kissinger powiedział o Niemcach, że są „zbyt duzi na Europę, ale zbyt mali na wielki świat”. Dziś na naszych oczach tamta gorzka przepowiednia guru XX-wiecznego realizmu geopolitycznego zaczyna się sprawdzać. Niemcy z trzeciej dekady XXI wieku nie zamierzają zadowolić się rolą jednego z wielu krajów Unii Europejskiej. Oni chcą przewodzić i mają do przewodzenia nie tylko szereg potrzebnych zasobów. Na dodatek w czasie tych minionych kilkunastu lat wyćwiczyli się w trudnej sztuce narzucania swojej wizji i woli pozostałym. Najchętniej robią to oczywiście dyskretnie – tak, by ich własny interes był dobrze zawinięty w sreberko z błękitnym logo zjednoczonej Europy. Ale jak trzeba, to umieją zadziałać i bardziej zdecydowanie. Kłopot polega na tym, że to nowe niemieckie przywództwo coraz częściej bywa dla Europy i dla Polski mocno problematyczne. Zaś obecny kryzys energetyczny – będący przecież bezpośrednią konsekwencją niemieckiego pomysłu na oparcie zielonej transformacji na tanim gazie z Rosji – to tylko jeden z wielu dowodów, że ten niemiecki leadership niedobrze nam wszystkim służy.

Faza 1. Dorastanie do mocarstwowości

Niemcy faktycznie przeszli w minionych trzydziestu-czterdziestu latach bardzo długą drogę. Jeszcze w latach 70. albo 80. XX wieku Republika Federalna była krajem bogatym i pod wieloma względami potężnym. Ale jednocześnie obstawionym całym szeregiem bezpieczników. Geopolitycznie i wojskowo ubezwłasnowolnieni przez Amerykanów. Do tego stopnia, że gdy w latach 70. Pentagon zauważył, że niemiecka polityka odprężenia w relacjach z ZSRR grozi energetycznym uzależnieniem EWG od Bloku Wschodniego, to boński rząd został natychmiast postawiony do pionu. Starczyło na kilka następnych dekad, a problem rozbijania Zachodu przez Rosję przy użyciu pułapki w postaci „taniej energii” (w sumie nic nowego pod słońcem) powrócił dopiero w początkach wieku XXI. Z kolei w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (poprzedniczki EWG) Niemcy Zachodni byli skazani na wieczne negocjacje z Francuzami i Brytyjczykami czy Włochami. Nawet marka niemiecka działała jak ekonomiczny bezpiecznik, który nie pozwalał Niemcom zanadto urosnąć. Ilekroć bowiem ich eksport zaczynał nadmiernie dominować kraje sąsiednie, to wzmacniał się kurs zachodnioniemieckiej waluty, dzięki czemu partnerzy handlowi odzyskiwali trochę oddechu i system wracał do zdrowej równowagi, w której gospodarcza kooperacja jest w interesie obu stron – a nie tylko jednej.

Upadek bloku wschodniego wywrócił ten system do góry nogami. Niemcom pozwolono wówczas na zjednoczenie. A mówiąc precyzyjnie, na włączenie dawnej NRD do Republiki Federalnej. W efekcie Niemcy urośli i spuchli. Odpowiednio o 43 proc. terytorium i 25 proc. populacji. I to w czasie, gdy inne kraje Europy – od Jugosławii po Czechosłowację – raczej się dzieliły. Zmiana politycznej rzeczywistości nie nadeszła od razu. Musiało upłynąć trochę czasu, zanim Niemcy przetrawili zjednoczenie. Politycy musieli się przenieść się z prowincjonalnego Bonn do Berlina. Za nimi podążyły medialne elity rezydujące przez cały okres powojenny w hanzeatyckim Hamburgu. Sama stolica też musiała dorosnąć do nowej roli. Trzeba było zapełnić fizyczne dziury po murze dzielącym miasto w latach 1961-1989. Zbudować nowy Urząd Kanclerski nad Szprewą (zwany ze względu na swoje walory estetyczne „pralką”). Zachodni kapitał potrzebował też trochę czasu, by poszaleć na biedniejszym i niedoinwestowanym Wschodzie. Ale i ten proces się w końcu domknął, znajdując swoje symboliczne zwieńczenie w (ślimaczącej się latami) finalizacji projektu wielkiego lotniska Berlin Brandenburg oraz odbudowie dawnego Zamku Berlińskiego – zburzonej po wojnie starej siedziby pruskich królów i niemieckich Kajzerów.

Bardzo podobnie było w polityce. Z początku nowe Niemcy wyglądały w zbyt dużym garniturze nowego europejskiego mocarstwa trochę nieporadnie. Przez co śmiesznie wyglądali nawet ci, co najwcześniej ostrzegali przed powrotem niemieckiej potęgi. No bo jak tu się bać Niemiec, które przeżywają swój udział w interwencji NATO w Kosowie w 1998 roku (początki rządu Gerharda Schroedera), jakby chodziło co najmniej o wybuch III wojny światowej? Stopniowo jednak ten nowy Berlin zaczął nabierać nowych kompetencji, a elity polityczne, medialne czy opiniotwórcze coraz lepiej czuły się w nowej centralnej roli centrum europejskiej polityki. Ten etap przypada już jednak raczej na czas trwania długich rządów Angeli Merkel. Przejmując władzę w roku 2005, ta enerdowska outsiderka wydawała się poza podejrzeniem. Wielu spodziewało się, że to raczej zachodnioniemieckie samce alfa wyprowadzą Berlin na szerokie wody. Tymczasem zrobiła to ona.

Faza 2. Długie rządy Merkel

W czasie tych 16 lat w Urzędzie Kanclerskim dorobiła się wielu pseudonimów. „Dziewczynka Kohla”, „Angie”, „Mateczka”, „Kanclerzyca od klimatu”. Żaden z nich nie oddaje jednak modelu przywództwa, który Angela Merkel zdołała stworzyć i narzucić reszcie Europy. Ten styl przywództwa nowych Niemiec składał się z dwóch kluczowych elementów. Pierwszym było takie forsowanie swoich interesów, by były one zawsze owinięte w opakowanie z błękitnym logo unijnym. Niemcy nie wychodzili i nie mówili wprost: „Chcemy zielonej transformacji polegającej na dochodzeniu do energetyki odnawialnej, której (tak się składa) jesteśmy światowymi liderami. A zrobimy to w oparciu o tani gaz z Rosji, w którego imporcie (tak się składa) jesteśmy najważniejszym pośrednikiem. I pod żadnym pozorem nie będziemy w tym procesie wspierali się energetyką atomową, którą (tak się składa) uważamy za nieefektywną”. O nie, to nie tak się odbywało. Niemcy czasów Merkel wskakiwali na falę ogólnej troski o przyszłość klimatu i dostarczali do tego procesu odpowiedniego oprzyrządowania. Wszelkie głosy krytykujące ten ich model były zaś z całą surowością zwalczane. Gdy ktoś podnosił, że może jest to niezbyt rozsądne, by mieć tylko jedno paliwo zapasowe (gaz z Rosji) w tak trudnym i ryzykownym procesie jak wielka energetyczna transformacja, czekało go niechybne zepchnięcie na pozycje „antyrosyjskiego pieniacza” albo „lobbysty sektora paliwowego”. Niemieccy politycy, dyplomacja oraz media grali tu zgodnie i do jednej bramki. Tak zgodnie, że do pewnego stopnia sami uwierzyli we własną narrację. Widać to dziś dobrze, patrząc na szok (w wielu przypadkach autentyczny), w jakim się niemieckie elity znalazły po rosyjskim ataku na Ukrainę. Trudno im uwierzyć, że wpadli w zastawioną przez Kreml pułapkę – wolą więc chwycić się wygodnej tezy o „szaleństwie Putina”. Tak jest łatwiej i nie trzeba przyznawać się do błędu.

Jest jeszcze drugi – niemniej ważny – element nowego niemieckiego przywództwa. To panujące wśród berlińskich elit przekonanie, że nawet jak Niemcy biorą na siebie ciężar kierowania Europą, to robią to w zasadzie tylko dlatego, że „przecież ich poproszono”. Dobrze pasuje to do powszechnego za Odrą przekonania o „odrobieniu historycznej lekcji nazizmu”, której to lekcji ważną składową było także wyrzeczenie się „snów o imperialnej potędze”. Problem oczywiście w tym, że trudno w prawdziwym życiu suflować Europie przyjęcie swojej wizji polityki klimatycznej, migracyjnej albo fiskalnej, a jednocześnie udawać, że się nikomu nic nie narzuca. Właśnie, by pogodzić jedno z drugim, musiała powstać opowieść o „nierychliwym niemieckim hegemonie” oraz o „konsensualnym” charakterze merkelowskiego przywództwa. To w te oczekiwania tak dobrze wpisał się Radosław Sikorski, który w 2011 roku (przy okazji naszej prezydencji w UE) apelował o „więcej niemieckiego kierowania Europą”.

Wszystko to podszyte jest na dodatek ogromną porcją politycznego mesjanizmu nowych Niemiec, czyli przekonaniem, że jak my czegoś nie zrobimy, to nie będzie to zrobione. Walka z ociepleniem klimatu, pilnowanie, by w Europie nikt się nadmiernie nie zadłużał albo by nie rośli w siłę tzw. populiści. Wszystko to przejawy tego samego pędu do zbawiania siebie i innych, co bardzo upodabnia dzisiejsze Niemcy do USA z czasów neokonserwatystów George’a W. Busha, a więc z okresu, gdy Wuj Sam szerzył na świecie demokrację. Niezależnie od tego, czy świat tej demokracji chciał, czy nie chciał.

Faza 3. Rysy na cokole

Stopniowo ten model zaczął jednak natrafiać na opory. Pierwszym dużym wstrząsem dla niemieckiego przywództwa był kryzys zadłużeniowy w strefie euro. Niemcy przeforsowali wówczas swoją wolę i zmusili kraje Południa do drakońskich programów oszczędnościowych. Mając do wyboru unijną solidarność a interes własnego sektora finansowego, wybrano to drugie. Po tamtym kryzysie nic nie było już jednak takie jak wcześniej. W zorganizowanym w 2017 roku sondażu Pew Research połowa badanych stwierdziła, że Niemcy odgrywają zbyt dużą rolę w Europie, a tylko 40 proc., że ich rola jest w sam raz. W takich krajach jak Grecja, Włochy przekonanie o „złym niemieckim przywództwie” jest nadal wysokie i sięga 70-80 proc.

Przez pierwszy okres rządów specjalnością kanclerz Merkel były poprawne stosunki z Europą Wschodnią. To zaczęło się jednak zmieniać po kryzysie migracyjnym z lat 2014-2015. To właśnie z krajów takich jak Polska, Czechy czy Węgry nadeszła wówczas najostrzejsza krytyka niemieckiego stylu zarządzania Europą, który w tamtym wypadku sprowadził się do podjęcia nieprzedyskutowanej z unijnymi partnerami decyzji: „Przyjmujemy!”, a potem zwróceniu się do unijnych instytucji z kwestią: „No to teraz musimy tych ludzi jakoś podzielić między konkretne kraje”. Dla Merkel opór Wschodu to był szok.

To mniej więcej wtedy zaczęły się też kwasić niemieckie relacje z Polską. A trzeba dodać, że Polska ma dla Niemców znaczenie szczególne. I nie chodzi tylko o rozbudowane relacje handlowe, logistyczne czy przemysłowe. Po roku 1989 Niemcy wiele w Polsce zainwestowali. Dosłownie i w przenośni. Wśród niemieckich elit powstał w tym okresie rodzaj przekonania (podbijanego stale przez sporą część polskiej opinii publicznej), że Niemcy z nawiązką odpokutowały najczarniejsze rozdziały wspólnej historii. A zrobiły to właśnie wtedy – wcielając się rolę adwokata Warszawy w jej staraniach o akcesję do UE. Gdzieś między wierszami zrodziło się wręcz poczucie, że nowym fundamentem wzajemnych relacji powinna być już nie „niemiecka wina”, ale raczej „polska wdzięczność”. Ten model nie przewidywał jednak takich zjawisk jak konwergencje, a więc nadrobienia przez Polskę (i to w szybkim tempie) sporej części cywilizacyjnych i gospodarczych zapóźnień wobec Niemiec. W efekcie Polska roku 2020 czy 2022 to nie jest już ten sam kraj, który wchodził do Unii w roku 2004. Ta nowa Polska chce grać w wyższej lidze. A Niemcy? W miażdżącej większości zdają się nie przyjmować tego do wiadomości. To rodzi wielkie poczucie rozczarowania. Na razie niemiecki establishment ma jeszcze nadzieję, że to chwilowe. Niemiecka opinia publiczna – działając trochę na zasadzie pudła rezonansowego – najchętniej słucha dziś tej części polskiej opinii publicznej, która mówi im, że nad Wisłą mamy podział na „antyeuropejski PiS” i „proeuropejski anty-PiS”. Taki obraz – w zestawieniu ze wspomnianym niemieckim mesjanizmem – utwardza rząd nowego kanclerza Olafa Scholza. W Berlinie panuje przekonanie, że Polsce trzeba pomóc wrócić na drogę „demokracji i europejskich wartości”. Z punktu widzenia Warszawy takie mieszanie się w wewnętrzne sprawy suwerennego kraju jest oczywiście trudne do zaakceptowania. Wszystko to razem czyni widoki na jakiś sensowny przełom jeszcze bardziej marnymi. Kolejny przykład na to, jak niemieckie przywództwo zamiast rozwiązywać europejskie problemy, raczej je generuje.

Tekst pochodzi z 48. (1767) numeru „Tygodnika Solidarność”.



 

Polecane