Marek Budzisz: Scenariusz eskalacji à la russe.

Tej interpretacji towarzyszy inna, coraz silniej obecna w rosyjskim dyskursie publicznym, w myśl której ZSRR upadło nie dlatego, że okazało się państwem ekonomicznie przestarzałym, niewydolnym a politycznie, skrótowo rzecz ujmując jednym wielki więzieniem. O nie. Kresem ZSRR była polityka Gorbaczowa. Po pierwsze naiwna wiara w zbawienne efekty demokratyzacji i przekonanie, że przeniesienie instytucji prawnych świata Zachodu do Rosji dadzą dobre efekty. Otóż, nie dadzą. Dziś rosyjskie elity są głęboko przekonane, że alternatywą wobec rządów autorytarnych w Rosji nie jest demokracja, ale chaos i powolny rozpad państwa. To pierwszy i zasadniczy błąd Gorbaczowa, ale drugi był nie mniejszy. Mianowicie uwierzył on w stworzony przez siebie i swoje otoczenie wyidealizowany obraz Zachodu. Uwierzył w model współistnienia, Europy od Władywostoku do Lizbony, w dobre intencje i uczciwość kolektywnego Zachodu. I to zdaniem elit dzisiejszej Rosji był błąd fundamentalny, bo kultura strategiczna Zachodu jest tego rodzaju, że nie uznaje on odstępstw od przyjętego przez siebie modelu. Przyjrzyjcie się historii Niemiec i Japonii po II wojnie światowej, mawiają zwolennicy takiego poglądu. Mimo, że byli to dawni wrogowie i to tacy, którzy popełnili niewyobrażalne zbrodnie, to Zachód przyjął te państwa do swego grona, udzielił im militarnej ochrony i ekonomicznego wsparcia. Ale tylko dlatego, że przyjęły one instytucje Zachodu, odżegnały się od swej spuścizny, tradycji, stylu życia. Inni, nawet sojusznicy, tak jak ZSRR, ci którzy nie chcą przeżyć transformacji na wzór Zachodu stają się dość prędko wrogami. Czyli, zdaniem zwolenników tego poglądu, przed Rosją na początku lat 90-tych stał dość prosty wybór – odżegnać się od własnej historii, tradycji, dorobku, a być może w konsekwencji nawet od własnej państwowości w tym kształcie jakim znamy, bo w Moskwie bardzo dobrze, odmiennie niż u nas pamięta się artykuł Zbigniewa Brzezińskiego, w którym rozważał on perspektywę sprowadzenia Rosji do państwa podobnego do Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, i wtedy zostać uznanym przez Zachód za „swego”, albo prędzej czy później z tymże Zachodem wejść w konflikt. Oczywiście ta druga droga, zdaniem tych którzy tak widzą świat, była dla Rosji oczywista i dlatego spór, konflikt i rywalizacja z Zachodem. Spór i konflikt, dodajmy, któremu nie będzie końca, bo różnica interesów jest z gatunku tych, których nie można przezwyciężyć.
Podobny w gruncie rzeczy pogląd zawarty jest w niedawnym przemówieniu deputowanego do rosyjskiej Dumy, generała Władimira Szamanowa, byłego dowódcy rosyjskich wojsk powietrzno – desantowych. Otóż w trakcie jednego ze swych publicznych wystąpień na forum rosyjskiego parlamentu powiedział, że decyzję władz ZSRR o podpisaniu traktatów rozbrojeniowych w zakresie rakiet średniego zasięgu, a tym bardziej zgoda na wycofanie wojsk z terenów byłej NRD, trzeba traktować w kategoriach zdrady narodowej. Gorbaczow, Szewardnadze i Jakowlew, ludzie którzy na takie osłabienie Rosji wyrazili zgodę, winni być jego zdaniem obłożeni oficjalną anatemą.
Oczywiście wystąpienie to traktować można pobłażliwie, nie mówił tego ani Putin, ani minister obrony Szojgu, a jedynie jeden z parlamentarnych harcowników, których w Rosji nie brak. Pozostaje jednak otwartym odpowiedź na pytanie, czy obecnie rządzący Rosją nie powtarzają głośno tego co mówi Szamanow, a i tak robią swoje, skoro Waszyngton już nie w tweecie Donalda Trumpa, ale w oficjalnym stanowisku Departamentu Stanu zarzucił Moskwie, że łamie obowiązujące umowy. Łamie, być może dlatego, że jak głośno powiedział emerytowany generał a dziś poseł nie były one fair, bo Rosja zniszczyła 1846 rakiet, a Amerykanie niewiele ponad 800 i tę jaskrawą niesprawiedliwość trzeba było „po cichu” nadrobić.
Zacząłem od scenariusza eskalacji i trzeba do niego powrócić. Nie idzie w tym wypadku o dokładne opisanie przyszłych, możliwych wydarzeń, choć wydaje się, że oczy nas i świata winny być skierowane na Morze Czarne. Istotny jest w tym przypadku inny syndrom, który nazwałbym „nie taki diabeł straszny”. Jeden z ostatnich przykładów. W trakcie niedawnych ćwiczeń NATO u wybrzeży Norwegii nowa fregata tego kraju KNM Helge Ingstad, typu F313, weszła na mieliznę i zatonęła, po tym jak przy dobrej pogodzie i bezchmurnym niebie zderzyła się z pływającym pod maltańską flagą tankowcem. Jak głosi oficjalny komunikat powodem katastrofy była seria błędów pełniących wówczas wachtę norweskim marynarzy i oficerów, którzy zlekceważyli sytuację, nie włączyli posiadanych urządzeń i generalnie zrelaksowani płynęli do macierzystego portu. Ale w tym samym czasie Rosjanie, jak pisały niektóre fińskie gazety, postanowili przetestować swe najnowsze osiągnięcia w zakresie wojny radioelektronicznej i użyli nowych zagłuszaczy sygnałów. Być może zatem ktoś pomógł Norwegom rozbić okręt. Ale jak całą sprawę widzą Rosjanie? Otóż nie wdając się w ciekawe skądinąd szczegóły, zwracają uwagę nie tylko na błędy załogi najnowocześniejszej norweskiej fregaty, ale również na to, co ich zdaniem jest już zupełnie niesłychanym skandalem, a mianowicie, że kiedy oficerowie przekonali się, iż niewiele da się zrobić ewakuowali całą załogę, a okrętowi dali zatonąć.
Jest zdaniem rosyjskich obserwatorów wojskowych kolejna, choćby po opisywanym stanowisku niemieckich pilotów, którzy wolą odejść ze służby niźli być narażeni na ryzyko wysłania gdziekolwiek z misją wojskową, przesłanka na rzecz tezy, że być może Zachód ma sporo nowoczesnej broni, ale zupełnie brak mu żołnierzy chcących się nią posługiwać. Zupełnie inaczej niż w Rosji. A po doświadczeniach w Syrii, po tym jak cały korpus oficerski obowiązkowo musiał odbyć tam staż bojowy i od jego wyników, a nie polityczno – towarzyskich koneksji, zależą obecne karieru w Rosyjskim wojsku, różnica potencjałów w tym zakresie jest aż nazbyt widoczna. A jeśli przeciwnik jest aż tak psychologicznie słaby, obezwładniony strachem i bojaźliwy, to czemu nie spróbować? Oczywiście nie na wielką skalę, bo tak współczesnych wojen już się poza wszystkim nie prowadzi, ale mały incydent? Czemu nie? Rosyjscy komentatorzy zwracają uwagę, że ostatnie wydarzenie na Morzu Czarnym, było pierwszym historycznie starciem między siłami zbrojnymi Rosji i Ukrainy. I w tym sensie stanowi psychologiczną eskalację – mamy do czynienie nie z „zielonymi ludzikami” bez dystynkcji, nie z pospolitym ruszeniem górników i traktorzystów, ale z działaniem sił zbrojnych. To jest jakościowa zmiana. Cena którą Rosja zapłaciła jest mała i to może skłonić Moskwę do dalszego testowania wytrzymałości Zachodu.