Szukaj
Konto

Czytam, chadzam, odradzam: Złote runo - sztuka Gruzji

14.07.2024 14:25
 Kraków, 17.04.2024. Otwarcie wystawy "Złote runo – sztuka Gruzji" w Muzeum Narodowym w Krakowie
Źródło: PAP / Łukasz Gągulski
Komentarzy: 0
Można to czytać w górach, nad jeziorem, nad morzem ciemnym jak wino – i na plaży jasnej jak nieznane bohaterowi tej książki piwo.

Odyseja

To naprawdę świetna historia, przygodówka, jakich mało na gorący wakacyjny czas: nadaje się na film akcji, jest sporo fantasy, bez trudu dałoby się nakręcić kilkusezonowy serial. Najpierw syn głównego bohatera, ostrzeżony przez przebraną za zawodnika sztuk walki błękitnooką kobietę, rusza w daleką podróż. Naprzeciw niemu zmierza do domu, zmieniony przez lata walk, ojciec. Są świetne ujęcia bitew morskich, zapasów, jest trochę niesamowitości (podziemia, zjawy, zmarli), są kobiety fatalne, jest - nie da się ukryć - nieco dobrze widzianego w książce na wakacje seksu, ale są też sceny romantyczne, rwące serce niczym rozstanie w "Titanicu".

Jest polityka, z jej brutalnością, ale i wzorcami lojalności wobec przyjaciół; akcja meandruje, nasz O. zawsze daje radę - aż do finałowej sceny, prawdziwej kumulacji, której przydałaby się może kamera (i brak skrupułów) Quentin Tarantino. I wreszcie pochwała rodziny i miłości, prawdziwe katharsis, to z kolei jak w końcowych ujęciach "Patrioty" Mela Gibsona. Jak to się stało, że dotąd nie czytaliśmy o przygodach O., że nie widzieliśmy ich na ekranie?

To znaczy - trochę czytaliśmy, niektórzy pewnie mieli okazję zobaczyć ekranizację. To przecież "Odyseja" - w obiegu od, lekko licząc, blisko trzech tysięcy lat. Pierwszy europejski epos, fundament naszej wyobraźni.
Także - pierwszy europejski przekład, na łacinę, dokonany w III wieku przed Chr. Przez Lucjusza Liwiusza Andronikusa, Greka, który zapragnął poszerzyć Rzymianom horyzonty. Od tego czasu liczba przekładów "Odysei" na języki świata idzie w setki, pracowitych czytelników - w setki tysięcy; tych, którzy kojarzą kilka haseł i scen (syreny, żegluga między Scyllą a Charybdą, cyklopi, jatka w Sali biesiadnej) - w miliony. A ilu dostrzegło sens głębszy niż pochwała odwagi, brawury i innych cnót męskich, pochwałę "zbożności", uznania bogów, przełożonego przez Andronikusa na łacinę jako pietas?

Polskich przekładów (opublikowanych) istnieje siedem: do końca XVIII wieku Sarmaci czytali bez trudu po łacinie, w 1815 r. spolszczył Homera krakowski uczony Jacek Idzi Przybylski. Do dziś da się bez przykrości czytać przekład Lucjana Siemieńskiego z połowy XIX wieku, smakosze, ciekawi archaizacji, czytają przedwojenne tłumaczenie Józefa Wittlina. Uczniom, w nadziei (daremnej), że nie sięgną po bryk, podsunięto przekład prozą Jana Parandowskiego.

Po tę opowieść, tak szlachetną, a tak odległą, znaną z anegdot, streszczeń, parodii, nawiązań w dowcipach rysunkowych, ale przecież rzadko smakowaną w trybie 1:1, sięgnął Antoni Libera, pisarz i badacz literatury od wielu lat zajmujący się również przekładem (jaka to droga, przeciw nurtowi czasu - od Becketta po Homera). Sięgnął i przełożył, nie tyle korygując poprzedników, co - całkiem od nowa. I, jak to Libera, zaczynając od elementarnego namysłu: nad metrum, nad rytmem homeryckiej frazy i języka polskiego, i nad tym, jak można przełożyć heksametr grecki, żeby przekazać tamte emocje i uniesienie. A jednocześnie - tekst możliwie najbardziej uprościć, uwolnić go od stylizacji i archaizmów, od "bogiń", "brzechw strzał", "lubych" i "złototronnych"?

I, jak to Liberze, udało się: nie trzeba czytać jego rozważań o średniówce, o trochejach i daktylach (choć zachęcam), żeby wejść w tę opowieść, napisaną heksametrem, jak w dobrą amerykańską prozę: "Zabij mnie albo oszczędź i pozwól żyć tu dalej./ Wierz mi: tak czy inaczej niczego nie ukryję./ Więc tak: wiedziałam o wszystkim i dałam mu, czego chciał:/ Mąkę i słodkie wino…".

Homer, "Odyseja", spolszczył i opracował Antoni Libera; PIW, Warszawa 2024.

Ujawniamy kulisy sprawy: Bodnar znowu zawiesił sędziów. Eksperci krótko: "To demolka"

Burza w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Sędziowie ostro odpowiadają Bodnarowi


Złote runo

"Panorama sztuki danego kraju"? Taki zamysł pociąga za sobą pewne ryzyko, szczególnie, jeśli usiłować opowiedzieć zbyt wiele w ciasnych ramach. Co stałoby się, gdyby ktoś próbował w ciasnej salce opowiedzieć w kwadrans o "sztuce Polski"? Wyobraźmy to sobie: kolumna ze Strzelna, iluminowana kronika, husarska zbroja łuskowa, portret trumienny, jeden Matejko, jedna Boznańska i tak dalej: ni to tuzin pocztówek, ni to ilustracje wklejone na odczepnego w Wikipedii.

Na szczęście Muzeum Narodowe w Krakowie ma trochę więcej sal, trochę więcej talentów i doświadczenia, dzięki któremu na wystawy MNK trafiają od lat rzesze zwiedzających. Tak też jest z prezentacją sztuki Gruzji: kilkugodzinna wędrówka odwołuje się pewnie trochę do powierzchownych wyobrażeń ("Gruzini: wino, konie, taniec z szablami") - a zarazem stawia nas wobec bogactwa wzorów i barw, rozpiętości czasowej, wobec której jesteśmy oniemiali.

I to począwszy od pierwszych gablot: trzeba specjalistów, żeby rozróżniać style pięściaków, pierwszych toporków i żarn (chociaż można dostać zawrotu głowy na myśl o ludach sprzed tysięcy lat, których nie łączą z nami ani języki, ani chromosomy, ani wiara, ani historia, tylko to: pragnienie, by dwie linie z jaśniejszej gliny biegły równolegle dnem talerza). Ale już zaraz zaczyna się nie tyle jeszcze Gruzja, co Kolchida: przedsionek helleńskiego świata, świata czarnofigurowych waz i smukłych, klasycznych figurek.

Nie przypadkiem ta wystawa nosi tytuł "Sztuka Gruzji", a nie "Sztuka gruzińska": kaukaską półką skalną południe Azji wędrowało na eurazjatycką Północ od tysiącleci, Medowie, Persowie, Arabowie i Turcy, a między nimi - bezimienne plemiona. Greckie faktorie i rzymskie przedpole, wszystko razem - tygiel, w którym rozpoznajemy z radością motywy znane nam z muzeów całego Śródziemnomorza.

Ale już Gruzja od IV wieku chrześcijańska, najpierw - rozproszona i słaba, potem u szczytu potęgi za Bagratydów, aż po złoty wiek rządów królowej Tamary, na przełomie XII i XIII wieku - to osobny świat, nie poddający się ani europejskim wyobrażeniom o średniowieczu, ani europejskiej periodyzacji: okresy rozpadu, osłabienia, jednoczenia i ponownego chaosu nijak się mają do naszego porządku ("wieki ciemne - gotyk - renesans"); podobnie jak lwy z Apokalipsy pożerające grzeszników, czworo- i sześcioskrzydłe wielkookie anioły, ryte w wapieniu i w tufie, niebotyczne freski i suknia Tamary, szkarłatno-granatowa, naszywana perłami niewiele mają wspólnego z naszymi katedrami, kolumnami i kielichami. Jeszcze najprościej można spotkać się przy iluminowanych księgach: tyle, że w Gruzji aż do XVIII wieku współistniały trzy alfabety, asomtawruli, nuschuri i mchedruli, który przetrwał i się zmodernizował. Spisywano zresztą nimi nie tylko ewangelie, kroniki i kontrakty, ale i książki naukowe: jednym z eksponatów, który zrobił na mnie największe wrażenie, jest podręcznik matematyki króla Kartlii, Wachtanga VI, z rzutem sześcianu wyrysowanym tak zgrabnie, że na pergaminowej karcie widać jego "trzeci wymiar".

Dalej stroje i instrumenty, galeria naczyń do przechowywania, dekantowania, nalewania i smakowania wina - i tak, jak na historii starożytnej uczyliśmy się rozróżniać greckie kratery, oinochoe i aryballosy, tu trzeba by się nauczyć różnic między karkarą, badią i kwanczchą. Ale nie zdążymy, bo są pejzażyści romantycznego Kaukazu, głównie francuskie pięknoduchy i polscy zesłańcy, i za chwilę osobna ciemność: tuzin obrazów Niko Pirosmaniego, o którym najlepiej w Polsce pisał Lech Kończak. Malarz-samouk, niczyj i znikąd, zagłaskany pośmiernie bardziej niż nasz Nikifor - a jego toporne obrazy, malowane na czarnej ceracie, porażają. Niby przedstawiają głównie uczty, marzenie biednego kloszarda o sutym stole - a tak naprawdę są światłem rzuconym na chwilę w wieczną ciemność: twarze biesiadników i brzuchy amfor bieleją jak kości.
Zaraz zakipią kolory w przedostatniej sali poświęconej awangardzistom początku XX wieku. Tbilisi jak Paryż, cięcia kubistów i fugi w czerwieni, aż na jednym z ostatnich płócien na imerckiej łące nie pojawi się wielki portret Stalina. Ale zanim to nastąpi, można uśmiechnąć się na myśl o mocy stereotypów, które na pewnym poziomie nie kłamią. "Gruzja to konie"? Tak: ta zawrotna wystawa spięta jest jak srebrną klamrą dwoma konikami: ten pierwszy, z najdawniejszych wykopalisk, kościsty, ze sczerniałego srebra; i ten drugi, Lado Gudiaszwilego, który jakby zbiegł z gruzów Guerniki.

Muzeum Narodowe w Krakowie, "Złote Runo - sztuka Gruzji", kurator prof. Mirosław Piotr Kruk, 18.04. - 15.09.2024 r.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 14.07.2024 14:25
Źródło: Tygodnik Solidarność