"Desperacja i bezsilność". 53 lata temu wybuchł strajk łódzkich włókniarek

Dziś mijają 53 lata od wybuchu strajku łódzkich włókniarek - jednego z największych w historii powojennej Polski. Zainicjowany 10 lutego 1971 roku protest zakończył się wycofaniem przez komunistyczną władzę podwyżek cen żywności.
Strajk łódzkich włókniarek
Strajk łódzkich włókniarek / fot. ipn.gov.pl

Bunt, który wybuchł dwa miesiące po tragicznych wydarzeniach na Wybrzeżu, był ostatnią fazą protestów polskich robotników na początku lat 70. Jego bezpośrednią przyczyną była informacja o obniżeniu zarobków od początku 1971 roku o ok. 200–300 zł. To, w połączeniu z grudniową podwyżką cen żywności wprowadzoną przez rząd Władysława Gomułki, oznaczało znaczne pogorszenie sytuacji bytowej pracowników przemysłu włókienniczego, który w 80 procentach opierał się na kobietach.

Kropla, która przelała czarę goryczy

Prof. Krzysztof Lesiakowski z Instytutu Historii Uniwersytetu Łódzkiego w rozmowie z PAP zaznaczył, że napięcia i przypadki protestów pojawiały się wcześniej, a "kroplą, która przelała czarę robotniczej goryczy były wypłaty za styczeń, które okazały się niższe od tych za grudzień i z pewnością niższe od tych, których spodziewano się po zapowiedzi nowego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka o podwyżce płac dla najniżej zarabiających".

Dodał też, że duży wpływ na wybuch buntu miały bardzo trudne warunki pracy zatrudnionych w łódzkim przemyśle lekkim. Pracowało w nim ok. 130 tys. osób (w tym 90 tys. kobiet), a ich zarobki - poniżej 2000 zł - były o 450 zł niższe od średniej krajowej i znacznie gorsze od wynagrodzeń w przemyśle ciężkim, na który stawiało państwo.

"W dużej mierze bunt wynikał z desperacji i bezsilności. Z jednej strony wymagano od pracowników wyśrubowanych norm produkcji, a z drugiej zupełnie nie dbano o sprzęt, który pochodził jeszcze sprzed I wojny światowej i pracował przez całą dobę. Do tego była to trzyzmianowa praca na akord w potwornych warunkach – upale, wilgotności, hałasie i zapyleniu. W nieremontowanych i wyniszczonych przez wojny XIX-wiecznych fabrykach brakowało pryszniców i jadalni, przez co włókniarki często posiłki spożywały przy maszynach, których nie można było zatrzymać, bo wiązałoby się to ze zmniejszeniem produkcji" – opisał warunki pracy prof. Lesiakowski i zaznaczył, że protest był walką o "godność codziennego życia".

Stanęły 32. fabryki

Pierwsze maszyny 10 lutego 1971 r. stanęły w Zakładach Przemysłu Bawełnianego im. Juliana Marchlewskiego (dawnej Fabryce Izraela Poznańskiego), które stały się centralnym miejscem strajków. Była to jedna z największych łódzkich fabryk przemysłu lekkiego, w której pracowało ok. 9 tys. osób. Strajk rozpoczął się w przędzalni odpadkowej, ale dziś nawet badaczom tamtych wydarzeń trudno oszacować ilu pracowników zapoczątkowało bunt, który rozlewał się na kolejne funkcjonujące w Łodzi zakłady branży bawełnianej. W następnych dniach pracę przerwały kolejne wydziały ZPB im. Marchlewskiego.

W sumie do strajku przyłączyły się 32 fabryki, m.in. ZPB im. Obrońców Pokoju, im. 1 Maja, im. Armii Ludowej, im. Feliksa Dzierżyńskiego, im. Harnama oraz kilkanaście innych przedsiębiorstw przemysłu wełnianego i dziewiarskiego.

Według szacunków w kulminacyjnym momencie - 15 lutego - protestowało ok. 55 tys. osób, z czego 80 proc. stanowiły kobiety. Prof. Lesiakowski zaznacza, że dopiero w ostatniej fazie strajku miał on charakter okupacyjny, ale historyk uważa go za jeden z największych w powojennych dziejach Polski. Aby zobrazować jego skalę przypominał, że w kolejnej fali protestów w 1976 r. liczba strajkujących w całym kraju była podobna.

Bunt włókniarek – jak przekonywał profesor - nie był zaplanowany i zorganizowany. Nazywa go "oddolnym", "spontanicznym" i "płynnym". Według niego świadczy o tym m.in. to, że nie zawiązano komitetu strajkowego prowadzącego negocjacje i przekazującego strajkującym komunikaty, nie było właściwej komunikacji pomiędzy strajkującymi fabrykami oraz nie stworzono listy postulatów, wśród których cały czas pojawiały się nowe.

Najważniejszymi żądaniami było przywrócenie poprzednich cen artykułów żywnościowych oraz podniesienie płac (w różnych kwotach). Domagano się również m.in. poprawy warunków pracy, lepszego traktowania przez kierownictwo, wyrównania przywilejów pracowniczych, wprowadzenia przerwy śniadaniowej, gwarancji bezpieczeństwa dla strajkujących, obniżenie płac ministrom oraz ukarania winnych za Grudzień'70.

Charakter buntu obrazuje też trudność wskazania jego przywódców. Prof. Lesiakowski nazywa ich "lokalnymi liderami", wśród których wymienił mechanika Wojciecha Lityńskiego i tkaczkę Czesławę Augustyniak. Podkreślił jednak, że ich rola nie była tak znacząca, jak w przypadku liderów "Solidarności".

CZYTAJ TAKŻE: Upamiętniono 42. rocznicę Świdnickich Spacerów

Zaskoczenie dla władzy

Historyk uważa, że bunt łódzkich włókniarek był zaskoczeniem dla nowej komunistycznej władzy. Rządzący protestów spodziewali się w grudniu 70. roku. Dlatego początkowo go zlekceważyli, a rozmowy ze strajkującymi - najpierw przedstawicieli władz lokalnych, a następnie centralnych (m.in. ministra przemysłu lekkiego Tadeusza Kunickiego oraz wicepremiera Jana Mitręgi) - zakończyły się fiaskiem i eskalacją konfliktu. Do legend przeszła opowieść o tym, jak jedna z rozwścieczonych tkaczek pokazała wicepremierowi gołe pośladki, co w "Dziennikach politycznych" opisał Mieczysław F. Rakowski.

Przełomowy okazał się dopiero przyjazd do Łodzi premiera Piotra Jaroszewicza. W zakładach im. Marchlewskiego i Obrońców Pokoju nowy szef rządu spotkał się z włókniarkami 14 lutego.

Prof. Lesiakowski tak opisał ich przebieg: "Premierowi trudno było dojść do głosu, bo kobiety wybuchały płaczem lub był przekrzykiwany. Kilka razy pytał salę, czy wrócą do pracy, ale za każdym razem w odpowiedzi słyszał głośne +nie+. Kiedy ponownie zaczął namawiać do przerwania strajku jedna z włókniarek wyrwała mu mikrofon, delegacja rządowa w ogromnym zamieszaniu i pośpiechu opuściła salę".

Według historyka to właśnie po tej wizycie rząd zdecydował się na ustępstwa. "Może przekonała ich determinacja kobiet, a może fatalne warunki pracy, jakie zobaczyli w Łodzi, bo spotkania odbywały się na halach produkcyjnych. Nowe władze z Gierkiem na czele, która przyszła w opozycji do krwawych stłumień stoczniowców przez ekipę Gomułki nie mogła pozwolić sobie na kolejne rozwiązanie siłowe, tym bardziej w stosunku do kobiet. Dlatego postanowiono rozwiązać strajk decyzją polityczną. Rozważano podniesienie płac w przemyśle lekkim, lecz w obawie przed protestami innych branż, ostatecznie zdecydowano się od 1 marca powrócić do cen żywności sprzed grudnia 1970 r. Fakt ten oznaczał, że łódzkie prządki i tkaczki zwyciężyły i udało im się to, o co bez skutku walczono na Wybrzeżu" – podkreślił historyk.

Sukces

Decyzję Rady Ministrów ogłoszono wieczorem 15 lutego, co oznaczało zakończenie strajku. Ostatnie zakłady pracę wznowiły dwa dni później. Mimo gwarancji bezpieczeństwa najaktywniejsi strajkowicze po latach zostali zwolnieni z pracy pod różnymi pretekstami lub zmuszeni do odejścia. Zakłady im. Marchlewskiego upadły w 1991 roku, a dziś dawna fabryka jest częścią kompleksu handlowego Manufaktura.

Według historyka, włókniarki zatrzymując maszyny wykazały się dużą odwagą, ale również "mądrością, rozwagą i odpowiedzialnością". Jak podkreślił, wyciągnięto wnioski z Grudnia'70, nie wychodząc na ulicę, gdzie mogło dojść do nieprzewidzianych sytuacji. Dzięki temu nikt nie zginął, a aresztowania zdarzały się sporadycznie. Nie niszczono też maszyn, a wręcz dbano o nie.

Prof. Lesiakowski zwrócił uwagę, że choć strajk zakończył się osiągnięciem celu oraz doprowadził do powstania pierwszego krajowego planu modernizacji Łodzi, jest on dziś mniej pamiętany nie tylko od wydarzeń grudniowych, ale i łódzkiego strajku studentów z 1981 roku.

Wpływ na to – stwierdził – ma kilka powodów. "W Łodzi strajk odbywał się w napiętej, ale mimo wszystko pokojowej atmosferze. Nie było w nim ofiar i nie ma miejsca upamiętniającego bunt. Do tego jego liderami byli zwykli robotnicy, którzy później nie zaistnieli w polityce oraz nie potrafili przypominać o swoich dokonaniach. Warto jednak podkreślać, że jest to bardzo ważna karta w historii kraju" – zauważył prof. Lesiakowski.

CZYTAJ TAKŻE: Skandal w Radio Zachód. Rozkręca się akcja protestacyjna w obronie zwolnionych pracowników


 

POLECANE
KO wybiera liderów struktur i przewodniczącego. Tusk jedynym kandydatem z ostatniej chwili
KO wybiera liderów struktur i przewodniczącego. Tusk jedynym kandydatem

Od godz. 10 w niedzielę członkowie Koalicji Obywatelskiej wybierają liderów struktur powiatowych, regionalnych, a także przewodniczącego partii. Jedynym kandydatem na to ostatnie stanowisko jest premier Donald Tusk.

Ostre starcie Beaty Kempy z Radosławem Sikorskim. „Zrobiliście kobietom Afganistan” gorące
Ostre starcie Beaty Kempy z Radosławem Sikorskim. „Zrobiliście kobietom Afganistan”

Do ostrej wymiany zdań doszło na platformie X między ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim (KO) a europoseł Beatą Kempą (PiS). Wszystko zaczęło się od wpisu szefa MSZ na temat prof. Przemysława Czarnka.

Iran odgraża się USA. Jesteśmy gotowi na co najmniej pół roku wojny z ostatniej chwili
Iran odgraża się USA. "Jesteśmy gotowi na co najmniej pół roku wojny"

Przy obecnej intensywności wojny Iran jest w stanie walczyć ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem jeszcze przez co najmniej pół roku - zapewnił w niedzielę rzecznik Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Ali Mohammad Naini.

Wyłączenia prądu w Wielkopolsce. Ważny komunikat dla mieszkańców z ostatniej chwili
Wyłączenia prądu w Wielkopolsce. Ważny komunikat dla mieszkańców

Mieszkańcy województwa wielkopolskiego powinni przygotować się na planowane przerwy w dostawie energii elektrycznej. Operator Enea opublikował harmonogram wyłączeń, które obejmą m.in. Poznań i okoliczne miejscowości, a także rejony Gniezna, Leszna, Piły oraz Szamotuł. Przerwy w dostawie energii są związane z pracami prowadzonymi przy sieci energetycznej. Sprawdź, gdzie dokładnie zaplanowano wyłączenia.

Polityka klimatyczna zaczyna pękać tylko u nas
Polityka klimatyczna zaczyna pękać

Na łamach „Tygodnika Solidarność” wielokrotnie pisaliśmy o dramatycznych konsekwencjach, jakie dla obywateli Polski nieść będzie wejście w życie systemu ETS2. Choć w przestrzeni medialnej zaczęły pojawiać się jakiś czas temu alarmistyczne teksty na ten temat, można odnieść wrażenie, że do opinii publicznej wciąż nie dociera skala zagrożenia. Co za tym idzie, brak jest odpowiedniego społecznego oporu, który mógłby proces ten zatrzymać. Być może jednak wcale nie jesteśmy skazani na to samobójstwo pod zielonymi chorągwiami. Po zmianie paradygmatu polityki USA, również w krajach Unii Europejskiej zaczyna pojawiać się krytyczne stanowisko wokół niekwestionowanej dotychczas agendy.

Alarm w Oslo. Eksplozja tuż przy ambasadzie USA z ostatniej chwili
Alarm w Oslo. Eksplozja tuż przy ambasadzie USA

Do eksplozji doszło w nocy w pobliżu ambasady Stanów Zjednoczonych w stolicy Norwegii. Na razie nie wiadomo, co było przyczyną wybuchu ani czy incydent może mieć związek z napiętą sytuacją międzynarodową wokół wojny na Bliskim Wschodzie.

Czy Rosja pomaga Iranowi w wojnie z USA? Trump zabiera głos z ostatniej chwili
Czy Rosja pomaga Iranowi w wojnie z USA? Trump zabiera głos

Nie wiemy, czy Rosja przekazuje Iranowi dane wywiadowcze pomocne przy uderzeniach na siły USA, lecz jeśli to robią, niewiele im to pomaga - oświadczył prezydent USA Donald Trump. Specjalny wysłannik prezydenta, Steve Witkoff, powiedział, że „stanowczo” ostrzegł Rosjan przed takim działaniem.

Polacy ewakuowani z Bliskiego Wschodu wrócili do kraju z ostatniej chwili
Polacy ewakuowani z Bliskiego Wschodu wrócili do kraju

W sobotę o godz. 20.16 w Warszawie wylądował pierwszy z dwóch samolotów wojskowych wracających z Rijadu; na pokładach dwóch samolotów do kraju wraca 106 ewakuowanych z rejonu Bliskiego Wschodu - przekazało Dowództwo Operacyjne RSZ.

Tragiczny wypadek w Tatrach. Turysta spadł ze stromego zbocza z ostatniej chwili
Tragiczny wypadek w Tatrach. Turysta spadł ze stromego zbocza

Turysta zginął w sobotę w Tatrach Zachodnich po upadku stromym, ośnieżonym zboczem w rejonie Starorobociańskiego Wierchu. Mimo szybkiej akcji ratowników TOPR i ponad półgodzinnej reanimacji życia mężczyzny nie udało się uratować.

Będę mieć święty spokój. Szczere wyznanie znanego aktora Wiadomości
"Będę mieć święty spokój". Szczere wyznanie znanego aktora

Cezary Żak coraz częściej mówi o tym, że zbliża się moment zakończenia jego wieloletniej kariery aktorskiej. Artysta, znany m.in. z roli w serialu „Ranczo”, podkreśla, że w życiu zaczynają być dla niego ważne inne rzeczy niż praca zawodowa.

REKLAMA

"Desperacja i bezsilność". 53 lata temu wybuchł strajk łódzkich włókniarek

Dziś mijają 53 lata od wybuchu strajku łódzkich włókniarek - jednego z największych w historii powojennej Polski. Zainicjowany 10 lutego 1971 roku protest zakończył się wycofaniem przez komunistyczną władzę podwyżek cen żywności.
Strajk łódzkich włókniarek
Strajk łódzkich włókniarek / fot. ipn.gov.pl

Bunt, który wybuchł dwa miesiące po tragicznych wydarzeniach na Wybrzeżu, był ostatnią fazą protestów polskich robotników na początku lat 70. Jego bezpośrednią przyczyną była informacja o obniżeniu zarobków od początku 1971 roku o ok. 200–300 zł. To, w połączeniu z grudniową podwyżką cen żywności wprowadzoną przez rząd Władysława Gomułki, oznaczało znaczne pogorszenie sytuacji bytowej pracowników przemysłu włókienniczego, który w 80 procentach opierał się na kobietach.

Kropla, która przelała czarę goryczy

Prof. Krzysztof Lesiakowski z Instytutu Historii Uniwersytetu Łódzkiego w rozmowie z PAP zaznaczył, że napięcia i przypadki protestów pojawiały się wcześniej, a "kroplą, która przelała czarę robotniczej goryczy były wypłaty za styczeń, które okazały się niższe od tych za grudzień i z pewnością niższe od tych, których spodziewano się po zapowiedzi nowego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka o podwyżce płac dla najniżej zarabiających".

Dodał też, że duży wpływ na wybuch buntu miały bardzo trudne warunki pracy zatrudnionych w łódzkim przemyśle lekkim. Pracowało w nim ok. 130 tys. osób (w tym 90 tys. kobiet), a ich zarobki - poniżej 2000 zł - były o 450 zł niższe od średniej krajowej i znacznie gorsze od wynagrodzeń w przemyśle ciężkim, na który stawiało państwo.

"W dużej mierze bunt wynikał z desperacji i bezsilności. Z jednej strony wymagano od pracowników wyśrubowanych norm produkcji, a z drugiej zupełnie nie dbano o sprzęt, który pochodził jeszcze sprzed I wojny światowej i pracował przez całą dobę. Do tego była to trzyzmianowa praca na akord w potwornych warunkach – upale, wilgotności, hałasie i zapyleniu. W nieremontowanych i wyniszczonych przez wojny XIX-wiecznych fabrykach brakowało pryszniców i jadalni, przez co włókniarki często posiłki spożywały przy maszynach, których nie można było zatrzymać, bo wiązałoby się to ze zmniejszeniem produkcji" – opisał warunki pracy prof. Lesiakowski i zaznaczył, że protest był walką o "godność codziennego życia".

Stanęły 32. fabryki

Pierwsze maszyny 10 lutego 1971 r. stanęły w Zakładach Przemysłu Bawełnianego im. Juliana Marchlewskiego (dawnej Fabryce Izraela Poznańskiego), które stały się centralnym miejscem strajków. Była to jedna z największych łódzkich fabryk przemysłu lekkiego, w której pracowało ok. 9 tys. osób. Strajk rozpoczął się w przędzalni odpadkowej, ale dziś nawet badaczom tamtych wydarzeń trudno oszacować ilu pracowników zapoczątkowało bunt, który rozlewał się na kolejne funkcjonujące w Łodzi zakłady branży bawełnianej. W następnych dniach pracę przerwały kolejne wydziały ZPB im. Marchlewskiego.

W sumie do strajku przyłączyły się 32 fabryki, m.in. ZPB im. Obrońców Pokoju, im. 1 Maja, im. Armii Ludowej, im. Feliksa Dzierżyńskiego, im. Harnama oraz kilkanaście innych przedsiębiorstw przemysłu wełnianego i dziewiarskiego.

Według szacunków w kulminacyjnym momencie - 15 lutego - protestowało ok. 55 tys. osób, z czego 80 proc. stanowiły kobiety. Prof. Lesiakowski zaznacza, że dopiero w ostatniej fazie strajku miał on charakter okupacyjny, ale historyk uważa go za jeden z największych w powojennych dziejach Polski. Aby zobrazować jego skalę przypominał, że w kolejnej fali protestów w 1976 r. liczba strajkujących w całym kraju była podobna.

Bunt włókniarek – jak przekonywał profesor - nie był zaplanowany i zorganizowany. Nazywa go "oddolnym", "spontanicznym" i "płynnym". Według niego świadczy o tym m.in. to, że nie zawiązano komitetu strajkowego prowadzącego negocjacje i przekazującego strajkującym komunikaty, nie było właściwej komunikacji pomiędzy strajkującymi fabrykami oraz nie stworzono listy postulatów, wśród których cały czas pojawiały się nowe.

Najważniejszymi żądaniami było przywrócenie poprzednich cen artykułów żywnościowych oraz podniesienie płac (w różnych kwotach). Domagano się również m.in. poprawy warunków pracy, lepszego traktowania przez kierownictwo, wyrównania przywilejów pracowniczych, wprowadzenia przerwy śniadaniowej, gwarancji bezpieczeństwa dla strajkujących, obniżenie płac ministrom oraz ukarania winnych za Grudzień'70.

Charakter buntu obrazuje też trudność wskazania jego przywódców. Prof. Lesiakowski nazywa ich "lokalnymi liderami", wśród których wymienił mechanika Wojciecha Lityńskiego i tkaczkę Czesławę Augustyniak. Podkreślił jednak, że ich rola nie była tak znacząca, jak w przypadku liderów "Solidarności".

CZYTAJ TAKŻE: Upamiętniono 42. rocznicę Świdnickich Spacerów

Zaskoczenie dla władzy

Historyk uważa, że bunt łódzkich włókniarek był zaskoczeniem dla nowej komunistycznej władzy. Rządzący protestów spodziewali się w grudniu 70. roku. Dlatego początkowo go zlekceważyli, a rozmowy ze strajkującymi - najpierw przedstawicieli władz lokalnych, a następnie centralnych (m.in. ministra przemysłu lekkiego Tadeusza Kunickiego oraz wicepremiera Jana Mitręgi) - zakończyły się fiaskiem i eskalacją konfliktu. Do legend przeszła opowieść o tym, jak jedna z rozwścieczonych tkaczek pokazała wicepremierowi gołe pośladki, co w "Dziennikach politycznych" opisał Mieczysław F. Rakowski.

Przełomowy okazał się dopiero przyjazd do Łodzi premiera Piotra Jaroszewicza. W zakładach im. Marchlewskiego i Obrońców Pokoju nowy szef rządu spotkał się z włókniarkami 14 lutego.

Prof. Lesiakowski tak opisał ich przebieg: "Premierowi trudno było dojść do głosu, bo kobiety wybuchały płaczem lub był przekrzykiwany. Kilka razy pytał salę, czy wrócą do pracy, ale za każdym razem w odpowiedzi słyszał głośne +nie+. Kiedy ponownie zaczął namawiać do przerwania strajku jedna z włókniarek wyrwała mu mikrofon, delegacja rządowa w ogromnym zamieszaniu i pośpiechu opuściła salę".

Według historyka to właśnie po tej wizycie rząd zdecydował się na ustępstwa. "Może przekonała ich determinacja kobiet, a może fatalne warunki pracy, jakie zobaczyli w Łodzi, bo spotkania odbywały się na halach produkcyjnych. Nowe władze z Gierkiem na czele, która przyszła w opozycji do krwawych stłumień stoczniowców przez ekipę Gomułki nie mogła pozwolić sobie na kolejne rozwiązanie siłowe, tym bardziej w stosunku do kobiet. Dlatego postanowiono rozwiązać strajk decyzją polityczną. Rozważano podniesienie płac w przemyśle lekkim, lecz w obawie przed protestami innych branż, ostatecznie zdecydowano się od 1 marca powrócić do cen żywności sprzed grudnia 1970 r. Fakt ten oznaczał, że łódzkie prządki i tkaczki zwyciężyły i udało im się to, o co bez skutku walczono na Wybrzeżu" – podkreślił historyk.

Sukces

Decyzję Rady Ministrów ogłoszono wieczorem 15 lutego, co oznaczało zakończenie strajku. Ostatnie zakłady pracę wznowiły dwa dni później. Mimo gwarancji bezpieczeństwa najaktywniejsi strajkowicze po latach zostali zwolnieni z pracy pod różnymi pretekstami lub zmuszeni do odejścia. Zakłady im. Marchlewskiego upadły w 1991 roku, a dziś dawna fabryka jest częścią kompleksu handlowego Manufaktura.

Według historyka, włókniarki zatrzymując maszyny wykazały się dużą odwagą, ale również "mądrością, rozwagą i odpowiedzialnością". Jak podkreślił, wyciągnięto wnioski z Grudnia'70, nie wychodząc na ulicę, gdzie mogło dojść do nieprzewidzianych sytuacji. Dzięki temu nikt nie zginął, a aresztowania zdarzały się sporadycznie. Nie niszczono też maszyn, a wręcz dbano o nie.

Prof. Lesiakowski zwrócił uwagę, że choć strajk zakończył się osiągnięciem celu oraz doprowadził do powstania pierwszego krajowego planu modernizacji Łodzi, jest on dziś mniej pamiętany nie tylko od wydarzeń grudniowych, ale i łódzkiego strajku studentów z 1981 roku.

Wpływ na to – stwierdził – ma kilka powodów. "W Łodzi strajk odbywał się w napiętej, ale mimo wszystko pokojowej atmosferze. Nie było w nim ofiar i nie ma miejsca upamiętniającego bunt. Do tego jego liderami byli zwykli robotnicy, którzy później nie zaistnieli w polityce oraz nie potrafili przypominać o swoich dokonaniach. Warto jednak podkreślać, że jest to bardzo ważna karta w historii kraju" – zauważył prof. Lesiakowski.

CZYTAJ TAKŻE: Skandal w Radio Zachód. Rozkręca się akcja protestacyjna w obronie zwolnionych pracowników



 

Polecane