loading
Proszę czekać...
[Z Niemiec dla Tysol.pl] Wojciech Osiński: Bezzębne szczęki niemieckich kłamców
Opublikowano dnia 17.01.2020 20:33
Kiedy w sporach z Warszawą wszelkie merytoryczne argumenty zawodzą, niemieckie media wytaczają najcięższe działa, świadomie posługując się kłamstwami.

Pixabay.com
Próbuję sobie wyobrazić jakiegoś lidera partii opozycyjnej w Niemczech (choćby szefa Zielonych Roberta Habecka), który donosi w Strasburgu na kanclerz Angelę Merkel, utrzymując, jakoby CDU wygrała ostatnie wybory tylko 'przypadkiem'. Albo burmistrza Berlina Michaela Müllera (SPD), który ostentacyjnie bojkotuje posiedzenie z szefową rządu federalnego, ponieważ jej 'nie lubi'. Albo grupę 'niezawisłych' niemieckich sędziów, wznoszących w Parlamencie Europejskim lament, że wybór prezesa Federalnego Trybunału Konstytucyjnego Andreasa Voßkuhlego był 'polityczny' (bo był, więcej: w 2012 r. Voßkuhle miał być kandydatem na prezydenta Niemiec).
 
Lub przewodniczącego Bundestagu Wolfganga Schäublego, który - skorzystawszy z prerogatyw 'drugiej osoby w państwie' - wybiera się do Brukseli, aby zapytać zagranicznych prawników, czy zawieszenie konwencji dublińskiej i tym samym otwarcie granic dla milionów imigrantów było 'zgodne z prawem unijnym'. Niestety jakoś sobie tego wyobrazić nie mogę.
 
Niedawno można było odnieść wrażenie, że w ramach ogólnej strategii przekonywania Brukseli, jakoby nad Wisłą panowała 'dyktatura', opozycja już dalej posunąć się nie może. Cztery lata bezmyślnego atakowania prezydenta, rządu oraz fundamentalnych dla Polski spraw spokojnie wystarczyłoby do przegrania kolejnych wyborów prezydenckich. Ściągnięcie na Polskę gromów z Zachodu okazało się wizerunkowym prezentem dla PiS. Gniew wyborców na 'opozycyjną targowicę', która chce na arenie międzynarodowej położyć kres reformie sądownictwa, umocnił poparcie dla rządzących.
 
Najpóźniej po drugich przegranych z rzędu wyborach parlamentarnych rozsądny polityk postarałby się przekonać wyborców, że nie potępia ich poglądów. Usiłowałby przykuć uwagę Polaków perswazją, iż zmiany w polskim sądownictwie są jak najbardziej pożądane, z tym że mogłyby być np. przeprowadzone lepiej. Po czterech latach narastającego rozczarowania powinno dotrzeć do podnieconego własną propagandą obozu opozycji, ze coś jest nie tak.  
 
Tymczasem jej liderzy dalej nakręcają się własnymi rojeniami, podobnie jak oddane im media, które agregują mrzonki o 'milionach Polaków' pragnących przywrócić 'stan poprzedni'. W dalszym ciągu nie widać u nich zdolności do przewidzenia skutków własnych posunięć. Działania marszałka Tomasza Grodzkiego oraz 'niezawisłych' sędziów, którzy kosztem Polski próbują w Unii Europejskiej podbudować własne poczucie wyższości, w kraju budzą jedynie zażenowanie. Trudno przypuszczać, że spotkanie Grodzkiego z wiceszefową KE oraz zaproszenie przezeń do Warszawy Komisji Weneckiej przywróci Platformie Obywatelskiej utraconą popularność. Nie trzeba być wielkim analitykiem, aby dostrzec, że w ostatnich dniach opozycja i jej przystawki straciły kolejne pokłady zaufania. Zresztą jej czołowi politycy o tym wiedzą i właśnie dlatego szukają pomocy w Europie.
 
Z drugiej strony trudno nie powstrzymać się od obaw, że przyjęta przez opozycję strategia obrzydzania Polski przynosi nam za granicą więcej szkód niż korzyści. To nikt inny jak 'totalsi', kierując się nieprzemyślanymi odruchami własnej pychy, izolują Polskę w Unii Europejskiej. Instynkt, którym są przesiąknięci posłowie PO, musi być przemożny, skoro są w stanie zagłosować za rezolucją przeciwko własnej ojczyźnie, a marszałek Senatu RP ściąga na Warszawę falę niechęci, posuwając się do nieuprawnionego realizowania własnej polityki zagranicznej.   
 
Zresztą tego rodzaju filipiki natychmiast zostają zacytowane przez niechętne Polsce media na Zachodzie, sprzyjające twardej linii eurokratów. W niemieckiej prasie każde wystąpienie Tomasza Grodzkiego otrąbiane jest przeto jako poważne polityczne wydarzenie, dostarczające czytelnikowi satysfakcji, że polska demokracja jeszcze 'oddycha'. W ubiegłą środę dziennik 'Süddeutsche Zeitung' po raz kolejny wzbudził niepokój przypominaniem, jakoby 'narodowo-populistyczny' rząd w Warszawie 'rujnował' wizerunek 'trzeciej osoby w państwie'.
 

"Prokuratura w Szczecinie wszczęła śledztwo w sprawie podejrzeń o korupcję, mimo że wszelkie zarzuty są oparte na wypowiedziach anonimowych osób, które prawdopodobnie zostały przekupione. [...] Z kolei sterowane przez PiS media państwowe i portale internetowe powtarzają te zarzuty, choć są pozbawione wszelkich podstaw"

 
- przekonuje Florian Hassel.
 
Jego artykuł ukazał się już po opublikowaniu wywiadów z osobami, które wbrew zapewnieniom niemieckiego redaktora nie zasłaniały się 'maską anonimowości', jak choćby prof. Agnieszka Popiela czy Henryk Osiewalski. Dlaczego w takim razie Hassel znów wprowadza czytelnika w błąd?
 
Trudno oprzeć się wrażeniu, że monachijski dziennik prowadzi świadomą grę obliczoną na wzmożenie negatywnych emocji wobec polskiego rządu. W niemieckich mediach nie ma miejsca na argumenty czy zastrzeżenia, które mogłyby złagodzić przekaz. Wystarczą określenia jak 'narodowo-populistyczny' lub 'niszczenie wymiaru sprawiedliwości', aby wszystkie portale przeżuwające codzienną prasę skróciły leady tekstów o Polsce do jednej linijki, która potem przez kilka dni zajmuje umysł odbiorcy.
 
Tyle że artykuły prasowe o Polsce, im bardziej pełne kategorycznych wezwań i ostrych słów, tym bardziej odsłaniają bezzębne szczęki ich autorów.
 

"Mimo wytoczenia najcięższych posiadanych armat Komisja Europejska ma nadal związane ręce, a Parlament Europejski może jedynie przyjmować rezolucje, które w Warszawie nic nie znaczą"

 
- pisze w przypływie szczerości lewicowy dziennik 'die tageszeitung'.
 
Kiedy więc wszystkie środki zawodzą, trzeba dostarczyć czytelnikowi mocnych obrazów i zdań, którymi będą się również żywili niemieccy politycy. Nieprzypadkowym ukoronowaniem ostatniego tekstu w 'Süddeutsche Zeitung', w którym Hassel miota bezsilne gromy na polski rząd, jest umieszczony na tej samej stronie wywiad z Kathariną Barley, byłą minister sprawiedliwości w rządzie Angeli Merkel i obecną wiceszefową PE. Jak widać - nader podatną na narrację szerzoną przez polską opozycję i zachodnie media.
 

"Jeśli ustawa dyscyplinująca sędziów zostanie przyjęta, to natychmiast musi zadziałać Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej i zawnioskować o środki tymczasowe, by wykonanie prawa zostało zawieszone. Gdyby to nie poskutkowało, trzeba zagrozić Polsce dotkliwymi karami finansowymi. [...] Nawet najostrzejsze postępowania nie robią na tym rządzie wrażenia. To jest jawna prowokacja, prawdziwy afront"

 
- martwi się Barley w obłudnie zbolałym tonie, pozwalającym w tych dniach zakrzyczeć wszelkie poczynania francuskiej policji oraz spory na linii Madryt-TSUE.

Czy była szefowa resortu sprawiedliwości w RFN naprawdę nie wie, jak funkcjonuje system sądowniczy w jej własnym kraju? Oczywiście, że wie. Tu można się śmiało zgodzić z argumentacją Patryka Jakiego: to jest przemyślana cyniczna kampania, niezbędna do realizowania neokolonizatorskich zamiarów w Polsce. Czynny udział w organizowaniu zewnętrznego nacisku na Warszawę bierze również Katharina Barley, która podczas środowej dyskusji z eurposłem Jakim w PE poległa merytorycznym sztychem polemicznej szpady.

Otóż w Niemczech w skład komisji ds. wyboru sędziów federalnych wchodzi 16 ministrów landowych oraz 16 ekspertów wskazanych przez Bundestag. Owe gremium 'eksperckie' odzwierciedla zatem układ sił w parlamencie, dopuszczając teoretycznie do głosu wszystkie siły polityczne. Teoretycznie, bo w rzeczywistości o wyborze sędziów decydują dwa największe współrządzące obozy - CDU i SPD (z której wywodzi się pani Barley). Pozostałe partie odgrywają więc w najlepszym razie drugorzędną rolę.

"Przebieg wyboru sędziów federalnych w Niemczech jest wysoce niesprawiedliwy i niekonstytucyjny"


- twierdzi wiceszefowa Die Grünen Annalena Baerbock.

Na szczególną uwagę zasługuje także dobór członków Federalnego Trybunału Konstytucyjnego w Karlsruhe (BVerG). W tym przypadku niemieccy politycy nawet nie chcą ocalić pozorów: sędziowie BVerG wybierani są przez czysto polityczne gremium, składające się z dwunastu posłów Bundestagu.

"To zdumiewające, że wymagania dotyczące sędziów niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego są niższe niż np. w przypadku wyboru pełnomocnika ds. ochrony danych"


dziwi się Norbert Lammert, profesor prawa i wieloletni przewodniczący Bundestagu z ramienia CDU, który uważa wybór sędziów do BVerG za (sympatycy KOD-u, uwaga!) 'sprzeczny z konstytucją'.

Tym niemniej ta ścisła partyjno-polityczna kontrola przy obsadzaniu stanowisk w najwyższych niemieckich sądach nie jest przedmiotem debaty publicznej. Wprawdzie co inteligentniejsi publicyści (jak np. były redaktor naczelny tygodnika 'Wirtschaftswoche' Roland Tichy), zauważają, że histeria, z jaką niemieccy europosłowie rzucają pod adresem PiS swoje oskarżenia, jest grubą kpiną ze zdrowego rozsądku. Ale wykazywanie się nadmiarem ciekawości grozi także za Odrą zepchnięciem do medialnych nisz.
 
Można się więc spodziewać, że spór o reformę polskiego sądownictwa tak szybko nie wygaśnie, bo jest jednym z ostatnich żywiołów napędzających opozycję. Jej frakcja w PE zdążyła nas już przyzwyczaić do tego, że potrafi przyznać rację nawet Putinowi, z zupełnym lekceważniem interesu Polski. Natomiast zajadłość, z jaką niemieccy dziennikarze rzucają się do gardeł polskim rządzącym, powinna niektóre środowiska decyzyjne nad Sprewą poważnie zastanowić. Sypane bez umiaru oskarżenia mogą się bowiem okazać zgniecioną sprężyną, która kiedyś niespodziewanie odbije się w zęby (jeśli jeszcze będą).
 
Wojciech Osiński
Wydarzenia
więcej
Opinie
więcej
Najnowszy numer
Związek
więcej
Wideo gen. Komornicki: Rosjanie przygotowują się do wojny na dużą skalę
Blogi
avatar
Jerzy
Bukowski

Jerzy Bukowski: Fajerwerki czy rutyna?
Zwycięży ten, komu lepiej uda się wyważyć proporcje między przedstawianiem nowatorskich koncepcji a zamiłowaniem rodaków do oglądania i słuchania tego, do czego już się przyzwyczaili.
avatar
Marek
Lewandowski

[Opinia] 2,5 mln podpisów referendalnych wyrzucił do kosza, a teraz sam chce robić referendum?
Władysław Kosiniak-Kamysz nie ustaje w wysiłkach na rzecz demokracji i sprawiedliwości społecznej. Po ogłoszeniu projektu o emeryturach stażowych, choć wcześniej wydłużał wiek emerytalny, teraz chce się pytać obywateli i zapowiada referendum! To nie ważne, że lider PSL-u jako koalicjant PO wyrzucił ponad 6 mln podpisów obywateli zebranych pod różnymi wnioskami ustawodawczymi i referendalnymi. Dzisiaj – oczywiście bez związku z wyborami prezydenckimi – będzie słuchał głosu ludu. Teraz on jest demokrata. A wtedy? Wicie-rozumicie – inne realia były.
avatar
Ryszard
Czarnecki

Ryszard Czarnecki: Czarnecki kontra Piasecki w TVN czyli „działo się”
Zapraszam do lektury zapisu ostrego wywiadu telewizyjnego, jakiego udzieliłem red. Konradowi Piaseckiemu w TVN 24. Była to poranna, mająca bardzo dużą oglądalność „Rozmowa Piaseckiego”.

Drogi Użytkowniku,

Nasz Serwis korzysta z plików cookies. Przez dalsze aktywne korzystanie z naszego Serwisu (zamknięcie komunikatu, kliknięcie na elementy na stronie poza komunikatem, przeglądanie Serwisu z otwartym komunikatem) bez zmian ustawień Twojej przeglądarki, wyrażasz zgodę na:
• przetwarzanie danych osobowych przez Tysol Sp. z o.o. i naszych zaufanych partnerów do celów marketingowych, w szczególności na potrzeby wyświetlania reklam dopasowanych do Twoich zainteresowań i preferencji. Wyrażenie zgody jest dobrowolne a wyrażoną zgodę możesz w każdej chwili cofnąć, niezależnie od zgód wyrażonych na pozostałe rodzaje przetwarzania danych. Dowiedz się więcej o zgodzie marketingowej w naszej Polityce prywatności / Cofnij zgodę.

• na zapisywanie plików cookies w Twoim urządzeniu końcowym oraz na korzystanie z informacji w nich zapisanych. Ten rodzaj plików cookies pozwala nam na dopasowanie treści dostępnych w Serwisie do Twoich preferencji, utrzymywania sesji po zalogowaniu oraz zapewnienia optymalnej funkcjonalności Serwisu. Więcej o plikach cookies i sposobie przetwarzania Twoich danych osobowych dowiesz się w naszej Polityce prywatności.