Waldemar Żyszkiewicz: Łuskanie cebuli. Nie śpij, bo cię wyszczepią

Plandemia niby-wirusa oraz quasi-szczepionek ma strukturę cebuli, więc czeka nas jeszcze wiele odsłon, zanim dotrzemy do jej jądra. Do tajemnicy, która – podobnie jak w przypadku cebuli – zapewne okaże się pustką. Dokładniej – aksjologiczną nicością.

Po roku uporczywej dezinformacji globalne media zaczynają pisać o tym, o czym przytomni obserwatorzy informowali już od roku: że wirus, któremu przypisano sprawstwo tzw. pandemii został sztucznie skonstruowany; że idzie o gigantyczne pieniądze i totalitarną kontrolę nad światem, a może wręcz o „wyszczepienie” rodzaju ludzkiego, tak by zamiast blisko ośmiu miliardów zostało na Ziemi 500 milionów wybrańców. Że to brzmi jak teoria spiskowa? Jak epitet wypracowany swego czasu przez fachowców z CIA?

Naprawdę? Nie pamiętacie już, jak najwybitniejsze autorytety pozorne zapewniały w najbardziej opiniotwórczych mediach głównego nurtu, że nieszczęście na świat sprowadzili chińscy smakosze zajadający się zupą z rudawki wielkiej? Że wszystkiemu winien mokry targ z Wuhan oferujący egzotyczną dziczyznę, lecz bez stosownych warunków sanitarnych? A nie np. samozwańczy filantropi od lat szykujący się na globalne epidemie? I prezentujący symulacje takich zdarzeń podczas  elitarnych konferencji quasi-naukowych poprzedzających sam atak?

Nie pamiętacie, jak wielmożny dr Anthony Fauci, główny lekarz USA, bezkarnie kłamał, wprowadzając w błąd opinię publiczną w strategicznie oraz żywotnie ważnych dla całego świata kwestiach? Albo jak dr Judy Mikovits, znająca dr. Fauciego z czasów dawnej współpracy, ostrzegała przed nim i jego mocodawcami w swej książce, wydanej w kwietniu 2020 roku. 

 

Broniatowski i późne dostrzeganie słonia...

Pewnie nie pamiętacie też, jak poważni podobno naukowcy (Kristian G. Andersen i inni) zapewniali, że ten wirus jest rezultatem naturalnej mutacji powiązanej ze zmianą podstawowego nosiciela? I mówili to, ignorując znany fakt, że prace nad uzłośliwianiem odzwierzęcych patogenów, z użyciem metody Gain-of-function (podkręcania funkcji) prowadzono od lat w wielu laboratoriach,  nie tylko wojskowych i nie tylko amerykańskich. Choć oczywiście nie wszystkie grupy badawcze chwaliły się rezultatami, jak zrobił to jesienią roku 2015 zespół prof. Ralpha S. Barica, z Chapel Hill, nominalnie kierowany wtedy przez dr. Vineeta D. Menachery’ego.

Nie pamiętacie, że członkiem zespołu z Chapel Hill, który skutecznie „wzmocnił” wirusa SARS, osadzając na jego powierzchni sekwencję białkową kolca S (Spike) z koronowirusa występującego u nietoperzy  podkowcowatych w prowincji Yunnan, była Chinka Shi Zhengli, specjalistka od patogenów oraz czołowa postać Instytutu Wirusologii w Wuhan? Znana również jako Batwoman. Owszem, nie chcieliście przyjąć do wiadomości, że gdy w Stanach Zjednoczonych zakazano eksperymentów ze wzbogacaniem genomu wirusów (np. o inne białko kolca S), tak żeby skuteczniej mogły atakować tkankę nabłonka ludzkich płuc, to wtedy owe groźne dla ludzkości  badania zostały przeniesione właśnie do Wuhan i – poprzez EcoHealth Alliance Petera Daszaka (swoją drogą, co za perfidia w nazwie!) – nadal były finansowane z budżetu federalnego USA.

Nic dziwnego, że dla odbiorców, którzy przez ponad rok dawali wiarę mediom tzw. głównego nurtu, zaangażowanym w zorganizowaną propagandę rzekomej pandemii, rewelacje Michała Broniatowskiego, dynasty ostro komunizującej rodziny, mogą się wydać zaskakującym game-changerem. A gdyby się tak okazało, że wirus wcale nie jest naturalny, lecz pochodzi z chińskiego laboratorium? – serwuje delikatne pytanie „medialny menedżer” Broniatowski, teraz publicysta Onetu oraz koordynator oddziału Politico w Polsce. Tak, Michał Broniatowski, syn „dąbrowszczaka” Mieczysława, ten sam, który parę lat temu upublicznił dość fachowy przepis na organizację majdanu dla obalenia rządów PiS. Scenariusz astroturfingu, zapewne z zasobów Departamentu Stanu, który przecież w niejednym miejscu na świecie dowiódł już swojej skuteczności.

Cóż, to dopiero pierwsza łuska cebuli, nawet oczy nie szczypią, a gdzie tam jeszcze do płynących łez... Bo przecież laboratoria Wuhan, niewątpliwie związane z konstruwirusem SARS-CoV-2, nie były ani pierwsze, ani jedyne. Podczas gdy w problem zakłamywania tego swoistego ataku bronią biologiczną, tej agresji przeciwko rodzajowi ludzkiemu zaangażowane są media, pozostające w kapitałowo-właścicielskiej zależności od grupy plutokratów-celebrytów, którzy najwyraźniej wyrośli już z fazy globalnych idoli, poczuli się bogami i teraz  próbują urzeczywistnić swoją wizję świata. Per fas et nefas.

 

Liczby nie kłamią. Nawet te skłamane

Zacznijmy od sposobu liczenia ofiar. Według portalu Worldometer, liczba ofiar infekcji powodowanej wirusem znanym jako SARS-CoV-2 wynosi na świecie (stan na 13 czerwca 2021) nieco ponad 3, 8 mln. W odniesieniu do ujętej w statystykach liczby blisko 176, 5 miliona przypadków tej choroby, śmiertelność wynosiłaby 2, 16 proc. Podczas gdy np. odsetek śmiertelności ciężkich przypadków grypy w trudnym w Polsce ze względu na przewagę wirusa typu A sezonie 2018/2019 kształtował się na poziomie jednego procenta (dokładnie 0,95 proc.).

Wynikałoby stąd, że wprawdzie zagrożenie wirusem – dla walki z którym zadysponowano te wszystkie lockdowny, obostrzenia sanitarne oraz antywolnościowe restrykcje paraliżujące na rok praktycznie cały zachodni świat – jest być może dwa razy groźniejsze od zwykłej epidemii grypy oraz chorób grypopodobnych, ale wcale nie uzasadnia aż tak rujnującej życie, zdrowie i dotychczasowy kształt naszego świata kampanii obronnej.  Tym bardziej że faktycznej liczby zgonów na CoViD-19 nigdy raczej nie poznamy, nie z powodu niedostatku rzetelności witryny Worldometer, lecz ze względu na „kreatywną księgowość” uprawianą przez władze sanitarne państw Zachodu.

W USA już przed rokiem uczciwi lekarze alarmowali o państwowym systemie korupcji w tym zakresie: za zgłoszenie każdej śmierci, byle stowarzyszonej z obecnością modnego wirusa, szpitale otrzymywały potrójną dotację. Gdzie indziej płacono mniej szczodrze, ale zwykle co najmniej sowicie, więc... trudno przypuszczać, żeby personel medyczny zaniżał dane na własną szkodę. Z kolei drugim czynnikiem deformującym obraz stanu rzeczy, były fałszywie pozytywne wyniki testów PCR RT, głównie zresztą wykorzystywane dla podkręcania paniki oraz efektywnego kreowania tzw. fali zachorowań.

Że krajowe władze sanitarne unikały ustalenia rzeczywistego zasięgu proliferacji tak zabójczego podobno wirusa, widać po tym, że tylko incydentalnie w świecie przeprowadzano badania przesiewowe (i to zwykle w poszczególnych regionach czy stanach USA) dla ustalenia stopnia rozpowszechnienia się wirusa wśród danej społeczności, co pozwalało na rzetelną ocenę stopnia zapadalności na tę infekcję oraz na ustalenie prawdziwego odsetka śmiertelności. Trwała głuchota władz sanitarnych, politycznych oraz telewizyjnych uczonych na tę elementarną metodę, a zwłaszcza tłumienie wszelkiej merytorycznej debaty i ośmieszanie realnych, ale niedyspozycyjnych autorytetów medycznych, dopełniają obrazu owej „potiomkinowskiej pandemii”.

 

Szukając alibi, WHO podwaja stawkę

Co zdumiewające, choć skądinąd niestety zrozumiałe, kierowana przez Tedrosa Ghebreyesusa WHO, która w czasie tej epidemii  popełniła tak wiele błędów oraz karygodnych zaniechań, a nadto wydała naprawdę sporo sprzecznych oświadczeń i kuriozalnych zaleceń, teraz twierdzi, że liczba blisko czterech milionów ofiar jest znacznie zaniżona, że w zasadzie należałoby ją nawet podwoić. Przyjmijmy na chwilę te samousprawiedliwienia, czyli próbę tworzenia sobie alibi, za dobrą monetę. Niewiele ponad 3, 8 mln razy dwa wynosi około 7, 6 miliona ofiar śmiertelnych. Dla ułatwienia rachunków zaokrąglijmy tę liczbę w górę do 7, 9. Populacja globu wynosi obecnie prawie 7, 9 miliarda. Co oznacza, że zniszczenie paru miliardom dotychczasowego sposobu organizacji życia na planecie poczyniono z powodu zagrożenia, które po półtora roku trwania dotyczyło tylko jednego promila populacji. Dla zobrazowania skali tej horrendalnej wręcz niewspółmierności realnych zagrożeń i podjętych środków dodam, że według cytowanego wyżej portalu Worldometer, tylko w roku 2021, czyli w ciągu ostatniego niespełna półrocza zmarło na Ziemi 26, 4 miliona osób.

Motywy takiego stanowiska Światowej Organizacji Zdrowia, tuczącej się na garnuszku rozwodnika Gatesa są oczywiste: mimo redefinicji pandemii oraz podkręcenia liczby zgonów na CoViD-19 metodą korumpowania części środowisk medycznych jest ich nadal zbyt mało dla uzasadnienia całej globalnej histerii okołopandemicznej. Ludzie coraz częściej zaczynają dostrzegać, że ktoś ich, mówiąc oględnie, mocno nabiera. Coraz więcej lekarzy praktyków uczy się skutecznie leczyć tę infekcję w fazie początkowej, nie dopuszczając do zapalenia płuc z powikłaniami oraz późniejszego duszenia się pod respiratorem.

Zalecenia WHO przewidywały głównie testowanie, wyczekiwanie na rozwój infekcji podczas kwarantanny, a dopiero później – w ciężkich przypadkach – hospitalizację. Preparatów, które dawały całkiem dobre rezultaty (m.in. hydroksychlorochina, iwermektyna, amantadyna), nie wpisano do biurokratycznego tzw. schematu leczenia, blokując ich stosowanie i właściwie od początku mamiąc mocno przestraszonych ludzi szczepionką, która miała się pojawić najwcześniej za dwa-trzy lata. Takie zapowiedzi składali znawcy przedmiotu jeszcze w maju, w czerwcu ubiegłego roku. Ale szczepionki przeciwko wirusowi SARS-CoV-2 pojawiły się znacznie przed terminem. Już w grudniu 2020.

 

Skąd ten pęd do szczepionkowego hazardu?

Zwalnianie koncernów z wszelkiej odpowiedzialności za niepożądane skutki szczepień, jedynie warunkowe dopuszczenie preparatów przez Europejską Agencję Leków (EMA) i jej amerykański odpowiednik (FDA), wreszcie sprzedaż posiadanych akcji przez szefa koncernu Pfizer – taka seria dziwnych kroków musiała wzbudzić wśród ludzi zdrowy sceptycyzm, nie tylko przecież w Polsce. Sytuacji nie poprawiły oświadczenia, że szczepionki, a w istocie eksperymentalne preparaty medyczne nie chronią ani przed zachorowaniem, ani przed transmisją wirusa. Czyli wbrew narracji tuzów z Rady Medycznej przy Premierze to raczej zaszczepieni są groźni dla osób nie mających kontaktu z wirusem, a nie odwrotnie, jak to często sugerowano.

Że też na eksponowane w mediach autorytety okołopandemiczne wybrano akurat profesorów niegrzeszących logiką. To już naprawdę wolę Jarosława Pinkasa, który jeszcze cały rok wcześniej ujawnił planowaną strategię władz sanitarnych: „Wygenerujemy emocjonalne zapotrzebowanie na szczepionkę”...

Do opinii publicznej docierają jednak nienagłaśniane w mediach wieści o przypadkach śmierci po zaszczepieniu. I dotyczy to nie tylko kilku głośnych ostatnio w kraju przypadków z VIP-ami, ale często całkiem zwyczajnych, niezbyt wiekowych osób, niejednokrotnie będących w dobrej kondycji przed zaszczepieniem. Trzeba pamiętać, że preparaty typu mRNA (Pfizer-BioNTech, Moderna) to wciąż rodzaj medycznego eksperymentu, którego lecznicza przydatność została ostatnio mocno zakwestionowana przez dr. Byrama Bridle’a, profesora w dziedzinie immunologii wirusowej z Uniwersytetu Guelph, kanadyjskiej uczelni publicznej w prowincji Ontario.

Prof. Bridle oraz międzynarodowa grupa badaczy, dzięki zapytaniu Japońskiej Agencji Regulacyjnej skierowanemu do koncernu Pfizer, uzyskali dostęp do poufnych (confidential) wyników badań tzw. biodystrybucji białka kolca w zaszczepionym organizmie. I okazało  się, że syntetyzowane w komórkach gospodarza dzięki materiałowi RNA białko Spike zamiast – jak się spodziewano – skłaniać system odpornościowy do produkcji stosownych przeciwciał, przedostaje się do ludzkiego krwioobiegu, dzięki czemu nie dość, że trafia do wielu tkanek oraz narządów wewnętrznych, takich jak śledziona, szpik kostny, wątroba, nadnercza i zwłaszcza jajniki, to w dodatku zachowuje się tam jak patogen. Może powodować zakrzepy, ale i krwotoki wewnętrzne, może uszkodzić serce albo przekroczyć barierę krew-mózg, powodując poważne szkody neurologiczne – alarmuje prof. Byram Bridle.

Nie trzeba było długo czekać na usilne próby zdyskredytowania tez kanadyjskiego badacza... Mimo wszystko, nie brzmi to zachęcająco,  choć dotychczas zakrzepicę kojarzono raczej ze szczepionkami wektorowymi firm AstraZeneca oraz Johnson & Johnson. Ale i w tym przypadku już kilka europejskich państw wycofało się ze stosowania szczepionek opartych na niezdolnym do replikacji adenowirusie.

Może więc zamiast generować trochę niebezpieczny entuzjazm dla masowych szczepień o trudnych do przewidzenia konsekwencjach, lepiej skupić się na racjonalnej profilaktyce i leczeniu chorych. Tym bardziej że kliniczne badania leku opartego na krótkiej sekwencji receptora ACE-2, który blokuje infekcję wirusa SARS-CoV-2 już w górnych drogach oddechowych, naprawdę nieźle rokują.

 

 

Waldemar Żyszkiewicz

(14 czerwca 2021)


 

POLECANE
Zima sparaliżowała kolej. 180 osób utknęło w pociągu z ostatniej chwili
Zima sparaliżowała kolej. 180 osób utknęło w pociągu

Problemy na kolei w województwie warmińsko-mazurskim. Kilometr przed stacją Sterławki zepsuła się lokomotywa pociągu „Biebrza”, jadącego z Białegostoku do Gdyni Głównej. Z powodu wysokiego śniegu pociąg zatrzymał się w miejscu, z którego pasażerowie nie mogą bezpiecznie opuścić wagonów.

Przełom w astronomii. Nowy typ planet naprawdę istnieje Wiadomości
Przełom w astronomii. Nowy typ planet naprawdę istnieje

Międzynarodowy zespół astronomów, w tym - z Polski, odkrył tzw. planetę swobodną i wyznaczył jej dokładną masę, dostarczając ostatecznego dowodu, że takie obiekty faktycznie istnieją. O „przełomowym pomiarze” w dziedzinie badania planet pozasłonecznych poinformowało „Science”.

Nie żyje najcięższy człowiek świata Wiadomości
Nie żyje najcięższy człowiek świata

Juan Pedro Franco, znany na całym świecie jako najcięższy człowiek świata, zmarł w Wigilię 24 grudnia 2025 roku. Miał 41 lat. Meksykanin odszedł w szpitalu w Aguascalientes w wyniku powikłań związanych z infekcją nerek.

Pies na zamarzniętej rzece. Strażacy użyli drona Wiadomości
Pies na zamarzniętej rzece. Strażacy użyli drona

Nietypowa interwencja służb miała miejsce w Nowy Rok na Mazowszu. W środę po południu strażacy zostali wezwani do zgłoszenia dotyczącego psa, który znajdował się na tafli lodowej rzeki Bug w rejonie miejscowości Kuligów w powiecie wołomińskim. W działaniach brały udział zastępy OSP RW Ślężany, OSP Kołaków oraz dron ratowniczy.

Pogoda na najbliższe dni. IMGW wydał komunikat Wiadomości
Pogoda na najbliższe dni. IMGW wydał komunikat

Najbliższe dni przyniosą w Polsce typowo zimową aurę, choć bez tak silnych opadów śniegu jak ostatnio. Przez chwilę do kraju napłynie nieco cieplejsze powietrze, jednak już w weekend i na początku przyszłego tygodnia temperatury ponownie spadną, także w ciągu dnia.

Eksplozja w kurorcie w Szwajcarii. Podano nowe ustalenia Wiadomości
Eksplozja w kurorcie w Szwajcarii. Podano nowe ustalenia

Większość osób rannych wskutek pożaru w Crans-Montana w Szwajcarii ma od 16 do 26 lat - podała w czwartek stacja BBC, powołując się na władze jednego ze szwajcarskich szpitali.

Fascynująca rozmowa z Anonimowym Niemcem: kilka miesięcy temu odebrałem polskie obywatelstwo tylko u nas
Fascynująca rozmowa z Anonimowym Niemcem: kilka miesięcy temu odebrałem polskie obywatelstwo

- Polski deep state, jeśli ma kiedykolwiek powstać, nie może być partyjny ani represyjny. Musi być oparty na jasnej racji stanu, na własnych punktach odniesienia cywilizacyjnych i na lojalności wobec państwa jako dobra wspólnego, a nie wobec ideologii czy obcych struktur. Bez tego Polska zawsze będzie polem gry cudzych deep states - mówi w rozmowie z Cezarym Krysztopą świetnie wykształcony i biegły z zakresie zbiorowej psychologii własnego narodu, jednak proszący o zachowanie anonimowości Niemiec. Ciąg dalszy nastapi.

Samuel Pereira: Na Nowy Rok tylko u nas
Samuel Pereira: Na Nowy Rok

Końcówka roku ma tę dziwną właściwość, że rzeczywistość lubi dopisać własny, ironiczny scenariusz. Gdy premier zapewnia, że „pokój na Ukrainie jest możliwy”, choć sam nie uczestniczył w kluczowych rozmowach i bazuje na relacjach pośredników, w kraju trwa kolejny pokaz chaosu i improwizacji.

Coraz więcej migrantów przeprawia się przez kanał La Manche z ostatniej chwili
Coraz więcej migrantów przeprawia się przez kanał La Manche

Według statystyk brytyjskiego ministerstwa spraw wewnętrznych (Home Office) 41 472 migrantów pokonało w 2025 roku nielegalnie kanał La Manche na łodziach i pontonach, docierając do Anglii. To o 13 proc. więcej w porównaniu z rokiem 2024 i o 41 proc. więcej niż w 2023 roku.

Wyrwa w wale na rzece Elbląg. Woda wylewa się na pola, służby w akcji z ostatniej chwili
Wyrwa w wale na rzece Elbląg. Woda wylewa się na pola, służby w akcji

We wsi Komorowo Żuławskie pod Elblągiem doszło do uszkodzenia wału przeciwpowodziowego na rzece Elbląg. Woda wylewa się na pobliskie pola, a na miejscu pracują strażacy, którzy zabezpieczają wyrwę i monitorują sytuację hydrologiczną po ostatnich dniach cofki.

REKLAMA

Waldemar Żyszkiewicz: Łuskanie cebuli. Nie śpij, bo cię wyszczepią

Plandemia niby-wirusa oraz quasi-szczepionek ma strukturę cebuli, więc czeka nas jeszcze wiele odsłon, zanim dotrzemy do jej jądra. Do tajemnicy, która – podobnie jak w przypadku cebuli – zapewne okaże się pustką. Dokładniej – aksjologiczną nicością.

Po roku uporczywej dezinformacji globalne media zaczynają pisać o tym, o czym przytomni obserwatorzy informowali już od roku: że wirus, któremu przypisano sprawstwo tzw. pandemii został sztucznie skonstruowany; że idzie o gigantyczne pieniądze i totalitarną kontrolę nad światem, a może wręcz o „wyszczepienie” rodzaju ludzkiego, tak by zamiast blisko ośmiu miliardów zostało na Ziemi 500 milionów wybrańców. Że to brzmi jak teoria spiskowa? Jak epitet wypracowany swego czasu przez fachowców z CIA?

Naprawdę? Nie pamiętacie już, jak najwybitniejsze autorytety pozorne zapewniały w najbardziej opiniotwórczych mediach głównego nurtu, że nieszczęście na świat sprowadzili chińscy smakosze zajadający się zupą z rudawki wielkiej? Że wszystkiemu winien mokry targ z Wuhan oferujący egzotyczną dziczyznę, lecz bez stosownych warunków sanitarnych? A nie np. samozwańczy filantropi od lat szykujący się na globalne epidemie? I prezentujący symulacje takich zdarzeń podczas  elitarnych konferencji quasi-naukowych poprzedzających sam atak?

Nie pamiętacie, jak wielmożny dr Anthony Fauci, główny lekarz USA, bezkarnie kłamał, wprowadzając w błąd opinię publiczną w strategicznie oraz żywotnie ważnych dla całego świata kwestiach? Albo jak dr Judy Mikovits, znająca dr. Fauciego z czasów dawnej współpracy, ostrzegała przed nim i jego mocodawcami w swej książce, wydanej w kwietniu 2020 roku. 

 

Broniatowski i późne dostrzeganie słonia...

Pewnie nie pamiętacie też, jak poważni podobno naukowcy (Kristian G. Andersen i inni) zapewniali, że ten wirus jest rezultatem naturalnej mutacji powiązanej ze zmianą podstawowego nosiciela? I mówili to, ignorując znany fakt, że prace nad uzłośliwianiem odzwierzęcych patogenów, z użyciem metody Gain-of-function (podkręcania funkcji) prowadzono od lat w wielu laboratoriach,  nie tylko wojskowych i nie tylko amerykańskich. Choć oczywiście nie wszystkie grupy badawcze chwaliły się rezultatami, jak zrobił to jesienią roku 2015 zespół prof. Ralpha S. Barica, z Chapel Hill, nominalnie kierowany wtedy przez dr. Vineeta D. Menachery’ego.

Nie pamiętacie, że członkiem zespołu z Chapel Hill, który skutecznie „wzmocnił” wirusa SARS, osadzając na jego powierzchni sekwencję białkową kolca S (Spike) z koronowirusa występującego u nietoperzy  podkowcowatych w prowincji Yunnan, była Chinka Shi Zhengli, specjalistka od patogenów oraz czołowa postać Instytutu Wirusologii w Wuhan? Znana również jako Batwoman. Owszem, nie chcieliście przyjąć do wiadomości, że gdy w Stanach Zjednoczonych zakazano eksperymentów ze wzbogacaniem genomu wirusów (np. o inne białko kolca S), tak żeby skuteczniej mogły atakować tkankę nabłonka ludzkich płuc, to wtedy owe groźne dla ludzkości  badania zostały przeniesione właśnie do Wuhan i – poprzez EcoHealth Alliance Petera Daszaka (swoją drogą, co za perfidia w nazwie!) – nadal były finansowane z budżetu federalnego USA.

Nic dziwnego, że dla odbiorców, którzy przez ponad rok dawali wiarę mediom tzw. głównego nurtu, zaangażowanym w zorganizowaną propagandę rzekomej pandemii, rewelacje Michała Broniatowskiego, dynasty ostro komunizującej rodziny, mogą się wydać zaskakującym game-changerem. A gdyby się tak okazało, że wirus wcale nie jest naturalny, lecz pochodzi z chińskiego laboratorium? – serwuje delikatne pytanie „medialny menedżer” Broniatowski, teraz publicysta Onetu oraz koordynator oddziału Politico w Polsce. Tak, Michał Broniatowski, syn „dąbrowszczaka” Mieczysława, ten sam, który parę lat temu upublicznił dość fachowy przepis na organizację majdanu dla obalenia rządów PiS. Scenariusz astroturfingu, zapewne z zasobów Departamentu Stanu, który przecież w niejednym miejscu na świecie dowiódł już swojej skuteczności.

Cóż, to dopiero pierwsza łuska cebuli, nawet oczy nie szczypią, a gdzie tam jeszcze do płynących łez... Bo przecież laboratoria Wuhan, niewątpliwie związane z konstruwirusem SARS-CoV-2, nie były ani pierwsze, ani jedyne. Podczas gdy w problem zakłamywania tego swoistego ataku bronią biologiczną, tej agresji przeciwko rodzajowi ludzkiemu zaangażowane są media, pozostające w kapitałowo-właścicielskiej zależności od grupy plutokratów-celebrytów, którzy najwyraźniej wyrośli już z fazy globalnych idoli, poczuli się bogami i teraz  próbują urzeczywistnić swoją wizję świata. Per fas et nefas.

 

Liczby nie kłamią. Nawet te skłamane

Zacznijmy od sposobu liczenia ofiar. Według portalu Worldometer, liczba ofiar infekcji powodowanej wirusem znanym jako SARS-CoV-2 wynosi na świecie (stan na 13 czerwca 2021) nieco ponad 3, 8 mln. W odniesieniu do ujętej w statystykach liczby blisko 176, 5 miliona przypadków tej choroby, śmiertelność wynosiłaby 2, 16 proc. Podczas gdy np. odsetek śmiertelności ciężkich przypadków grypy w trudnym w Polsce ze względu na przewagę wirusa typu A sezonie 2018/2019 kształtował się na poziomie jednego procenta (dokładnie 0,95 proc.).

Wynikałoby stąd, że wprawdzie zagrożenie wirusem – dla walki z którym zadysponowano te wszystkie lockdowny, obostrzenia sanitarne oraz antywolnościowe restrykcje paraliżujące na rok praktycznie cały zachodni świat – jest być może dwa razy groźniejsze od zwykłej epidemii grypy oraz chorób grypopodobnych, ale wcale nie uzasadnia aż tak rujnującej życie, zdrowie i dotychczasowy kształt naszego świata kampanii obronnej.  Tym bardziej że faktycznej liczby zgonów na CoViD-19 nigdy raczej nie poznamy, nie z powodu niedostatku rzetelności witryny Worldometer, lecz ze względu na „kreatywną księgowość” uprawianą przez władze sanitarne państw Zachodu.

W USA już przed rokiem uczciwi lekarze alarmowali o państwowym systemie korupcji w tym zakresie: za zgłoszenie każdej śmierci, byle stowarzyszonej z obecnością modnego wirusa, szpitale otrzymywały potrójną dotację. Gdzie indziej płacono mniej szczodrze, ale zwykle co najmniej sowicie, więc... trudno przypuszczać, żeby personel medyczny zaniżał dane na własną szkodę. Z kolei drugim czynnikiem deformującym obraz stanu rzeczy, były fałszywie pozytywne wyniki testów PCR RT, głównie zresztą wykorzystywane dla podkręcania paniki oraz efektywnego kreowania tzw. fali zachorowań.

Że krajowe władze sanitarne unikały ustalenia rzeczywistego zasięgu proliferacji tak zabójczego podobno wirusa, widać po tym, że tylko incydentalnie w świecie przeprowadzano badania przesiewowe (i to zwykle w poszczególnych regionach czy stanach USA) dla ustalenia stopnia rozpowszechnienia się wirusa wśród danej społeczności, co pozwalało na rzetelną ocenę stopnia zapadalności na tę infekcję oraz na ustalenie prawdziwego odsetka śmiertelności. Trwała głuchota władz sanitarnych, politycznych oraz telewizyjnych uczonych na tę elementarną metodę, a zwłaszcza tłumienie wszelkiej merytorycznej debaty i ośmieszanie realnych, ale niedyspozycyjnych autorytetów medycznych, dopełniają obrazu owej „potiomkinowskiej pandemii”.

 

Szukając alibi, WHO podwaja stawkę

Co zdumiewające, choć skądinąd niestety zrozumiałe, kierowana przez Tedrosa Ghebreyesusa WHO, która w czasie tej epidemii  popełniła tak wiele błędów oraz karygodnych zaniechań, a nadto wydała naprawdę sporo sprzecznych oświadczeń i kuriozalnych zaleceń, teraz twierdzi, że liczba blisko czterech milionów ofiar jest znacznie zaniżona, że w zasadzie należałoby ją nawet podwoić. Przyjmijmy na chwilę te samousprawiedliwienia, czyli próbę tworzenia sobie alibi, za dobrą monetę. Niewiele ponad 3, 8 mln razy dwa wynosi około 7, 6 miliona ofiar śmiertelnych. Dla ułatwienia rachunków zaokrąglijmy tę liczbę w górę do 7, 9. Populacja globu wynosi obecnie prawie 7, 9 miliarda. Co oznacza, że zniszczenie paru miliardom dotychczasowego sposobu organizacji życia na planecie poczyniono z powodu zagrożenia, które po półtora roku trwania dotyczyło tylko jednego promila populacji. Dla zobrazowania skali tej horrendalnej wręcz niewspółmierności realnych zagrożeń i podjętych środków dodam, że według cytowanego wyżej portalu Worldometer, tylko w roku 2021, czyli w ciągu ostatniego niespełna półrocza zmarło na Ziemi 26, 4 miliona osób.

Motywy takiego stanowiska Światowej Organizacji Zdrowia, tuczącej się na garnuszku rozwodnika Gatesa są oczywiste: mimo redefinicji pandemii oraz podkręcenia liczby zgonów na CoViD-19 metodą korumpowania części środowisk medycznych jest ich nadal zbyt mało dla uzasadnienia całej globalnej histerii okołopandemicznej. Ludzie coraz częściej zaczynają dostrzegać, że ktoś ich, mówiąc oględnie, mocno nabiera. Coraz więcej lekarzy praktyków uczy się skutecznie leczyć tę infekcję w fazie początkowej, nie dopuszczając do zapalenia płuc z powikłaniami oraz późniejszego duszenia się pod respiratorem.

Zalecenia WHO przewidywały głównie testowanie, wyczekiwanie na rozwój infekcji podczas kwarantanny, a dopiero później – w ciężkich przypadkach – hospitalizację. Preparatów, które dawały całkiem dobre rezultaty (m.in. hydroksychlorochina, iwermektyna, amantadyna), nie wpisano do biurokratycznego tzw. schematu leczenia, blokując ich stosowanie i właściwie od początku mamiąc mocno przestraszonych ludzi szczepionką, która miała się pojawić najwcześniej za dwa-trzy lata. Takie zapowiedzi składali znawcy przedmiotu jeszcze w maju, w czerwcu ubiegłego roku. Ale szczepionki przeciwko wirusowi SARS-CoV-2 pojawiły się znacznie przed terminem. Już w grudniu 2020.

 

Skąd ten pęd do szczepionkowego hazardu?

Zwalnianie koncernów z wszelkiej odpowiedzialności za niepożądane skutki szczepień, jedynie warunkowe dopuszczenie preparatów przez Europejską Agencję Leków (EMA) i jej amerykański odpowiednik (FDA), wreszcie sprzedaż posiadanych akcji przez szefa koncernu Pfizer – taka seria dziwnych kroków musiała wzbudzić wśród ludzi zdrowy sceptycyzm, nie tylko przecież w Polsce. Sytuacji nie poprawiły oświadczenia, że szczepionki, a w istocie eksperymentalne preparaty medyczne nie chronią ani przed zachorowaniem, ani przed transmisją wirusa. Czyli wbrew narracji tuzów z Rady Medycznej przy Premierze to raczej zaszczepieni są groźni dla osób nie mających kontaktu z wirusem, a nie odwrotnie, jak to często sugerowano.

Że też na eksponowane w mediach autorytety okołopandemiczne wybrano akurat profesorów niegrzeszących logiką. To już naprawdę wolę Jarosława Pinkasa, który jeszcze cały rok wcześniej ujawnił planowaną strategię władz sanitarnych: „Wygenerujemy emocjonalne zapotrzebowanie na szczepionkę”...

Do opinii publicznej docierają jednak nienagłaśniane w mediach wieści o przypadkach śmierci po zaszczepieniu. I dotyczy to nie tylko kilku głośnych ostatnio w kraju przypadków z VIP-ami, ale często całkiem zwyczajnych, niezbyt wiekowych osób, niejednokrotnie będących w dobrej kondycji przed zaszczepieniem. Trzeba pamiętać, że preparaty typu mRNA (Pfizer-BioNTech, Moderna) to wciąż rodzaj medycznego eksperymentu, którego lecznicza przydatność została ostatnio mocno zakwestionowana przez dr. Byrama Bridle’a, profesora w dziedzinie immunologii wirusowej z Uniwersytetu Guelph, kanadyjskiej uczelni publicznej w prowincji Ontario.

Prof. Bridle oraz międzynarodowa grupa badaczy, dzięki zapytaniu Japońskiej Agencji Regulacyjnej skierowanemu do koncernu Pfizer, uzyskali dostęp do poufnych (confidential) wyników badań tzw. biodystrybucji białka kolca w zaszczepionym organizmie. I okazało  się, że syntetyzowane w komórkach gospodarza dzięki materiałowi RNA białko Spike zamiast – jak się spodziewano – skłaniać system odpornościowy do produkcji stosownych przeciwciał, przedostaje się do ludzkiego krwioobiegu, dzięki czemu nie dość, że trafia do wielu tkanek oraz narządów wewnętrznych, takich jak śledziona, szpik kostny, wątroba, nadnercza i zwłaszcza jajniki, to w dodatku zachowuje się tam jak patogen. Może powodować zakrzepy, ale i krwotoki wewnętrzne, może uszkodzić serce albo przekroczyć barierę krew-mózg, powodując poważne szkody neurologiczne – alarmuje prof. Byram Bridle.

Nie trzeba było długo czekać na usilne próby zdyskredytowania tez kanadyjskiego badacza... Mimo wszystko, nie brzmi to zachęcająco,  choć dotychczas zakrzepicę kojarzono raczej ze szczepionkami wektorowymi firm AstraZeneca oraz Johnson & Johnson. Ale i w tym przypadku już kilka europejskich państw wycofało się ze stosowania szczepionek opartych na niezdolnym do replikacji adenowirusie.

Może więc zamiast generować trochę niebezpieczny entuzjazm dla masowych szczepień o trudnych do przewidzenia konsekwencjach, lepiej skupić się na racjonalnej profilaktyce i leczeniu chorych. Tym bardziej że kliniczne badania leku opartego na krótkiej sekwencji receptora ACE-2, który blokuje infekcję wirusa SARS-CoV-2 już w górnych drogach oddechowych, naprawdę nieźle rokują.

 

 

Waldemar Żyszkiewicz

(14 czerwca 2021)



 

Polecane