[Tylko u nas] Marek Jan Chodakiewicz: Duńczycy a Holocaust

Jest taka piękna historia o Duńczykach podczas II wojny światowej. Gwardziści królewscy bronili pałacu monarszego w Kopenhadze przed Niemcami. Strzelali. Stawiali opór. To te żołnierzyki w futrzanych, czarnych, niedźwiedzich czapach i XIX-wiecznych mundurach. Dopiero na wyraźny rozkaz króla przerwali walkę. To prawda. 
/ Wikipedia domena publiczna, CC 3.0, Mariusz Paździora
Było to 9 kwietnia 1940 r. Wojska III Rzeszy zajęły Danię. Trwało to wszystko 8 godzin. Tyle czasu zajmuje przejechanie od granicy z Niemiec do Kopenhagi. Gwardziści to jedyni żołnierze duńscy, którzy Niemcom stawili opór. Reszta wojska po prostu kapitulowała. Niektórzy po liberalnemu mieli w nosie, a inni sympatyzowali z Hitlerem i jego narodowym socjalizmem.

Okupacja Danii była bardzo łagodna. Niemcy zadowolili się stacjonowaniem tam wojska. Funkcjonowały duńskie urzędy, rządził rząd, a prawa uchwalał parlament. Do 1943 r. w Danii miały miejsce wybory parlamentarne. Działała opozycja oparta głównie o socjaldemokratów. Wtedy to władze duńskie po prostu zrezygnowały z wypełniania swoich obowiązków w momencie, gdy Niemcy zażądali, aby parlament wprowadził karę śmierci za uprawianie sabotażu. 

W zasadzie Dania działała jako państwo autonomiczne z ograniczoną suwerennością głównie w odniesieniu do spraw zagranicznych. Dopiero pod koniec wojny Niemcy – wobec bojkotu duńskich władz żądań okupanta – zlikwidowali część generalnych instrumentów systemu parlamentarnego. Na niższych poziomach duńska samorządność pozostała nietknięta prawie w ogóle. I funkcjonowała jako kontynuacja systemu po 1945 r.

Tzw. duńskie podziemie przez dłuższy okres składało się głównie z Polaków. Wielu z nich pochodziło z tzw. emigracji kartoflanej z XIX w. Z nowo przybyłej mniejszości część to oficerowie wywiadu polskiego, jak również rozbitkowie z rozmaitych polskich sił zbrojnych. To oni głównie stworzyli konspirację, a przede wszystkim prężnie działającą siatkę wywiadu. Od czasu do czasu nawet  strzelali się z Niemcami. Dopiero pod koniec niemieckiej okupacji pojawiły się poważniejsze duńskie inicjatywy podziemne, z czego główne były infiltrowane przez jaczejki komunistyczne i działały na rzecz Stalina i Sowietów, a nie króla i Danii.

W każdym razie porównywalna liczba Duńczyków – kilka tysięcy osób – straciła życie z rąk Niemców, jak również poległa w służbie III Rzeszy. Większość w tej ostatniej kategorii to przede wszystkim ochotnicy duńscy do Waffen-SS, szczególnie walczący w szeregach dywizji SS „Wiking” na froncie wschodnim.    

Opisuję to wszystko w mojej książce „Żydzi i Polacy, 1918-1955: Współistnienie, Zagłada, Komunizm (2000)”.  Odnoszę się do Danii i innych krajów w celach porównawczych. Eksterminacja Żydów nie odbywała się bowiem ani w próżni, ani według jednego formatu. Każdy region, każdy kraj był inny. Polityka okupacyjna niemiecka była różnorodna. Biorąc takie uwarunkowania pod uwagę, można stwierdzić, że Polacy przy wszystkich innych wyglądają całkiem dobrze, jeśli chodzi o sprawy żydowskie.  

Jest bowiem też inna legenda o Duńczykach, którzy dzielnie bronili swoich Żydów, uratowali ich, przewożąc do Szwecji. Według niej sam król duński Christian X (ur. 1870, rządził od 1912 r. do swej śmierci w 1947 r.) pokazywał solidarność ze swoimi żydowskimi poddanymi i ich ratował. Król miał  nosić publicznie opaskę z gwiazdą Dawida, a w innej wersji kipę – myckę. To naturalnie piękne opowiastki o faktach, które nie miały miejsca. Podobnej modyfikacji wymaga historia ratowania Żydów przez Duńczyków.

Po pierwsze, społeczność żydowska w Danii to garstka ludzi, około 7 tysięcy osób. Doskonale zintegrowani i zasymilowani. Nie do odróżnienia właściwie. Po drugie, władze okupacyjne niemieckie stosowały wobec nich politykę de facto neutralności. Oprócz dosłownie kilku oficerów Gestapo nikt z Niemców aktywnie nie angażował się przeciw Żydom i pomagającym im chrześcijanom. Siły niemieckiego aparatu terroru – jakieś 1600 policjantów Niemców – pozostawały statycznie w koszarach. Po trzecie, duńscy policjanci z formacji kolaboranckiej odmówili w większości wykonania rozkazu aresztowania duńskich Żydów, a w wyniku tego kilkunastu policjantów zesłano do niemieckich kacetów. Ponadto duńscy policjanci, którzy jednak wykonali rozkaz o aresztowaniu, mieli przykazane przez swoich przełożonych, aby zapukać do żydowskich drzwi i – w razie gdyby nikt im nie otworzył – po prostu odejść. Proszę sobie wyobrazić coś tak fantastycznego choćby w Warszawie!

Następnie, po czwarte, w tym czasie bardzo niewielu Żydów przebywało jeszcze u siebie w domach. Zostali bowiem ostrzeżeni. Po piąte, stało się tak, bowiem rozmaite niemieckie kontakty, a w tym i generał SS, który uprzednio deportował Żydów francuskich, poinformowały – pośrednio i bezpośrednio – duńskich polityków, a w tym i związanych z podziemiem – na temat mających nastąpić deportacjach Żydów do obozów poza Danią, czyli na śmierć.  

Po szóste, w związku z tym duńscy działacze, zwykle socjaldemokraci, ostrzegli Żydów. Oprócz tego skontaktowali przywódców społeczności żydowskiej z duńskimi rybakami. Ci zażądali niesamowicie wygórowaną sumę pieniędzy za przewiezienie żydowskich współobywateli do Szwecji. Po interwencji duńskiego podziemia rybacy sumę obniżyli. Zgodzili się na przyjęcie połowy pieniędzy na miejscu, a połowy po wojnie. Cena przewozu Żydów zwykle oscylowała między 500 a 2000 koron duńskich, czyli 83 a 330 dolarami USA. Niektóre rodziny musiały zapłacić szokującą sumę 50 000 koron. To były ceny paskarskie, jeśli nie szmalcownicze. Pamiętajmy, że przeciętny duński robotnik zarabiał wtedy 2 korony za godzinę, czyli 33 centy. Przewieziono około 7 tysięcy Żydów.  Zdarto z nich minimum 1,4 miliona dolarów. Po siódme, rybacy nie ryzykowali wiele. Niemiecka policja, Wehrmacht oraz Kriegsmarine po prostu zignorowały flotyllę rybacką wiozącą Żydów do Szwecji. Kreigsmarine wręcz rozkazała swym patrolowcom udać się na inny obszar Bałtyku.  
  
W realiach i kontekście polskim podczas II wojny światowej nawet nie można sobie wyobrazić kooperacji między policją niemiecką, nazistowskim wojskiem, a miejscowymi politykami i podziemiem Żydów. To po prostu nie byłoby możliwe w Polsce. Stąd przywoływanie Danii, aby skrytykować Polskę, to porównywanie jabłek i pomarańczy.

Wspominam o tym również w wymienionej już monografii. Ostatnio jednak Mark Paul z Kanady podesłał mi materiały do uzupełnienia. Potwierdzają one nasze ogólne konkluzje, chociaż wskazują, że sprawy ratowania Żydów duńskich były jeszcze bardziej proste i łatwe. Po wojnie zostały okutane szatą martyrologiczną, aby dostarczyć zasłony dymnej powszechnej duńskiej kolaboracji. 

Najlepiej podsumowała to historyczka Sophie Bak (Sofie Lene Bak): „Nawet ani jeden z 600 do 700 nielegalnych transportów przewożących żydowskich uchodźców nie został ujęty przez niemiecką policję na morzu. Ratujący, którzy zostali ujęci przez Gestapo, zostali przekazani sądom duńskim z oskarżeniem pomagania nielegalnej emigracji. Maksymalną karą za to było trzy miesiące więzienia w relatywnie łagodnych warunkach duńskich więzień. Większość tych spraw nigdy nie została przedstawiona sądom albo pracownicy sądowi po prostu po cichu zwalniali oskarżonych. W taki sposób ratujący spotkali się tylko z ograniczonymi sankcjami. Wbrew mitowi, ratujący nie ryzykowali swego życia, aby ocalić Żydów. „Not even one of the 600-700 illegal transports carrying Jewish refugees was seized by German police at sea. Rescuers caught by the Gestapo were handed over to the Danish courts to be charged with assisting illegal migration. The maximum penalty was three months’ imprisonment under relatively lenient conditions in a Danish prison. Most of the cases, however, never came to court, or court officials let the rescuers slip away through the back door. Thus the rescuers faced only very limited sanctions. Contrary to myth, the rescuers did not risk their lives to save Jews”. (Sophie Bak, „Between Tradition and New Departure: The Dilemmas of Collaboration in Denmark,” [w:] „Collaboration with the Nazis: Public Discourse After the Holocaust”, red. Roni Stauber, London and New York: Routledge, 2010, s. 116).

Jasne jest jak napisał Jan Peczkis na Goodreads.com, że mieliśmy do czynienia z „niemieckim wygnaniem duńskich Żydów” bardziej niż z duńskim ratowaniem współobywateli. Nie można było na Madagaskar, to się ich wysłało do Szwecji. Sofie Lene Bak twierdzi natomiast, że „zamiast mówić o ratowaniu, bardziej adekwatnie jest pisać o ucieczce, aby odnieść się do wypadków października 1943 r.” („Rather than rescue, the term escape seems an adequate descripotion of the events of October 1943” cyt. w Sofie Lene Bak, „From Rescue to Escape in 1943: On a Path to Devictimizing Danish Jews” [w:] „The Holocaust as Active Memory: The Past in the Present”, red. Marie Louise Seeberg, Irene Levin & Claudia Lenz (Farnham, Surrey: Ashgate, 2013, chapter 7).

Notabene Bak opisuje też wielkie kłopoty z odzyskiwaniem mienia przez Żydów duńskich po wojnie [zob. Sofie Lene Bak, „Repatriation and Restitution of Holocaust Victims in Post-war Denmark”, „Jewish Studies in the Nordic Countries Today”, Scripta Instituti Donneriani Aboensis, vol. 27 (2016): s. 134-152, https://journal.fi/scripta/article/view/66572]. Żydzi wrócili ze Szwecji zwykle bez funduszy. Przejedli bowiem swoje oszczędności. Ich własność w Danii była rozkradziona, zdewastowana, na ogół traktowana jako porzucona. Jednak władze duńskie wprowadziły prawo o restytucji mienia dla Żydów oraz uchodźców politycznych. Prawo to było zakrojone najbardziej szczodrze w całej Europie. Czyli negatywne mechanizmy oddolne i odgórne jak wszędzie: rabunek i dewastacja, ale zaraz po wojnie w wolnej, niesowieckiej Danii nastąpiła restytucja mienia indywidualnym właścicielom, a nie abstrakcyjnemu kolektywowi. I tak powinno być.  Bez żadnych mitów, również duńskich.

Marek Jan Chodakiewicz
Waszyngton, DC, 26 lutego 2019 
Intel z DC

Artykuł pochodzi z najnowszego numeru "TS" (10/2019) do kupienia w wersji cyfrowej tutaj.

 

POLECANE
Młodzież tańczyła do ognia pożaru zamiast uciekać. Szokujące nagranie ze spalonego baru w Szwajcarii wideo
Młodzież tańczyła do ognia pożaru zamiast uciekać. Szokujące nagranie ze spalonego baru w Szwajcarii

Do internetu trafiło szokujące nagranie nastolatków z baru w Crans-Montanie, na którym młodzi ludzie widząc ogień trawiący piankę na suficie, tańczą do niego, nagrywają telefonami komórkowymi i pokazują środkowy palec.

Petru, Mucha, Hennig-Kloska i Kobosko zawarli sojusz wyborczy. Chcą zablokować Pełczyńską-Nałęcz polityka
Petru, Mucha, Hennig-Kloska i Kobosko zawarli sojusz wyborczy. Chcą zablokować Pełczyńską-Nałęcz

Rywale Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz w wyborach na przewodniczącego Polski 2050 zawarli nieformalny sojusz taktyczny, by zablokować jej zwycięstwo. Wśród nich są Ryszard Petru, Paulina Hennig-Kloska, Joanna Mucha i Michał Kobosko, który zrezygnował ze startu - przekazały PAP źródła zbliżone do partii.

Eksplozja w kurorcie w Szwajcarii. Są nowe doniesienia z ostatniej chwili
Eksplozja w kurorcie w Szwajcarii. Są nowe doniesienia

W barze w Crans-Montanie, gdzie w sylwestrową noc wybuchł pożar zabijając około 40 osób, znajdowały się ścianki wykonane z łatwopalnej pianki - podała w piątek włoska agencja Ansa. Właściciele lokalu twierdzą natomiast, że wszystko było zgodne z normą.

PKP Intercity wydał komunikat z ostatniej chwili
PKP Intercity wydał komunikat

Pociągi na odcinkach przebiegających przez tereny zalesione w województwach pomorskim i zachodniopomorskim mogą poruszać się wolniej, co może skutkować wydłużeniem czasu przejazdu - poinformowało w piątek PKP Intercity. W nocy prognozowane są opady śniegu m.in. na północy Polski.

Sławosz Uznański-Wiśniewski przekazał radosną wiadomość. Lawina gratulacji Wiadomości
Sławosz Uznański-Wiśniewski przekazał radosną wiadomość. Lawina gratulacji

To będzie wyjątkowy rok w życiu Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego. Polak, który poleciał w kosmos, ogłosił, że wraz z żoną Aleksandrą spodziewa się dziecka. Radosną nowiną podzielił się w mediach społecznościowych na początku nowego roku.

Tȟašúŋke Witkó: Polityczne niepokoje Friedricha Merza tylko u nas
Tȟašúŋke Witkó: Polityczne niepokoje Friedricha Merza

Friedrich Merz ma poważne powody do niepokoju. Nie, nie dlatego, że w grudniu 2025 roku to Annegret Kramp-Karrenbauer została powołana na stanowisko prezesa Fundacji Konrada Adenauera, a nie protegowany kanclerza, Günter Krings. Posadzenie byłej minister obrony Niemiec i pupilki Angeli Merkel w tym prestiżowym fotelu wcale nie było jakimś większym przesileniem w szeregach współrządzącej Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej, a jedynie zewnętrznym urealnieniem tego, co faktycznie dzieje się w ugrupowaniu.

Tragiczny wypadek w święta. Nie żyje były reprezentant Polski Wiadomości
Tragiczny wypadek w święta. Nie żyje były reprezentant Polski

Nie żyje Robert Wolski, były reprezentant Polski w skoku wzwyż i uczestnik igrzysk olimpijskich w Atenach. Sportowiec zmarł kilka dni po poważnym wypadku samochodowym, do którego doszło w województwie łódzkim w czasie świąt Bożego Narodzenia.

FBI udaremniło planowany zamach w Karolinie Północnej z ostatniej chwili
FBI udaremniło planowany zamach w Karolinie Północnej

Federalne Biuro Śledcze (FBI) podało w piątek, że udaremniło zamach 18-letniego dżihadysty inspirowany ideologią Państwa Islamskiego. Mężczyzna planował zaatakować młotkami i nożami klientów supermarketu w Karolinie Północnej, lecz został schwytany, bo wyjawił plan agentowi FBI pod przykrywką.

Tragedia w Krośnie Odrzańskim. Mężczyzna zmarł po ataku psa Wiadomości
Tragedia w Krośnie Odrzańskim. Mężczyzna zmarł po ataku psa

Do dramatycznego zdarzenia doszło pod koniec grudnia w Krośnie Odrzańskim. Mężczyzna, który przebywał w piwnicy jednego z domów jednorodzinnych, został ciężko pogryziony przez psa rasy amstaff. Mimo szybkiej pomocy medycznej nie udało się uratować jego życia.

Kilkaset drzew ściętych siekierami. Policja bada sprawę wycinki w Toruniu Wiadomości
Kilkaset drzew ściętych siekierami. Policja bada sprawę wycinki w Toruniu

Toruński magistrat zgłosił na policję nielegalną wycinkę kilkuset drzew w lesie łęgowym na Kępie Bazarowej w obszarze Natura 2000; drzewa zostały powalone siekierami. Miasto apeluje o pomoc w ujęciu winowajców.

REKLAMA

[Tylko u nas] Marek Jan Chodakiewicz: Duńczycy a Holocaust

Jest taka piękna historia o Duńczykach podczas II wojny światowej. Gwardziści królewscy bronili pałacu monarszego w Kopenhadze przed Niemcami. Strzelali. Stawiali opór. To te żołnierzyki w futrzanych, czarnych, niedźwiedzich czapach i XIX-wiecznych mundurach. Dopiero na wyraźny rozkaz króla przerwali walkę. To prawda. 
/ Wikipedia domena publiczna, CC 3.0, Mariusz Paździora
Było to 9 kwietnia 1940 r. Wojska III Rzeszy zajęły Danię. Trwało to wszystko 8 godzin. Tyle czasu zajmuje przejechanie od granicy z Niemiec do Kopenhagi. Gwardziści to jedyni żołnierze duńscy, którzy Niemcom stawili opór. Reszta wojska po prostu kapitulowała. Niektórzy po liberalnemu mieli w nosie, a inni sympatyzowali z Hitlerem i jego narodowym socjalizmem.

Okupacja Danii była bardzo łagodna. Niemcy zadowolili się stacjonowaniem tam wojska. Funkcjonowały duńskie urzędy, rządził rząd, a prawa uchwalał parlament. Do 1943 r. w Danii miały miejsce wybory parlamentarne. Działała opozycja oparta głównie o socjaldemokratów. Wtedy to władze duńskie po prostu zrezygnowały z wypełniania swoich obowiązków w momencie, gdy Niemcy zażądali, aby parlament wprowadził karę śmierci za uprawianie sabotażu. 

W zasadzie Dania działała jako państwo autonomiczne z ograniczoną suwerennością głównie w odniesieniu do spraw zagranicznych. Dopiero pod koniec wojny Niemcy – wobec bojkotu duńskich władz żądań okupanta – zlikwidowali część generalnych instrumentów systemu parlamentarnego. Na niższych poziomach duńska samorządność pozostała nietknięta prawie w ogóle. I funkcjonowała jako kontynuacja systemu po 1945 r.

Tzw. duńskie podziemie przez dłuższy okres składało się głównie z Polaków. Wielu z nich pochodziło z tzw. emigracji kartoflanej z XIX w. Z nowo przybyłej mniejszości część to oficerowie wywiadu polskiego, jak również rozbitkowie z rozmaitych polskich sił zbrojnych. To oni głównie stworzyli konspirację, a przede wszystkim prężnie działającą siatkę wywiadu. Od czasu do czasu nawet  strzelali się z Niemcami. Dopiero pod koniec niemieckiej okupacji pojawiły się poważniejsze duńskie inicjatywy podziemne, z czego główne były infiltrowane przez jaczejki komunistyczne i działały na rzecz Stalina i Sowietów, a nie króla i Danii.

W każdym razie porównywalna liczba Duńczyków – kilka tysięcy osób – straciła życie z rąk Niemców, jak również poległa w służbie III Rzeszy. Większość w tej ostatniej kategorii to przede wszystkim ochotnicy duńscy do Waffen-SS, szczególnie walczący w szeregach dywizji SS „Wiking” na froncie wschodnim.    

Opisuję to wszystko w mojej książce „Żydzi i Polacy, 1918-1955: Współistnienie, Zagłada, Komunizm (2000)”.  Odnoszę się do Danii i innych krajów w celach porównawczych. Eksterminacja Żydów nie odbywała się bowiem ani w próżni, ani według jednego formatu. Każdy region, każdy kraj był inny. Polityka okupacyjna niemiecka była różnorodna. Biorąc takie uwarunkowania pod uwagę, można stwierdzić, że Polacy przy wszystkich innych wyglądają całkiem dobrze, jeśli chodzi o sprawy żydowskie.  

Jest bowiem też inna legenda o Duńczykach, którzy dzielnie bronili swoich Żydów, uratowali ich, przewożąc do Szwecji. Według niej sam król duński Christian X (ur. 1870, rządził od 1912 r. do swej śmierci w 1947 r.) pokazywał solidarność ze swoimi żydowskimi poddanymi i ich ratował. Król miał  nosić publicznie opaskę z gwiazdą Dawida, a w innej wersji kipę – myckę. To naturalnie piękne opowiastki o faktach, które nie miały miejsca. Podobnej modyfikacji wymaga historia ratowania Żydów przez Duńczyków.

Po pierwsze, społeczność żydowska w Danii to garstka ludzi, około 7 tysięcy osób. Doskonale zintegrowani i zasymilowani. Nie do odróżnienia właściwie. Po drugie, władze okupacyjne niemieckie stosowały wobec nich politykę de facto neutralności. Oprócz dosłownie kilku oficerów Gestapo nikt z Niemców aktywnie nie angażował się przeciw Żydom i pomagającym im chrześcijanom. Siły niemieckiego aparatu terroru – jakieś 1600 policjantów Niemców – pozostawały statycznie w koszarach. Po trzecie, duńscy policjanci z formacji kolaboranckiej odmówili w większości wykonania rozkazu aresztowania duńskich Żydów, a w wyniku tego kilkunastu policjantów zesłano do niemieckich kacetów. Ponadto duńscy policjanci, którzy jednak wykonali rozkaz o aresztowaniu, mieli przykazane przez swoich przełożonych, aby zapukać do żydowskich drzwi i – w razie gdyby nikt im nie otworzył – po prostu odejść. Proszę sobie wyobrazić coś tak fantastycznego choćby w Warszawie!

Następnie, po czwarte, w tym czasie bardzo niewielu Żydów przebywało jeszcze u siebie w domach. Zostali bowiem ostrzeżeni. Po piąte, stało się tak, bowiem rozmaite niemieckie kontakty, a w tym i generał SS, który uprzednio deportował Żydów francuskich, poinformowały – pośrednio i bezpośrednio – duńskich polityków, a w tym i związanych z podziemiem – na temat mających nastąpić deportacjach Żydów do obozów poza Danią, czyli na śmierć.  

Po szóste, w związku z tym duńscy działacze, zwykle socjaldemokraci, ostrzegli Żydów. Oprócz tego skontaktowali przywódców społeczności żydowskiej z duńskimi rybakami. Ci zażądali niesamowicie wygórowaną sumę pieniędzy za przewiezienie żydowskich współobywateli do Szwecji. Po interwencji duńskiego podziemia rybacy sumę obniżyli. Zgodzili się na przyjęcie połowy pieniędzy na miejscu, a połowy po wojnie. Cena przewozu Żydów zwykle oscylowała między 500 a 2000 koron duńskich, czyli 83 a 330 dolarami USA. Niektóre rodziny musiały zapłacić szokującą sumę 50 000 koron. To były ceny paskarskie, jeśli nie szmalcownicze. Pamiętajmy, że przeciętny duński robotnik zarabiał wtedy 2 korony za godzinę, czyli 33 centy. Przewieziono około 7 tysięcy Żydów.  Zdarto z nich minimum 1,4 miliona dolarów. Po siódme, rybacy nie ryzykowali wiele. Niemiecka policja, Wehrmacht oraz Kriegsmarine po prostu zignorowały flotyllę rybacką wiozącą Żydów do Szwecji. Kreigsmarine wręcz rozkazała swym patrolowcom udać się na inny obszar Bałtyku.  
  
W realiach i kontekście polskim podczas II wojny światowej nawet nie można sobie wyobrazić kooperacji między policją niemiecką, nazistowskim wojskiem, a miejscowymi politykami i podziemiem Żydów. To po prostu nie byłoby możliwe w Polsce. Stąd przywoływanie Danii, aby skrytykować Polskę, to porównywanie jabłek i pomarańczy.

Wspominam o tym również w wymienionej już monografii. Ostatnio jednak Mark Paul z Kanady podesłał mi materiały do uzupełnienia. Potwierdzają one nasze ogólne konkluzje, chociaż wskazują, że sprawy ratowania Żydów duńskich były jeszcze bardziej proste i łatwe. Po wojnie zostały okutane szatą martyrologiczną, aby dostarczyć zasłony dymnej powszechnej duńskiej kolaboracji. 

Najlepiej podsumowała to historyczka Sophie Bak (Sofie Lene Bak): „Nawet ani jeden z 600 do 700 nielegalnych transportów przewożących żydowskich uchodźców nie został ujęty przez niemiecką policję na morzu. Ratujący, którzy zostali ujęci przez Gestapo, zostali przekazani sądom duńskim z oskarżeniem pomagania nielegalnej emigracji. Maksymalną karą za to było trzy miesiące więzienia w relatywnie łagodnych warunkach duńskich więzień. Większość tych spraw nigdy nie została przedstawiona sądom albo pracownicy sądowi po prostu po cichu zwalniali oskarżonych. W taki sposób ratujący spotkali się tylko z ograniczonymi sankcjami. Wbrew mitowi, ratujący nie ryzykowali swego życia, aby ocalić Żydów. „Not even one of the 600-700 illegal transports carrying Jewish refugees was seized by German police at sea. Rescuers caught by the Gestapo were handed over to the Danish courts to be charged with assisting illegal migration. The maximum penalty was three months’ imprisonment under relatively lenient conditions in a Danish prison. Most of the cases, however, never came to court, or court officials let the rescuers slip away through the back door. Thus the rescuers faced only very limited sanctions. Contrary to myth, the rescuers did not risk their lives to save Jews”. (Sophie Bak, „Between Tradition and New Departure: The Dilemmas of Collaboration in Denmark,” [w:] „Collaboration with the Nazis: Public Discourse After the Holocaust”, red. Roni Stauber, London and New York: Routledge, 2010, s. 116).

Jasne jest jak napisał Jan Peczkis na Goodreads.com, że mieliśmy do czynienia z „niemieckim wygnaniem duńskich Żydów” bardziej niż z duńskim ratowaniem współobywateli. Nie można było na Madagaskar, to się ich wysłało do Szwecji. Sofie Lene Bak twierdzi natomiast, że „zamiast mówić o ratowaniu, bardziej adekwatnie jest pisać o ucieczce, aby odnieść się do wypadków października 1943 r.” („Rather than rescue, the term escape seems an adequate descripotion of the events of October 1943” cyt. w Sofie Lene Bak, „From Rescue to Escape in 1943: On a Path to Devictimizing Danish Jews” [w:] „The Holocaust as Active Memory: The Past in the Present”, red. Marie Louise Seeberg, Irene Levin & Claudia Lenz (Farnham, Surrey: Ashgate, 2013, chapter 7).

Notabene Bak opisuje też wielkie kłopoty z odzyskiwaniem mienia przez Żydów duńskich po wojnie [zob. Sofie Lene Bak, „Repatriation and Restitution of Holocaust Victims in Post-war Denmark”, „Jewish Studies in the Nordic Countries Today”, Scripta Instituti Donneriani Aboensis, vol. 27 (2016): s. 134-152, https://journal.fi/scripta/article/view/66572]. Żydzi wrócili ze Szwecji zwykle bez funduszy. Przejedli bowiem swoje oszczędności. Ich własność w Danii była rozkradziona, zdewastowana, na ogół traktowana jako porzucona. Jednak władze duńskie wprowadziły prawo o restytucji mienia dla Żydów oraz uchodźców politycznych. Prawo to było zakrojone najbardziej szczodrze w całej Europie. Czyli negatywne mechanizmy oddolne i odgórne jak wszędzie: rabunek i dewastacja, ale zaraz po wojnie w wolnej, niesowieckiej Danii nastąpiła restytucja mienia indywidualnym właścicielom, a nie abstrakcyjnemu kolektywowi. I tak powinno być.  Bez żadnych mitów, również duńskich.

Marek Jan Chodakiewicz
Waszyngton, DC, 26 lutego 2019 
Intel z DC

Artykuł pochodzi z najnowszego numeru "TS" (10/2019) do kupienia w wersji cyfrowej tutaj.


 

Polecane