Rafał Woś: Jaruzelski 13 grudnia 1981 roku dokonał demontażu tzw. demokracji ludowej

Nie pamiętam wprowadzenia stanu wojennego. Nie mogę pamiętać, bo urodziłem się kilka miesięcy po tym, jak generał Wojciech Jaruzelski dokonał na Wisłą wojskowego puczu. Nie oznacza to jednak, że nie wyciągam z tej „godziny zero” współczesnej polskiej historii własnych lekcji koniecznych do rozumienia dzisiejszej rzeczywistości.
/ fot. M. Żegliński

13 grudnia 1981 roku zaczął się w Polsce neoliberalizm – zgadzam się w pełni z tą oceną wygłoszoną przez weterana pierwszej Solidarności Karola Modzelewskiego w jego autobiograficznej książce „Zajeździmy kobyłę historii” z roku 2013. Modzelewski był postacią niezwykle ciekawą, funkcjonującą jednocześnie w – by tak rzec – dwóch wykluczających się politycznych opowieściach wynikających ze stanu wojennego. Środowiskowo do końca życia (zmarł w 2019 roku) związany oczywiście z kręgami liberalnej inteligenckiej wierchuszki dawnej „S”, która zbudowała po roku 1989 imperium światopoglądowe „Gazety Wyborczej”. Było to więc dokładnie to samo środowisko, które pod koniec lat 80. poparło dogadanie się opozycji z pokoleniem PZPR-owskich młodych wilczków. A potem razem z nimi wprowadzało w Polsce kapitalizm według neoliberalnych recept, od których radykalizmu włos na głowie jeżył się nawet wysłannikom MFW i Banku Światowego. Jednak politycznie Karol Modzelewski był przecież wobec tamtych rozwiązań zawsze w ostrej i konsekwentnej kontrze, należąc do końca do grona najostrzejszych krytyków wolnorynkowego fundamentalizmu elit III RP. Będąc z tego powodu w środowiskach liberalnych najpierw ignorowany i zamilczany, a dopiero potem – gdy już nie stanowił żadnego politycznego zagrożenia – traktowany jako listek figowy. Taki specyficzny pogrudniowy los.

Spawacz i „klęska Solidarności”

W niczym nie umniejsza to jednak celności diagnozy Modzelewskiego o początkach polskiego neoliberalizmu, który miał się urodzić właśnie o północy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Dosłownie chodziło Modzelewskiemu o to, że generał Jaruzelski, wprowadzając stan wojenny w Polsce, usiłował złamać kręgosłup pierwszej – tamtej jednoznacznie socjalnie i radykalnie propracowniczo nastawionej – Solidarności. Czy to się „Spawaczowi” (moja ulubiona ksywka Jaruzelskiego) udało? Modzelewski twierdził – z przykrością – że tak. W efekcie tamtego brutalnego ataku, gdy „S” wyszła z podziemia i wróciła na scenę dziejów w drugiej połowie lat 80., była już zupełnie innym ruchem. Niby pod tym samym znakiem i teoretycznie z tymi samymi wartościami, ale w praktyce nie ta sama, bo już o dalece mniej robotniczym i ludowym charakterze, dużo bardziej zdominowana przez liberalnie nastawionych inteligentów w stylu Adama Michnika, Jacka Kuronia czy Bronisława Geremka. W takich warunkach liberałowie z łatwością dokonali przechwycenia Solidarności. A to z kolei sprawiło, że w pierwszej fazie polskich przemian związek osłaniał swoim parasolem najbardziej radykalne antypracownicze posunięcia Leszka Balcerowicza. Co weszło do historii jako „klęska Solidarności” – opisana kilka lat później w książce amerykańskiego politologa Davida Osta pod tym samym tytułem.

Ale ja lubię tezę Modzelewskiego jeszcze pociągnąć, rozbudować i poszerzyć o dalsze wnioski. Uważam na przykład, że Jaruzelski 13 grudnia 1981 roku dokonał faktycznego i ostatecznego demontażu tzw. demokracji ludowej. Oczywiście, że demokracja ludowa nie była nigdy systemem pluralistycznym i liberalnym, ale nie było też tak, że był to ustrój przez cztery dekady swojego istnienia dokładnie jednakowy. Był stalinizm, ale był też okres Gierkowski – dwa światy różniące się od siebie jak noc i dzień. A po stanie wojennym przyszedł regres. Polska stała się na całą dekadę lat 80. faktyczną wojskową dyktaturą, nie bardzo odbiegającą stylem rządzenia od podobnych reżimów w Ameryce Południowej czy Afryce. Już w przededniu stanu wojennego Jaruzelski skomasował w jednym ręku wszystkie ośrodki władzy na wszystkich poprzednich etapach istnienia PRL-u jednak (i nie bez przyczyny) rozdzielone. Od lutego 1981 roku był więc premierem, w październiku tego samego roku został pierwszym sekretarzem KC PZPR, a wojsko kontrolował już przecież od dawna. 13 grudnia był domknięciem puczu i oznaczał zaprowadzenie faktycznej dyktatury jednego ośrodka władzy ze wszystkimi tego faktu brzydkimi konsekwencjami, takimi jak zwiększenie brutalności aparatu represji, pogłębienie kryzysu politycznego w kraju oraz faktyczne załamanie gospodarki (za co generałowie próbowali oczywiście obwinić poprzedników, sobie nie mając nic do zarzucenia – o czym za chwilę).

Jaruzelski jako rzecznik nowej klasy

W tych warunkach Jaruzelski – idąc śladem współczesnych mu wojskowych dyktatorów w stylu choćby Augusta Pinocheta – miał zupełnie wolne ręce do wprowadzania w Polsce radykalnej zmiany ustroju, w tamtym wypadku kapitalizmu. Od pewnego momentu według logiki, by podzielić się władzą polityczną z tą bardziej układną częścią opozycji, ale przy jednoczesnym zachowaniu kontroli nad najcenniejszymi zasobami: gospodarczymi oraz propagandowymi. Całą tę zmianę ukryto za parawanem „wolnego rynku” również po to, by uzyskać przychylność Zachodu. Oczywiście, że to nie Wojciech Jaruzelski był tego planu głównym autorem. Tamta idea wyszła od młodszych. Politycznie symbolami tamtego „ostatniego pokolenia PZPR-u” będą twórcy późniejszych sukcesów SLD: Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller czy Marek Belka, ale to też tylko symbole. Aktorzy wzięci do sztuki firmowania przemiany na scenie politycznej. Reprezentowali oni ambitne pokolenie, które chciało zrzucić cisnący ich gors realnego socjalizmu. To stały schemat opisany najlepiej przez Milovana Dżilasa w jego „Nowej klasie”, a żywy i prawdziwy w Polsce lat 80 i 90. XX wieku. Większość z inicjatorów tamtego polskiego skoku w kapitalizm na zawsze pozostanie w cieniu, gdzieś na styku służb mundurowych, biznesu, dyplomacji, mediów. Dyktator Jaruzelski był z tego punktu widzenia elementem nieodzownym. Dał czas i możliwość przygotowania i przeprowadzenia całej operacji. Solidarnościowców, którzy ten proces podżyrowali swoim opozycyjnym autorytetem, znaleziono bez trudu. Udzielili oni komunie oficjalnej absolucji. A z tych, co nie chcieli się z tym pogodzić, zrobiono „oszołomów”. Tak w skrócie wyglądał przepis na III RP. Bez 13 grudnia musiałby wyglądać inaczej.

Ale przecież lekcja tamtych doświadczeń nie kończy się na sporach o naturę polskiego kapitalizmu oraz tego, kto zajmie jakie miejsce w nowym porządku dziobania. Mamy jeszcze samo doświadczenie grudniowego wojskowego puczu. Architekci stanu wojennego przedstawiali i będą go przedstawiać jako akt wyższej konieczności. Sposób na ocalenie kraju przed radziecką interwencją. Spór o to, czy „by weszli czy nie”, pozostanie pewnie na zawsze nierozwiązany. Warto tu jednak zwrócić uwagę na coś innego. Niezależnie od odpowiedzi na pytanie o radziecką interwencję za decyzją junty Jaruzelskiego o grudniowym zamachu stały także inne cele. Każda historyczna decyzja ma przecież wiele motywacji. Nie inaczej było wtedy. I właśnie wśród tamtych motywacji musiała być także chęć zalegitymizowania się ówczesnych władców PRL w oczach społeczeństwa. Musimy przecież pamiętać, że wtedy (grudzień 1981) generalska ekipa była wciąż relatywnie nowa. Mijał właśnie dopiero rok z kawałkiem od obalenia Edwarda Gierka przez połączone wysiłki Jaruzelskiego i Stanisława Kani. Ale z sukcesją w PRL-u zawsze było problem. To nie była przecież żadną miarą demokracja parlamentarna, gdzie napięcia rozładowuje się poprzez mechanizm wyborów i zmiany rządu. W PRL-u sukcesje zawsze odbywały się w sposób bardziej dramatyczny – poprzez pałacowe przewroty. I za każdym razem „nowi” stawali wobec wyzwania, by jednak w jakiś tam sposób wytłumaczyć tę zmianę społeczeństwu i zyskać przynajmniej wstępną wiarę, że teraz „będzie lepiej”. Zarówno Władysław Gomułka (1956), jak i Gierek (1970/1971) swoje intronizacje organizowali w sposób aksamitny. Nie było wsadzania poprzedników do więzienia, pokazowych procesów, upokarzania ani nawet szczególnego rozliczania przegranych. Konflikty zamiatano pod dywan, wysyłając rywali na dalsze odcinki albo na emeryturę.

Polak do Polaka strzelać nie powinien

To Jaruzelski potraktował swoich poprzedników jak wrogów publicznych. Gierka i jego ekipę wyrzucono z partii i na pewien czas zamknięto do więzienia. Jeden z członków tej ekipy Zdzisław Grudzień nawet w obozie internowania w Głębokiem umarł. Podjęto też rozbudowaną ofensywę propagandową, która miała pokazać, że „co złego, to tamci”, a winą za wszystko obarczono „życie na kredyt epoki Gierkowskiej”. W ten sposób generałowie liczyli, że dostaną czystą kartę i kredyt zaufania od społeczeństwa. To jednak… nie nastąpiło. Ta metoda ostrego rozliczenia po prostu nie zadziałała, z czego może płynąć morał, że w Polsce stawianie spraw na ostro, z użyciem wojska oraz przemocy nie przynosi pożądanych skutków. Aż do końca dekady lat 80. ekipa Jaruzelskiego nie zdołała oprzeć swojej władzy na autentycznym szerokim poparciu ludzi. Pod tym względem nie mieli nawet tego, co miał Gomułka na początku swojego panowania albo Gierek do roku 1976. I to też jest bardzo ważna lekcja, że Polak do Polaka strzelać nie może, ani nawet nie powinien wsadzać go do więzienia. Również dlatego, że się to… nie opłaca. Paradoksalnie dopiero otwarcie procesu dogadywania się z opozycją przyniosło komunistom sukces. A osobiście Jaruzelskiemu nawet pewien rodzaj legendy (o tym, że – niczym Michaił Gorbaczow – dobrowolnie podzielił się władzą). Ale jak się to dokonało i co z tego wynikło, to już oczywiście temat na zupełnie inną polityczno-historyczną opowieść.

Autor jest publicystą portalu Salon24.pl.

 


 

POLECANE
KGP: Pijany funkcjonariusz KGP zatrzymany w Warszawie z ostatniej chwili
KGP: Pijany funkcjonariusz KGP zatrzymany w Warszawie

Funkcjonariusz Komendy Głównej Policji został zatrzymany w Warszawie za kierowanie samochodem pod wpływem alkoholu – poinformowała KGP. Policjant został zawieszony. Wszczęto postępowanie dyscyplinarne i administracyjne zmierzające do zwolnienia go ze służby.

Tȟašúŋke Witkó: Edukacja społeczeństwa tylko u nas
Tȟašúŋke Witkó: Edukacja społeczeństwa

Politycy – swą głupotą, bufonadą i niewzruszonym przeświadczeniem o własnej nadzwyczajności – potrafią zaskoczyć nawet takiego starego szydercę i cynika, jak indywiduum klecące niniejszy felieton. Tak, Państwo słusznie domyślają się, że napomykam o odgrzaniu starego, chyba już nawet zzieleniałego od upływu czasu kotleta, jakim jest odrestaurowanie europejskiej „koalicji chętnych”, czyli tabunu głów państw bezproduktywnie ględzących o wysłaniu sił rozjemczych pomiędzy walczące wojska rosyjskie i ukraińskie.

Zbigniew Ziobro: Szykanują sędziego bo okazał się niezawisły z ostatniej chwili
Zbigniew Ziobro: Szykanują sędziego bo okazał się niezawisły

„Tylko zaufani sędziowie tej władzy mogą rozstrzygać sprawy, w których Tusk chce zniszczyć swoich przeciwników politycznych” - napisał na platformie X Zbigniew Ziobro odnosząc się do informacji podanej przez przewodniczącą KRS Dagmarę Pawełczyk-Woicką odnośnie do sędziego Dariusza Łubowskiego.

Prezydent Karol Nawrocki weźmie udział w Światowym Forum Ekonomicznym w Davos z ostatniej chwili
Prezydent Karol Nawrocki weźmie udział w Światowym Forum Ekonomicznym w Davos

Prezydent Karol Nawrocki w dniach 20-22 stycznia weźmie udział w Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. Program wizyty - przekazany przez KPRP - obejmuje m.in. sesję z prezydentem USA Donaldem Trumpem, spotkanie z prezesem Banku Światowego Ajayem Bangą, a także wystąpienie poświęcone Inicjatywie Trójmorza.

Dagmara Pawełczyk-Woicka: Sędzia Łubowski ma mieć zmieniony podział czynności w Sądzie gorące
Dagmara Pawełczyk-Woicka: Sędzia Łubowski ma mieć zmieniony podział czynności w Sądzie

"Sędzia Dariusz Łubowski, który odmówił wydania Niemcom podejrzewanego obywatela Ukrainy o wysadzenie NORD STREAM oraz uchylił ENA wobec posła Marcina Romanowskiego ma mieć zmieniony podział czynności w Sądzie!!!” - napisała na platformie X Dagmara Pawełczyk-Woicka, Przewodnicząca Krajowej Rady Sądownictwa.

Umowa UE-Mercosur ma ułatwić Niemcom dostęp do brazylijskich metali ziem rzadkich. KE: Wkrótce porozumienie z ostatniej chwili
Umowa UE-Mercosur ma ułatwić Niemcom dostęp do brazylijskich metali ziem rzadkich. KE: Wkrótce porozumienie

„Europa i Brazylia zmierzają w kierunku bardzo ważnego porozumienia politycznego w sprawie kluczowych surowców” - powiedziała Ursula von der Leyen, która przyjechała do Brazylii podpisać umowę UE-Mercosur, podczas konferencji prasowej z prezydentem tego kraju Luizem Inácio da Silvą. Umowa UE-Mercosur ma ułatwić Niemcom dostęp do brazylijskich zasobów metali ziem rzadkich.

TOPR ostrzega. W Tatrach wzrosło zagrożenie lawinowe Wiadomości
TOPR ostrzega. W Tatrach wzrosło zagrożenie lawinowe

Trzeci, znaczny stopień zagrożenia lawinowego w Tatrach ogłosili w piątek wieczorem ratownicy TOPR-u. Należy spodziewać się samoczynnych lawin.

Zaginął naukowiec z Rzeszowa. Trwają intensywne poszukiwania Wiadomości
Zaginął naukowiec z Rzeszowa. Trwają intensywne poszukiwania

Policja w Rzeszowie prowadzi poszukiwania dr. Kacpra Świerka, 49-letniego naukowca i etnologa, który od kilku dni nie daje znaku życia. Mężczyzna wyszedł z domu 13 stycznia i od tamtej pory nie wrócił ani nie skontaktował się z bliskimi.

Ekspert: Nie udało się wybrać tęczowego prezydenta, więc tęczową rewolucję chcą wprowadzać na poziomie rozporządzenia gorące
Ekspert: Nie udało się wybrać tęczowego prezydenta, więc tęczową rewolucję chcą wprowadzać na poziomie rozporządzenia

„Rząd Donalda Tuska pod pretekstem „wdrażania prawa Unii Europejskiej” chce USUNĄĆ ze WSZYSTKICH aktów stanu cywilnego słowa „mężczyzna” i „kobieta”! W 2025 nie udało się wybrać tęczowego prezydenta,więc tęczową rewolucję chcą wprowadzać na poziomie rozporządzenia!” - napisał na platformie X Nikodem Bernaciak, analityk Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris.

Tragedia w Wielkopolsce. Nie żyje 11-letni chłopiec z ostatniej chwili
Tragedia w Wielkopolsce. Nie żyje 11-letni chłopiec

W Myjomicach k. Kępna 11-letni chłopiec zmarł z powodu zatrucia się gazami pożarowymi, a jego matka trafiła do szpitala. Ojciec zdołał uratować roczne i czteroletnie dzieci.

REKLAMA

Rafał Woś: Jaruzelski 13 grudnia 1981 roku dokonał demontażu tzw. demokracji ludowej

Nie pamiętam wprowadzenia stanu wojennego. Nie mogę pamiętać, bo urodziłem się kilka miesięcy po tym, jak generał Wojciech Jaruzelski dokonał na Wisłą wojskowego puczu. Nie oznacza to jednak, że nie wyciągam z tej „godziny zero” współczesnej polskiej historii własnych lekcji koniecznych do rozumienia dzisiejszej rzeczywistości.
/ fot. M. Żegliński

13 grudnia 1981 roku zaczął się w Polsce neoliberalizm – zgadzam się w pełni z tą oceną wygłoszoną przez weterana pierwszej Solidarności Karola Modzelewskiego w jego autobiograficznej książce „Zajeździmy kobyłę historii” z roku 2013. Modzelewski był postacią niezwykle ciekawą, funkcjonującą jednocześnie w – by tak rzec – dwóch wykluczających się politycznych opowieściach wynikających ze stanu wojennego. Środowiskowo do końca życia (zmarł w 2019 roku) związany oczywiście z kręgami liberalnej inteligenckiej wierchuszki dawnej „S”, która zbudowała po roku 1989 imperium światopoglądowe „Gazety Wyborczej”. Było to więc dokładnie to samo środowisko, które pod koniec lat 80. poparło dogadanie się opozycji z pokoleniem PZPR-owskich młodych wilczków. A potem razem z nimi wprowadzało w Polsce kapitalizm według neoliberalnych recept, od których radykalizmu włos na głowie jeżył się nawet wysłannikom MFW i Banku Światowego. Jednak politycznie Karol Modzelewski był przecież wobec tamtych rozwiązań zawsze w ostrej i konsekwentnej kontrze, należąc do końca do grona najostrzejszych krytyków wolnorynkowego fundamentalizmu elit III RP. Będąc z tego powodu w środowiskach liberalnych najpierw ignorowany i zamilczany, a dopiero potem – gdy już nie stanowił żadnego politycznego zagrożenia – traktowany jako listek figowy. Taki specyficzny pogrudniowy los.

Spawacz i „klęska Solidarności”

W niczym nie umniejsza to jednak celności diagnozy Modzelewskiego o początkach polskiego neoliberalizmu, który miał się urodzić właśnie o północy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Dosłownie chodziło Modzelewskiemu o to, że generał Jaruzelski, wprowadzając stan wojenny w Polsce, usiłował złamać kręgosłup pierwszej – tamtej jednoznacznie socjalnie i radykalnie propracowniczo nastawionej – Solidarności. Czy to się „Spawaczowi” (moja ulubiona ksywka Jaruzelskiego) udało? Modzelewski twierdził – z przykrością – że tak. W efekcie tamtego brutalnego ataku, gdy „S” wyszła z podziemia i wróciła na scenę dziejów w drugiej połowie lat 80., była już zupełnie innym ruchem. Niby pod tym samym znakiem i teoretycznie z tymi samymi wartościami, ale w praktyce nie ta sama, bo już o dalece mniej robotniczym i ludowym charakterze, dużo bardziej zdominowana przez liberalnie nastawionych inteligentów w stylu Adama Michnika, Jacka Kuronia czy Bronisława Geremka. W takich warunkach liberałowie z łatwością dokonali przechwycenia Solidarności. A to z kolei sprawiło, że w pierwszej fazie polskich przemian związek osłaniał swoim parasolem najbardziej radykalne antypracownicze posunięcia Leszka Balcerowicza. Co weszło do historii jako „klęska Solidarności” – opisana kilka lat później w książce amerykańskiego politologa Davida Osta pod tym samym tytułem.

Ale ja lubię tezę Modzelewskiego jeszcze pociągnąć, rozbudować i poszerzyć o dalsze wnioski. Uważam na przykład, że Jaruzelski 13 grudnia 1981 roku dokonał faktycznego i ostatecznego demontażu tzw. demokracji ludowej. Oczywiście, że demokracja ludowa nie była nigdy systemem pluralistycznym i liberalnym, ale nie było też tak, że był to ustrój przez cztery dekady swojego istnienia dokładnie jednakowy. Był stalinizm, ale był też okres Gierkowski – dwa światy różniące się od siebie jak noc i dzień. A po stanie wojennym przyszedł regres. Polska stała się na całą dekadę lat 80. faktyczną wojskową dyktaturą, nie bardzo odbiegającą stylem rządzenia od podobnych reżimów w Ameryce Południowej czy Afryce. Już w przededniu stanu wojennego Jaruzelski skomasował w jednym ręku wszystkie ośrodki władzy na wszystkich poprzednich etapach istnienia PRL-u jednak (i nie bez przyczyny) rozdzielone. Od lutego 1981 roku był więc premierem, w październiku tego samego roku został pierwszym sekretarzem KC PZPR, a wojsko kontrolował już przecież od dawna. 13 grudnia był domknięciem puczu i oznaczał zaprowadzenie faktycznej dyktatury jednego ośrodka władzy ze wszystkimi tego faktu brzydkimi konsekwencjami, takimi jak zwiększenie brutalności aparatu represji, pogłębienie kryzysu politycznego w kraju oraz faktyczne załamanie gospodarki (za co generałowie próbowali oczywiście obwinić poprzedników, sobie nie mając nic do zarzucenia – o czym za chwilę).

Jaruzelski jako rzecznik nowej klasy

W tych warunkach Jaruzelski – idąc śladem współczesnych mu wojskowych dyktatorów w stylu choćby Augusta Pinocheta – miał zupełnie wolne ręce do wprowadzania w Polsce radykalnej zmiany ustroju, w tamtym wypadku kapitalizmu. Od pewnego momentu według logiki, by podzielić się władzą polityczną z tą bardziej układną częścią opozycji, ale przy jednoczesnym zachowaniu kontroli nad najcenniejszymi zasobami: gospodarczymi oraz propagandowymi. Całą tę zmianę ukryto za parawanem „wolnego rynku” również po to, by uzyskać przychylność Zachodu. Oczywiście, że to nie Wojciech Jaruzelski był tego planu głównym autorem. Tamta idea wyszła od młodszych. Politycznie symbolami tamtego „ostatniego pokolenia PZPR-u” będą twórcy późniejszych sukcesów SLD: Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller czy Marek Belka, ale to też tylko symbole. Aktorzy wzięci do sztuki firmowania przemiany na scenie politycznej. Reprezentowali oni ambitne pokolenie, które chciało zrzucić cisnący ich gors realnego socjalizmu. To stały schemat opisany najlepiej przez Milovana Dżilasa w jego „Nowej klasie”, a żywy i prawdziwy w Polsce lat 80 i 90. XX wieku. Większość z inicjatorów tamtego polskiego skoku w kapitalizm na zawsze pozostanie w cieniu, gdzieś na styku służb mundurowych, biznesu, dyplomacji, mediów. Dyktator Jaruzelski był z tego punktu widzenia elementem nieodzownym. Dał czas i możliwość przygotowania i przeprowadzenia całej operacji. Solidarnościowców, którzy ten proces podżyrowali swoim opozycyjnym autorytetem, znaleziono bez trudu. Udzielili oni komunie oficjalnej absolucji. A z tych, co nie chcieli się z tym pogodzić, zrobiono „oszołomów”. Tak w skrócie wyglądał przepis na III RP. Bez 13 grudnia musiałby wyglądać inaczej.

Ale przecież lekcja tamtych doświadczeń nie kończy się na sporach o naturę polskiego kapitalizmu oraz tego, kto zajmie jakie miejsce w nowym porządku dziobania. Mamy jeszcze samo doświadczenie grudniowego wojskowego puczu. Architekci stanu wojennego przedstawiali i będą go przedstawiać jako akt wyższej konieczności. Sposób na ocalenie kraju przed radziecką interwencją. Spór o to, czy „by weszli czy nie”, pozostanie pewnie na zawsze nierozwiązany. Warto tu jednak zwrócić uwagę na coś innego. Niezależnie od odpowiedzi na pytanie o radziecką interwencję za decyzją junty Jaruzelskiego o grudniowym zamachu stały także inne cele. Każda historyczna decyzja ma przecież wiele motywacji. Nie inaczej było wtedy. I właśnie wśród tamtych motywacji musiała być także chęć zalegitymizowania się ówczesnych władców PRL w oczach społeczeństwa. Musimy przecież pamiętać, że wtedy (grudzień 1981) generalska ekipa była wciąż relatywnie nowa. Mijał właśnie dopiero rok z kawałkiem od obalenia Edwarda Gierka przez połączone wysiłki Jaruzelskiego i Stanisława Kani. Ale z sukcesją w PRL-u zawsze było problem. To nie była przecież żadną miarą demokracja parlamentarna, gdzie napięcia rozładowuje się poprzez mechanizm wyborów i zmiany rządu. W PRL-u sukcesje zawsze odbywały się w sposób bardziej dramatyczny – poprzez pałacowe przewroty. I za każdym razem „nowi” stawali wobec wyzwania, by jednak w jakiś tam sposób wytłumaczyć tę zmianę społeczeństwu i zyskać przynajmniej wstępną wiarę, że teraz „będzie lepiej”. Zarówno Władysław Gomułka (1956), jak i Gierek (1970/1971) swoje intronizacje organizowali w sposób aksamitny. Nie było wsadzania poprzedników do więzienia, pokazowych procesów, upokarzania ani nawet szczególnego rozliczania przegranych. Konflikty zamiatano pod dywan, wysyłając rywali na dalsze odcinki albo na emeryturę.

Polak do Polaka strzelać nie powinien

To Jaruzelski potraktował swoich poprzedników jak wrogów publicznych. Gierka i jego ekipę wyrzucono z partii i na pewien czas zamknięto do więzienia. Jeden z członków tej ekipy Zdzisław Grudzień nawet w obozie internowania w Głębokiem umarł. Podjęto też rozbudowaną ofensywę propagandową, która miała pokazać, że „co złego, to tamci”, a winą za wszystko obarczono „życie na kredyt epoki Gierkowskiej”. W ten sposób generałowie liczyli, że dostaną czystą kartę i kredyt zaufania od społeczeństwa. To jednak… nie nastąpiło. Ta metoda ostrego rozliczenia po prostu nie zadziałała, z czego może płynąć morał, że w Polsce stawianie spraw na ostro, z użyciem wojska oraz przemocy nie przynosi pożądanych skutków. Aż do końca dekady lat 80. ekipa Jaruzelskiego nie zdołała oprzeć swojej władzy na autentycznym szerokim poparciu ludzi. Pod tym względem nie mieli nawet tego, co miał Gomułka na początku swojego panowania albo Gierek do roku 1976. I to też jest bardzo ważna lekcja, że Polak do Polaka strzelać nie może, ani nawet nie powinien wsadzać go do więzienia. Również dlatego, że się to… nie opłaca. Paradoksalnie dopiero otwarcie procesu dogadywania się z opozycją przyniosło komunistom sukces. A osobiście Jaruzelskiemu nawet pewien rodzaj legendy (o tym, że – niczym Michaił Gorbaczow – dobrowolnie podzielił się władzą). Ale jak się to dokonało i co z tego wynikło, to już oczywiście temat na zupełnie inną polityczno-historyczną opowieść.

Autor jest publicystą portalu Salon24.pl.

 



 

Polecane