Maciej Kożuszek: Europa udaje mocarstwo. Bez Ameryki Polska zostaje sama

– Jak przekonać własnych obywateli – także poprzez zarządzanie emocjami społecznymi – że Europa może być alternatywą dla Stanów Zjednoczonych, skoro wszyscy wiedzą, że w tej chwili nią nie jest? Porównuje się więc to, czym Stany Zjednoczone są dziś, z tym, czym Europa mogłaby być w przyszłości – mówi Maciej Kożuszek, publicysta, autor książki o polskich wyborach strategicznych „Niezastąpiona. Polska. Ameryka i realizm atlantycki”, która ukaże się w 2026 roku, w rozmowie z Krzysztofem Karnkowskim.
Maciej Kożuszek
Maciej Kożuszek / Maciej Kożuszek

Co musisz wiedzieć:

  • Zdaniem Macieja Kożuszka Europa, nie mając realnej siły militarnej porównywalnej ze Stanami Zjednoczonymi, próbuje zmienić kryteria rywalizacji i budować narrację o swojej „wartościowej” wyższości zamiast mierzyć się w kategoriach twardej siły.
  • Rozmówca uważa też, że z polskiej perspektywy gra na dystans wobec USA jest ryzykowna, bo realnym gwarantem bezpieczeństwa pozostają Stany Zjednoczone.
  • Ewentualne zbliżenie Unii Europejskiej z Chinami ma dla największych państw UE charakter negocjacyjny wobec USA, lecz dla Polski oznaczałoby osłabienie suwerenności.

 

Siła czy "wartości"?

Krzysztof Karnkowski (Tygodnik Solidarność): Zauważyłem, że śledzisz to zjawisko dłużej, niż trwają ostatnie zawirowania. Coś, co można by – choć bardzo nie lubię tego określenia – nazwać „wymachiwaniem szabelką”, pasuje do tego, co robi nie tylko Donald Tusk, ale też wielu polityków europejskich, tworząc fałszywe poczucie europejskiej siły, potęgi i samowystarczalności.

Maciej Kożuszek (Gazeta Polska, TV Republika): Tak, to jest – odpowiadając najkrócej – splot kilku rzeczy. Po pierwsze, trzeba jasno powiedzieć, że punkt widzenia Europy nie musi być tożsamy z interesem Polski. To w polskiej debacie często ginie, bo główne partie są wyraźnie proeuropejskie, ich wyborcy też, więc bardzo chcemy żyć w tym – moim zdaniem złudnym – przekonaniu, że interesy Europy i interesy Polski są automatycznie zbieżne. Jeśli jednak spojrzymy na to, co Europa faktycznie robi w tej sytuacji, szczególnie od początku całej historii z Grenlandią i podobnych napięć, to widać, że próbuje ona znaleźć odpowiedź na pytanie: jak wygrać konkurencję, w której z góry jest się przegranym? Jak przekonać własnych obywateli – także poprzez zarządzanie emocjami społecznymi – że Europa może być alternatywą dla Stanów Zjednoczonych, skoro wszyscy wiedzą, że w tej chwili nią nie jest?

Porównuje się więc to, czym Stany Zjednoczone są dziś, z tym, czym Europa mogłaby być w przyszłości: po kolejnej „pobudce”, po realizacji kolejnego etapu integracji, po zbudowaniu czegoś, co znów zostaje nazwane imperium. To zawsze jest porównywanie teraźniejszej Ameryki z hipotetyczną Europą przyszłości. Skoro nie da się wygrać w realnej grze – o wpływ na wojnę na Ukrainie, o strategiczne przepływy, o relacje z Chinami – to trzeba zmienić kryteria oceny. Mówi się więc: Trump narusza porządek międzynarodowy, Trump zamienia politykę wartości na politykę siły. Europa nie chce startować w konkursie, w którym liczy się siła, bo tej siły realnie nie posiada. Nie chce startować w konkursie odstraszania, bo realnego odstraszania również nie ma.

Europa jak nastolatek

Dlatego startuje w innym konkursie: kto jest prawdziwym depozytariuszem wartości Zachodu. Z polskiego punktu widzenia to bardzo niebezpieczna gra. Po pierwsze dlatego, że nikt nie daje nam gwarancji, iż ta kolejna – siedemnasta czy osiemnasta – pobudka Europy będzie realna. O armii europejskiej mówi się nie od wczoraj i nie od 24 lutego 2022 roku, lecz od dekad. O konkurencyjności, o deficycie demokracji, o konieczności uświadamiania Europejczykom, jakim dobrodziejstwem jest Unia Europejska, mówi się co najmniej od czasów Romano Prodiego. Jeżeli więc próbujemy Polakom tłumaczyć, co się dziś dzieje, to trzeba jasno powiedzieć, że znaczna część tej narracji służy temu, byśmy nie oceniali własnego bezpieczeństwa w kategoriach, w których Europa przegrywa, tylko żebyśmy toczyli wojny symboliczne – na przykład z administracją Donalda Trumpa – w których możemy się emocjonalnie odnaleźć.

Przykład niemiecki jest tu bardzo pouczający. Te same badania pokazywały, że około 36 procent Niemców byłoby gotowych walczyć, gdyby Rosja zaatakowała Niemcy, ale ponad 60 procent byłoby gotowych walczyć, gdyby Stany Zjednoczone zaatakowały Grenlandię. To mówi bardzo wiele o stanie europejskiej wyobraźni politycznej – i powinno być szczególnie czytelne także dla Polaków. Europa od zawsze prowadziła grę polegającą na tym, że nie chce Amerykanów, ale jednocześnie wie, że ich potrzebuje. Stany Zjednoczone z kolei irytuje Europa, ale też wiedzą, że bez niej nie mogą funkcjonować. To przypomina klasyczną nastoletniość: buntujemy się, żeby pokazać, że jesteśmy dorośli, ale kiedy rodzic mówi: „Dobrze, to teraz radź sobie sam”, pojawia się pytanie: „Za co?”. Chcemy domu, jedzenia i bezpieczeństwa, ale jednocześnie chcemy być traktowani jak dorośli. Europa dokładnie w tym miejscu dziś się znajduje.

 

Chińska iluzja

– Na ile to obecne europejskie wzmożenie wynika z faktu, że prezydentem USA jest Donald Trump? Czy jego nieprzewidywalność i brutalny styl negocjacyjny są tylko wygodnym pretekstem?

– W stu procentach jest to związane z tym, że Trump jest prezydentem. Odejście Ameryki od Europy zaczęło się wcześniej – już za Baracka Obamy, wraz z „pivotem na Azję” – ale zasadnicza różnica między Demokratami a Republikanami polega na sferze symbolicznej. Administracje demokratyczne robią swoje, często bez realnych konsultacji z Europejczykami, ale dają im poczucie współuczestnictwa. Trump mówi wprost: nie jesteście moimi kolegami. Europa reaguje obrażeniem się i koniecznością demonstracyjnego podkreślania swojej odrębności.

Gdyby wygrała Kamala Harris, Europa bardzo prawdopodobnie pogodziłaby się z jakimś niesprawiedliwym kompromisem w sprawie Ukrainy – tak jak pogodziła się wcześniej z porozumieniami mińskimi. Różnica polegałaby na tym, kto firmuje ten kompromis. To nie jest więc spór o zasady, tylko o symbolikę podmiotowości. Opowieści o „końcu porządku opartego na zasadach” mają w dużej mierze charakter teatralny. Trump stał się piorunochronem, na który przerzuca się lęki związane z chaosem, niepewnością i kryzysem instytucji. To działa psychologicznie – zwłaszcza w społeczeństwach, które same przeżywają wewnętrzne napięcia i dezorientację.

 

– Coraz częściej w tej debacie pojawia się wątek Chin. Czy Unia Europejska rzeczywiście dryfuje w ich stronę, tylko opakowując to w hasła samowystarczalności i dywersyfikacji bezpieczeństwa? Jakie mogą być motywacje takiego ruchu?

– Motywacje są dość jasne. Europa nie chce być wyłącznie rynkiem zbytu dla chińskiego przemysłu, tylko chce mieć dostęp do know-how, do technologii i inwestycji. Tyle że Europa sama wpadła wcześniej w pułapkę. Przez lata dzielenie się technologią z Chinami było w gruncie rzeczy jednostronne. Nie chodzi tylko o kradzieże, ale o zapisy umów, w których Chińczycy – budując fabryki zachodnich koncernów u siebie – uzyskiwali dostęp do technologii i stopniowo przejmowali nad nią kontrolę. Efekt widzimy dziś. Macron nie mówił o zbliżeniu z Chinami przypadkiem właśnie teraz. To była kontynuacja tej samej myśli, którą wcześniej w Davos artykułował Justin Trudeau: Chiny jako alternatywa, jako element budowania europejskiej podmiotowości. To jest klasyczna logika podbijania stawki w relacjach z Ameryką: „Poprawcie ofertę, bo mamy inne opcje”.

To przypomina zresztą popularną wśród polskich geopolityków metaforę relacji damsko‑męskich: trzeba być niedostępnym, żeby wzbudzać szacunek. Tylko że problem polega na tym, że sojusze nie działają jak randkowanie. Małżeństwo ani długotrwały związek nie polegają na ciągłym demonstrowaniu, że można odejść do kogoś innego. W dodatku – i to jest kluczowe z polskiego punktu widzenia – Chiny nie mają żadnego doświadczenia w udzielaniu realnych gwarancji bezpieczeństwa. Cała ich atrakcyjność polega na tym, że wydają się „czymś innym” niż to, co już znamy i co uznajemy za niewystarczające. Tylko że to jest iluzja. Jeżeli – nawet przyjmując ostrożniejsze szacunki – Chiny finansują znaczącą część rosyjskiego wysiłku wojennego, to pojawia się zasadnicze pytanie: jakimi narzędziami miałyby powstrzymywać Rosję przed naciskiem na Polskę? I czy łatwiej byłoby im wymuszać ustępstwa na Rosji na rzecz Polski, czy odwrotnie? Odpowiedź jest oczywista. Z polskiego punktu widzenia ewentualne zbliżenie UE z Chinami ma zupełnie inną stawkę niż dla Paryża czy Berlina. Dla nich to instrument negocjacyjny wobec USA. Dla nas – potencjalne zapośredniczenie suwerenności przez zupełnie nowego, znacznie mniej przewidywalnego aktora.

 

Europejskie pęknięcie

– Czy w europejskiej polityce są w ogóle ludzie, którzy naprawdę wierzą w samowystarczalność Europy? Być może wierzy w to Donald Tusk, ale co z politykami na Zachodzie?

– Nie sądzę, żeby wierzyli w to, że Unia Europejska już dziś jest samowystarczalna. Wierzą natomiast w coś innego: że Unia jest jedynym bytem politycznym zdolnym w przyszłości zrealizować europejski projekt imperialny. Każde wcześniejsze niepowodzenie nie jest dla nich dowodem na fałszywość tej wizji, lecz na to, że integracja była zbyt płytka. W Stanach Zjednoczonych zmiana kursu dokonuje się przez wybory – czasem gwałtowne, czasem bolesne, ale realne. W Europie wygląda to inaczej: pojawia się kryzys, powołuje się komisję, zamawia raport u kogoś w rodzaju Mario Draghiego, wprowadza kosmetyczne korekty i jedzie dalej tym samym torem. To rodzi zasadniczy problem: brak narzędzi do radykalnej zmiany kursu w ramach samej struktury Unii Europejskiej.

Elity instytucjonalne są przy tym często silniej zideologizowane niż dawni aparatczycy w państwach bloku wschodniego. Niezależnie od wewnętrznych sporów na zewnątrz zawsze broni się KE i idei coraz głębszej integracji. Znamienne są historie brytyjskich urzędników Komisji Europejskiej, którzy po brexicie przyjęli belgijskie obywatelstwo tylko po to, by móc dalej pracować w instytucjach unijnych. Oni nie byli już Brytyjczykami – byli Europejczykami To jest właśnie niezwykła siła napędowa całego tego projektu, z której wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy. Mówimy o osobach, które żyją wyłącznie Europą i nie żyją już dla krajów, z których pochodzą. Te państwa stają się dla nich jedynie miejscem pochodzenia – czymś na kształt rodzinnej legendy. Trochę jak w przypadku Amerykanów w trzecim pokoleniu, którzy na pytanie o korzenie odpowiadają: „Tak, moja rodzina pochodzi z Polski, czasem jemy pierogi” – ale w istocie są po prostu Amerykanami. Różnica polega jednak na tym, że Amerykanów jest trzysta milionów, a takich „Europejczyków”, którzy naprawdę żyją Europą, najwyżej kilkaset tysięcy. Powstaje więc pęknięcie między realną władzą a społeczeństwami.

 

– Twoja książka zaczęła powstawać jeszcze w czasie, gdy w Polsce nie było aż tak silnego antyamerykańskiego wzmożenia. Tymczasem Ty piszesz o tym, że sojusz z Ameryką pozostaje z naszego punktu widzenia konieczny.

– Pisanie książki ma to do siebie, że zaczyna się w jednej atmosferze, a kończy w zupełnie innej. Był moment, kilka miesięcy temu, kiedy miałem wrażenie, że w polskiej debacie zaczyna dominować realistyczne przekonanie: jesteśmy w Europie, w Unii Europejskiej, ale kluczowym zewnętrznym gwarantem naszego bezpieczeństwa pozostają Stany Zjednoczone. Im bardziej jednak narastała histeria wokół Trumpa – zwłaszcza po całej historii grenlandzkiej – tym bardziej zacząłem się obawiać, że książka zostanie odczytana jako kolejny głos „klęczący przed Ameryką”. Co, przyznam, bywa zabawne, choć czasem też męczące. Tymczasem to nie jest kwestia sympatii. To jest kwestia bezpieczeństwa, jednego z najbardziej podstawowych ludzkich instynktów. W państwie przyfrontowym, którym jest Polska, nastroje w tej sprawie mogą się zmieniać bardzo szybko – wraz z rozwojem wydarzeń. Całe pokolenie polskich elit zostało wychowane na micie europejskości jako gwarancji bezpieczeństwa. Ten mit był atrakcyjny: oddajemy część suwerenności w zamian za spokój, za przejście „na etat”, w którym ktoś inny bierze na siebie odpowiedzialność. Problem w tym, że ten model działał tylko dlatego, że w tle istniało amerykańskie odstraszanie. Gdyby miało go zabraknąć, Europa wraca do starych schematów – a historia uczy nas, czym to zwykle kończy się dla państw położonych między Niemcami a Rosją.

– To przejście „na etat” może się więc okazać przejściem na bardzo toksyczną franczyzę.

– Dokładnie. Zakłada się, że skoro ktoś inny się nami opiekuje, to jesteśmy bezpieczni. Ale etat nie daje gwarancji na zawsze. Można zostać z niego zwolnionym – i usłyszeć, że nie jest się już częścią firmy.

 

***

BIO

Maciej Kożuszek – publicysta „Gazety Polskiej” i dziennikarz TV Republika, autor kanału „Kożuszek zza Szafy” i współprowadzący (wspólnie z K. Kitą i M. Kuziem) podcast „Trzech Panów K.”.


 

POLECANE
Państwa narodowe są podstawą wolności tylko u nas
Państwa narodowe są podstawą wolności

Państwo narodowe, wolność słowa i niezależność energetyczna – to trzy filary, które zdominowały dyskusję podczas konferencji Alliance of Sovereign Nations 2026 w Waszyngtonie. Wystąpienia amerykańskiej kongresmen Anny Pauliny Luny oraz rumuńskiego lidera prawicy George Simiona pokazały rosnące znaczenie debat o suwerenności państw w świecie Zachodu.

Uszkodzono kilkadziesiąt nagrobków. Policja szuka sprawców Wiadomości
Uszkodzono kilkadziesiąt nagrobków. Policja szuka sprawców

Policja wyjaśnia okoliczności dewastacji nagrobków, do której doszło w nocy z czwartku na piątek na cmentarzu parafialnym w Niestępowie w gminie Żukowo (woj. pomorskie). Lokalna społeczność apeluje o pomoc w odnalezieniu sprawców.

Tȟašúŋke Witkó: Friedrich Merz – europejski Judasz tylko u nas
Tȟašúŋke Witkó: Friedrich Merz – europejski Judasz

3 marca 2026 roku Friedrich Merz został przyjęty w Białym Domu przez Donalda Trumpa. Dziś mało kto o tym pamięta, ale pierwotnym celem wizyty kanclerza Niemiec w Waszyngtonie była jego debata z prezydentem USA o ogólnoświatowych cłach w wysokości 10 procent, nałożonych na podmioty eksportujące swoje produkty na rynek amerykański.

Prezydent: Decyzje dotyczące bezpieczeństwa są decyzjami Polski, a nie Brukseli Wiadomości
Prezydent: Decyzje dotyczące bezpieczeństwa są decyzjami Polski, a nie Brukseli

Decyzje dotyczące polskiej suwerenności, bezpieczeństwa czy sił zbrojnych są decyzjami zwierzchnika sił zbrojnych, a nie Brukseli - powiedział prezydent Karol Nawrocki podczas spotkania z sympatykami w Chmielniku (woj. świętokrzyskie). Są granice centralizacji UE; wyznacza je polski ustrój - dodał.

System ETS niezgodny z Konstytucją? Jest wniosek do TK Wiadomości
System ETS niezgodny z Konstytucją? Jest wniosek do TK

Podczas zorganizowanej dziś w Sejmie konferencji prasowej posłowie PiS przekazali, że skierowali do Trybunału Konstytucyjnego wniosek dotyczący przepisów ustawy o systemie handlu uprawnieniami do emisji (ETS). Jak napisał w mediach społecznościowych Michał Moskal, przepisy mogą doprowadzić do destabilizacji polskiego przemysłu energochłonnego i ciepłownictwa oraz drastycznego wzrostu kosztów ogrzewania i energii dla milionów Polaków.

Rzadkie zjawisko na niebie. W Polsce też będzie widoczne Wiadomości
Rzadkie zjawisko na niebie. W Polsce też będzie widoczne

12 sierpnia 2026 roku nad Europą pojawi się całkowite zaćmienie Słońca. To rzadkie zjawisko, które od lat fascynuje obserwatorów na całym świecie.

Prace techniczne w bankach. Klienci muszą przygotować się na utrudnienia Wiadomości
Prace techniczne w bankach. Klienci muszą przygotować się na utrudnienia

W najbliższy weekend część usług bankowych może być czasowo niedostępna. O planowanych pracach technicznych poinformowały trzy duże instytucje finansowe: mBank, PKO Bank Polski oraz ING Bank Śląski. Banki apelują do klientów, aby ważne operacje finansowe wykonali wcześniej.

Komunikat dla mieszkańców Zielonej Góry Wiadomości
Komunikat dla mieszkańców Zielonej Góry

Na ponad 66,2 mln zł opiewa podpisana w piątek umowa na budowę trzeciego odcinka zachodniej obwodnicy Zielonej Góry. Droga ta wraz z mostem na Odrze w Pomorsku i nowym fragmentem DW281 będzie elementem „Odrzańskiego Układu Komunikacyjnego" – poinformował Urząd Miasta Zielona Góra.

Krychowiak żegna się z lokalnym klubem po trzech meczach Wiadomości
Krychowiak żegna się z lokalnym klubem po trzech meczach

Grzegorz Krychowiak kończy grę w Mazurze Radzymin. Były reprezentant Polski i zawodnik takich klubów jak Sevilla czy Paris Saint-Germain nie będzie już grał w lokalnej lidze piłkarskiej.

Prezydent zawetował nowelizację prawa karnego z ostatniej chwili
Prezydent zawetował nowelizację prawa karnego

Prezydent Karol Nawrocki podjął decyzję o zawetowaniu nowelizacji Kodeksu postępowania karnego z 27 lutego br. - poinformował rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz. To obszerna reforma procedury karnej dotycząca m.in. zakazu korzystania z nielegalnych dowodów oraz ograniczenia tymczasowych aresztów.

REKLAMA

Maciej Kożuszek: Europa udaje mocarstwo. Bez Ameryki Polska zostaje sama

– Jak przekonać własnych obywateli – także poprzez zarządzanie emocjami społecznymi – że Europa może być alternatywą dla Stanów Zjednoczonych, skoro wszyscy wiedzą, że w tej chwili nią nie jest? Porównuje się więc to, czym Stany Zjednoczone są dziś, z tym, czym Europa mogłaby być w przyszłości – mówi Maciej Kożuszek, publicysta, autor książki o polskich wyborach strategicznych „Niezastąpiona. Polska. Ameryka i realizm atlantycki”, która ukaże się w 2026 roku, w rozmowie z Krzysztofem Karnkowskim.
Maciej Kożuszek
Maciej Kożuszek / Maciej Kożuszek

Co musisz wiedzieć:

  • Zdaniem Macieja Kożuszka Europa, nie mając realnej siły militarnej porównywalnej ze Stanami Zjednoczonymi, próbuje zmienić kryteria rywalizacji i budować narrację o swojej „wartościowej” wyższości zamiast mierzyć się w kategoriach twardej siły.
  • Rozmówca uważa też, że z polskiej perspektywy gra na dystans wobec USA jest ryzykowna, bo realnym gwarantem bezpieczeństwa pozostają Stany Zjednoczone.
  • Ewentualne zbliżenie Unii Europejskiej z Chinami ma dla największych państw UE charakter negocjacyjny wobec USA, lecz dla Polski oznaczałoby osłabienie suwerenności.

 

Siła czy "wartości"?

Krzysztof Karnkowski (Tygodnik Solidarność): Zauważyłem, że śledzisz to zjawisko dłużej, niż trwają ostatnie zawirowania. Coś, co można by – choć bardzo nie lubię tego określenia – nazwać „wymachiwaniem szabelką”, pasuje do tego, co robi nie tylko Donald Tusk, ale też wielu polityków europejskich, tworząc fałszywe poczucie europejskiej siły, potęgi i samowystarczalności.

Maciej Kożuszek (Gazeta Polska, TV Republika): Tak, to jest – odpowiadając najkrócej – splot kilku rzeczy. Po pierwsze, trzeba jasno powiedzieć, że punkt widzenia Europy nie musi być tożsamy z interesem Polski. To w polskiej debacie często ginie, bo główne partie są wyraźnie proeuropejskie, ich wyborcy też, więc bardzo chcemy żyć w tym – moim zdaniem złudnym – przekonaniu, że interesy Europy i interesy Polski są automatycznie zbieżne. Jeśli jednak spojrzymy na to, co Europa faktycznie robi w tej sytuacji, szczególnie od początku całej historii z Grenlandią i podobnych napięć, to widać, że próbuje ona znaleźć odpowiedź na pytanie: jak wygrać konkurencję, w której z góry jest się przegranym? Jak przekonać własnych obywateli – także poprzez zarządzanie emocjami społecznymi – że Europa może być alternatywą dla Stanów Zjednoczonych, skoro wszyscy wiedzą, że w tej chwili nią nie jest?

Porównuje się więc to, czym Stany Zjednoczone są dziś, z tym, czym Europa mogłaby być w przyszłości: po kolejnej „pobudce”, po realizacji kolejnego etapu integracji, po zbudowaniu czegoś, co znów zostaje nazwane imperium. To zawsze jest porównywanie teraźniejszej Ameryki z hipotetyczną Europą przyszłości. Skoro nie da się wygrać w realnej grze – o wpływ na wojnę na Ukrainie, o strategiczne przepływy, o relacje z Chinami – to trzeba zmienić kryteria oceny. Mówi się więc: Trump narusza porządek międzynarodowy, Trump zamienia politykę wartości na politykę siły. Europa nie chce startować w konkursie, w którym liczy się siła, bo tej siły realnie nie posiada. Nie chce startować w konkursie odstraszania, bo realnego odstraszania również nie ma.

Europa jak nastolatek

Dlatego startuje w innym konkursie: kto jest prawdziwym depozytariuszem wartości Zachodu. Z polskiego punktu widzenia to bardzo niebezpieczna gra. Po pierwsze dlatego, że nikt nie daje nam gwarancji, iż ta kolejna – siedemnasta czy osiemnasta – pobudka Europy będzie realna. O armii europejskiej mówi się nie od wczoraj i nie od 24 lutego 2022 roku, lecz od dekad. O konkurencyjności, o deficycie demokracji, o konieczności uświadamiania Europejczykom, jakim dobrodziejstwem jest Unia Europejska, mówi się co najmniej od czasów Romano Prodiego. Jeżeli więc próbujemy Polakom tłumaczyć, co się dziś dzieje, to trzeba jasno powiedzieć, że znaczna część tej narracji służy temu, byśmy nie oceniali własnego bezpieczeństwa w kategoriach, w których Europa przegrywa, tylko żebyśmy toczyli wojny symboliczne – na przykład z administracją Donalda Trumpa – w których możemy się emocjonalnie odnaleźć.

Przykład niemiecki jest tu bardzo pouczający. Te same badania pokazywały, że około 36 procent Niemców byłoby gotowych walczyć, gdyby Rosja zaatakowała Niemcy, ale ponad 60 procent byłoby gotowych walczyć, gdyby Stany Zjednoczone zaatakowały Grenlandię. To mówi bardzo wiele o stanie europejskiej wyobraźni politycznej – i powinno być szczególnie czytelne także dla Polaków. Europa od zawsze prowadziła grę polegającą na tym, że nie chce Amerykanów, ale jednocześnie wie, że ich potrzebuje. Stany Zjednoczone z kolei irytuje Europa, ale też wiedzą, że bez niej nie mogą funkcjonować. To przypomina klasyczną nastoletniość: buntujemy się, żeby pokazać, że jesteśmy dorośli, ale kiedy rodzic mówi: „Dobrze, to teraz radź sobie sam”, pojawia się pytanie: „Za co?”. Chcemy domu, jedzenia i bezpieczeństwa, ale jednocześnie chcemy być traktowani jak dorośli. Europa dokładnie w tym miejscu dziś się znajduje.

 

Chińska iluzja

– Na ile to obecne europejskie wzmożenie wynika z faktu, że prezydentem USA jest Donald Trump? Czy jego nieprzewidywalność i brutalny styl negocjacyjny są tylko wygodnym pretekstem?

– W stu procentach jest to związane z tym, że Trump jest prezydentem. Odejście Ameryki od Europy zaczęło się wcześniej – już za Baracka Obamy, wraz z „pivotem na Azję” – ale zasadnicza różnica między Demokratami a Republikanami polega na sferze symbolicznej. Administracje demokratyczne robią swoje, często bez realnych konsultacji z Europejczykami, ale dają im poczucie współuczestnictwa. Trump mówi wprost: nie jesteście moimi kolegami. Europa reaguje obrażeniem się i koniecznością demonstracyjnego podkreślania swojej odrębności.

Gdyby wygrała Kamala Harris, Europa bardzo prawdopodobnie pogodziłaby się z jakimś niesprawiedliwym kompromisem w sprawie Ukrainy – tak jak pogodziła się wcześniej z porozumieniami mińskimi. Różnica polegałaby na tym, kto firmuje ten kompromis. To nie jest więc spór o zasady, tylko o symbolikę podmiotowości. Opowieści o „końcu porządku opartego na zasadach” mają w dużej mierze charakter teatralny. Trump stał się piorunochronem, na który przerzuca się lęki związane z chaosem, niepewnością i kryzysem instytucji. To działa psychologicznie – zwłaszcza w społeczeństwach, które same przeżywają wewnętrzne napięcia i dezorientację.

 

– Coraz częściej w tej debacie pojawia się wątek Chin. Czy Unia Europejska rzeczywiście dryfuje w ich stronę, tylko opakowując to w hasła samowystarczalności i dywersyfikacji bezpieczeństwa? Jakie mogą być motywacje takiego ruchu?

– Motywacje są dość jasne. Europa nie chce być wyłącznie rynkiem zbytu dla chińskiego przemysłu, tylko chce mieć dostęp do know-how, do technologii i inwestycji. Tyle że Europa sama wpadła wcześniej w pułapkę. Przez lata dzielenie się technologią z Chinami było w gruncie rzeczy jednostronne. Nie chodzi tylko o kradzieże, ale o zapisy umów, w których Chińczycy – budując fabryki zachodnich koncernów u siebie – uzyskiwali dostęp do technologii i stopniowo przejmowali nad nią kontrolę. Efekt widzimy dziś. Macron nie mówił o zbliżeniu z Chinami przypadkiem właśnie teraz. To była kontynuacja tej samej myśli, którą wcześniej w Davos artykułował Justin Trudeau: Chiny jako alternatywa, jako element budowania europejskiej podmiotowości. To jest klasyczna logika podbijania stawki w relacjach z Ameryką: „Poprawcie ofertę, bo mamy inne opcje”.

To przypomina zresztą popularną wśród polskich geopolityków metaforę relacji damsko‑męskich: trzeba być niedostępnym, żeby wzbudzać szacunek. Tylko że problem polega na tym, że sojusze nie działają jak randkowanie. Małżeństwo ani długotrwały związek nie polegają na ciągłym demonstrowaniu, że można odejść do kogoś innego. W dodatku – i to jest kluczowe z polskiego punktu widzenia – Chiny nie mają żadnego doświadczenia w udzielaniu realnych gwarancji bezpieczeństwa. Cała ich atrakcyjność polega na tym, że wydają się „czymś innym” niż to, co już znamy i co uznajemy za niewystarczające. Tylko że to jest iluzja. Jeżeli – nawet przyjmując ostrożniejsze szacunki – Chiny finansują znaczącą część rosyjskiego wysiłku wojennego, to pojawia się zasadnicze pytanie: jakimi narzędziami miałyby powstrzymywać Rosję przed naciskiem na Polskę? I czy łatwiej byłoby im wymuszać ustępstwa na Rosji na rzecz Polski, czy odwrotnie? Odpowiedź jest oczywista. Z polskiego punktu widzenia ewentualne zbliżenie UE z Chinami ma zupełnie inną stawkę niż dla Paryża czy Berlina. Dla nich to instrument negocjacyjny wobec USA. Dla nas – potencjalne zapośredniczenie suwerenności przez zupełnie nowego, znacznie mniej przewidywalnego aktora.

 

Europejskie pęknięcie

– Czy w europejskiej polityce są w ogóle ludzie, którzy naprawdę wierzą w samowystarczalność Europy? Być może wierzy w to Donald Tusk, ale co z politykami na Zachodzie?

– Nie sądzę, żeby wierzyli w to, że Unia Europejska już dziś jest samowystarczalna. Wierzą natomiast w coś innego: że Unia jest jedynym bytem politycznym zdolnym w przyszłości zrealizować europejski projekt imperialny. Każde wcześniejsze niepowodzenie nie jest dla nich dowodem na fałszywość tej wizji, lecz na to, że integracja była zbyt płytka. W Stanach Zjednoczonych zmiana kursu dokonuje się przez wybory – czasem gwałtowne, czasem bolesne, ale realne. W Europie wygląda to inaczej: pojawia się kryzys, powołuje się komisję, zamawia raport u kogoś w rodzaju Mario Draghiego, wprowadza kosmetyczne korekty i jedzie dalej tym samym torem. To rodzi zasadniczy problem: brak narzędzi do radykalnej zmiany kursu w ramach samej struktury Unii Europejskiej.

Elity instytucjonalne są przy tym często silniej zideologizowane niż dawni aparatczycy w państwach bloku wschodniego. Niezależnie od wewnętrznych sporów na zewnątrz zawsze broni się KE i idei coraz głębszej integracji. Znamienne są historie brytyjskich urzędników Komisji Europejskiej, którzy po brexicie przyjęli belgijskie obywatelstwo tylko po to, by móc dalej pracować w instytucjach unijnych. Oni nie byli już Brytyjczykami – byli Europejczykami To jest właśnie niezwykła siła napędowa całego tego projektu, z której wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy. Mówimy o osobach, które żyją wyłącznie Europą i nie żyją już dla krajów, z których pochodzą. Te państwa stają się dla nich jedynie miejscem pochodzenia – czymś na kształt rodzinnej legendy. Trochę jak w przypadku Amerykanów w trzecim pokoleniu, którzy na pytanie o korzenie odpowiadają: „Tak, moja rodzina pochodzi z Polski, czasem jemy pierogi” – ale w istocie są po prostu Amerykanami. Różnica polega jednak na tym, że Amerykanów jest trzysta milionów, a takich „Europejczyków”, którzy naprawdę żyją Europą, najwyżej kilkaset tysięcy. Powstaje więc pęknięcie między realną władzą a społeczeństwami.

 

– Twoja książka zaczęła powstawać jeszcze w czasie, gdy w Polsce nie było aż tak silnego antyamerykańskiego wzmożenia. Tymczasem Ty piszesz o tym, że sojusz z Ameryką pozostaje z naszego punktu widzenia konieczny.

– Pisanie książki ma to do siebie, że zaczyna się w jednej atmosferze, a kończy w zupełnie innej. Był moment, kilka miesięcy temu, kiedy miałem wrażenie, że w polskiej debacie zaczyna dominować realistyczne przekonanie: jesteśmy w Europie, w Unii Europejskiej, ale kluczowym zewnętrznym gwarantem naszego bezpieczeństwa pozostają Stany Zjednoczone. Im bardziej jednak narastała histeria wokół Trumpa – zwłaszcza po całej historii grenlandzkiej – tym bardziej zacząłem się obawiać, że książka zostanie odczytana jako kolejny głos „klęczący przed Ameryką”. Co, przyznam, bywa zabawne, choć czasem też męczące. Tymczasem to nie jest kwestia sympatii. To jest kwestia bezpieczeństwa, jednego z najbardziej podstawowych ludzkich instynktów. W państwie przyfrontowym, którym jest Polska, nastroje w tej sprawie mogą się zmieniać bardzo szybko – wraz z rozwojem wydarzeń. Całe pokolenie polskich elit zostało wychowane na micie europejskości jako gwarancji bezpieczeństwa. Ten mit był atrakcyjny: oddajemy część suwerenności w zamian za spokój, za przejście „na etat”, w którym ktoś inny bierze na siebie odpowiedzialność. Problem w tym, że ten model działał tylko dlatego, że w tle istniało amerykańskie odstraszanie. Gdyby miało go zabraknąć, Europa wraca do starych schematów – a historia uczy nas, czym to zwykle kończy się dla państw położonych między Niemcami a Rosją.

– To przejście „na etat” może się więc okazać przejściem na bardzo toksyczną franczyzę.

– Dokładnie. Zakłada się, że skoro ktoś inny się nami opiekuje, to jesteśmy bezpieczni. Ale etat nie daje gwarancji na zawsze. Można zostać z niego zwolnionym – i usłyszeć, że nie jest się już częścią firmy.

 

***

BIO

Maciej Kożuszek – publicysta „Gazety Polskiej” i dziennikarz TV Republika, autor kanału „Kożuszek zza Szafy” i współprowadzący (wspólnie z K. Kitą i M. Kuziem) podcast „Trzech Panów K.”.



 

Polecane