Senat zajmie się graffiti. Czy urzędnik zdecyduje co jest sztuką?
Co musisz wiedzieć:
- W Senacie Rzeczypospolitej Polskiej powołano parlamentarny zespół ds. przeciwdziałania wandalizmowi i nielegalnemu graffiti.
- Autorka wskazuje, że obowiązujące prawo już przewiduje surowe kary za niszczenie mienia, dlatego tworzenie nowych narzędzi może być zbędne i grozić nadmierną kontrolą.
- Tekst podkreśla historyczną rolę graffiti jako formy oporu, m.in. w czasach Solidarności i wcześniej.
Wandalizm w rejestrze zabytków
– Uważamy, że ten problem trzeba nareszcie rozwiązać, dlatego powstał zespół
– podkreśliła senator Piątkowska. Senator Waldy Dzikowski przekazał z kolei, że zaplanowano m.in. wypracowanie nowych przepisów ustaw o samorządzie gminy i budżetach samorządów, aby uzbroić samorządy w instrumenty prawno-finansowe.
Teoretycznie wszystko brzmi świetnie, jednak w świecie, gdzie ograniczenia wolności słowa postępują, a kontrola staje się wszechobecna, opracowywanie kolejnego narzędzia służącego monitoringowi ludzkich zachowań nie budzi mojego entuzjazmu. Tym bardziej że odpowiednie zapisy penalizujące wandalizm już w polskim prawie istnieją.
„Kto cudzą rzecz niszczy, uszkadza lub czyni niezdatną do użytku, podlega karze”
– głosi art. 288 Kodeksu karnego. Sprawcy wandalizmu grozi kara pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat, a w przypadkach mniejszej wagi – grzywna, ograniczenie wolności lub więzienie do roku. Oprócz kary pozbawienia wolności sprawca ponosi odpowiedzialność finansową – jest zobowiązany do naprawienia wyrządzonej szkody. Bardziej surowe kary są przewidziane za zniszczenie miejsc pamięci czy zabytków.
Nieufność wobec powoływania specjalnych komisji państwowych ds. walki z nielegalnym graffiti jest u mnie zapewne umotywowana historycznie. Napisy na murach pojawiały się na przestrzeni polskich dziejów niekoniecznie w celach niszczenia czyjegoś mienia, ale były reakcją na – powiedzielibyśmy dzisiejszym językiem – ograniczanie wolności słowa.
Bogatą tradycję ma tutaj Solidarność, a tworzone przez jej członków i sympatyków napisy – nielegalne w czasie powstawania – dziś mają wartość historyczną, a wiele z nich stanowi prawem chronione zabytki. Napisy na murach namalowane w latach 80. i komentujące ówczesną rzeczywistość polityczną są coraz częściej traktowane jako cenne zabytki historyczne i dokumenty epoki – świadectwa oporu społecznego wobec totalitarnej władzy. Niektóre z nich zostały wpisane nawet do rejestru zabytków. Są one poddawane regularnej konserwacji. Przykładem takiego dzieła jest namalowany na ścianie jednego z żoliborskich budynków symbol Solidarności Walczącej. Czasem, kiedy mury polskich ulic mówiły szczególnie głośno, był okres stanu wojennego.
- IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach
- Wyłączenia prądu. Ważny komunikat dla mieszkańców Wielkopolski
- Komunikat Straży Granicznej. Pilne doniesienia z granicy
- Szef CPAC Matt Schlapp do Tuska: Zadzierasz z nami wszystkimi
- „Cała Polska się zatrzęsie”. Stanowski zapowiada bombę
- Prokuratura uderza w wiceszefa Kancelarii Prezydenta. Karol Nawrocki reaguje
- Komunikat dla mieszkańców woj. kujawsko-pomorskiego
„Solidarności nie zamalujesz”
„Na murach budynków, zwłaszcza w trudno dostępnych miejscach, pojawiały się antyrządowe napisy, na przykład «WRONa skona», «Zima wasza, wiosna nasza», «Uwolnić więźniów politycznych», «Precz z komuną» czy «Telewizja kłamie» oraz hasła informujące i zagrzewające do buntu, na przykład «Orła wrona nie pokona» czy «Solidarność żyje». Były nielegalne, omijały monopol informacyjny władzy komunistycznej i stawały się trybuną wolnego słowa. Do 1983 nie były ujęte w przepisach prawa karnego, jednak traktowano je jak przestępstwo z różnych art. kk i de facto podlegały karze do 10 lat pozbawienia wolności. Od 1983 traktowane były jako wykroczenie i karane grzywną. Twórcy świadomie nawiązywali do akcji tzw. małego sabotażu z czasów II wojny światowej, malując kotwice Polski Walczącej, a następnie bazujące na tym symbolu kotwice Solidarności Walczącej”
– pisze Ewa Chabros w „Encyklopedii Solidarności”.
„Szczególnie dużo napisów umieszczano na murach w okresie tzw. karnawału Solidarności. Wyrażały one poparcie dla strajkujących na Wybrzeżu, występowały przeciwko ustrojowi komunistycznemu, PZPR, MO, SB i ZSRR. Napisy były obecne również podczas stanu wojennego i do końca PRL. Miały podtrzymywać opór społeczny (hasła typu: «Solidarność żyje», «Solidarności nie zniszczysz», «Solidarności nie zamalujesz» oraz symbole Solidarności Walczącej oparte na kotwicy Polski Walczącej). Od sierpnia 1982 roku najpierw we Wrocławiu, a następnie również w innych miastach Polski pojawiały się graffiti Pomarańczowej Alternatywy. Na plamach po zamalowanych napisach i kotwicach Solidarności Walczącej malowano krasnoludki. Akcję zapoczątkował lider PA Waldemar Fydrych, tworząc prześmiewczą koncepcję tzw. malarstwa taktycznego, gdzie napis był tezą, plama po nim antytezą, a krasnoludek – syntezą”
– wyjaśnia autorka.
Akcje Solidarności, jak już wspomniano, nawiązywały do działań polskiego podziemia podejmowanych podczas niemieckiej okupacji m.in. przez bohaterów książki „Kamienie na szaniec” – „Rudego”, „Zośki” i „Alka”. Ten ostatni zresztą w uznaniu jego zasług położonych na tym polu zyskał pseudonim „Kotwicki”. Za tę działalność w okresie II wojny światowej trafiało się na Pawiak bądź na Szucha. Powstałe wówczas symbole oporu wobec Niemców także są chronionymi dziś prawnie zabytkami. Historia patriotycznych graffiti sięga jednak jeszcze dalej, bo czasów zaborów. Na początku XIX wieku w Warszawie pojawiały się napisy wyszydzające rosyjskich okupantów, a tuż przed wybuchem powstania listopadowego na drzwiach Belwederu, gdzie mieszkał wielki książę Konstanty, partyzanci umieścili informację, że pałac ten został wystawiony na sprzedaż. Z kolei już po wybuchu powstania na ulicach pojawiły się napisy zagrzewające do walki z Rosją i wytrwania w niepodległościowym oporze.
Precz z Neronem!
Nie chcę przez to powiedzieć, że każdy „spontaniczny” napis na murze to emanacja polskiego pragnienia wolności, jednak powoływanie specjalnego zespołu do walki z nielegalnym graffiti wydaje mi się przesadą i nie budzi mojego zaufania. Być może założenia są tu dobre, jednak sądzę, że wystarczy egzekwować w tym obszarze prawo już istniejące, zamiast tworzyć nowe. Patrzę nieufnie na senacką inicjatywę także dlatego, że historycznie sztuka ulicy często jest w Polsce domeną środowisk patriotycznych, mamy sporo murali upamiętniających Bitwę Warszawską, Powstanie Warszawskie, Powstanie Wielkopolskie czy Solidarność. Część z tych dzieł powstała w porozumieniu z odpowiednimi władzami, inne zostały namalowane nielegalnie, po czym przez władze zostały zaakceptowane w uznaniu dla ich wartości artystycznej.
Co ciekawe, napisy na murach krytyczne wobec władzy pojawiały się już w starożytności i dotyczyły np. Nerona, władcy niekoniecznie znanego z najbardziej przyjaznego wobec poddanych stylu rządzenia. Graffiti z natury rzeczy jest sztuką niepokorną i trudno mi sobie wyobrazić całkowite zamknięcie jej w urzędniczych ramach. Więcej mam tutaj zaufania do „mądrości ulicy” oraz do zdrowego rozsądku zarówno twórców tego rodzaju sztuki, jak i jej odbiorców.
W latach 90., kiedy istniał jeszcze autorytet rodzicielsko-nauczycielski, kwestię nielegalnego graffiti regulował zazwyczaj dozorca posesji, na której powstało, oraz „sąsiedzki monitoring”. Jeśli „dzieło” było brzydkie, wulgarne i bez sensu, „artysta” zazwyczaj otrzymywał wiadro, szmatkę i szczotkę i poświęcał na jego usunięcie jakieś 20 razy więcej czasu, niż zajęło mu jego namalowanie. Jeśli z kolei napis wyrażał treść ważną w oczach opinii publicznej i powstawał np. na płocie czy murku, a nie na ścianie budynku, zdarzało się, że przymykano na niego oko lub bywał on nawet przyjmowany z aprobatą. Nie każda sztuka uliczna to wandalizm, ale rzecz jasna także nie każdy napis na murze to artystyczne dzieło. Wydaje mi się jednak, że wystarczy tu zdrowy rozsądek i egzekwowanie już istniejącego prawa.
Kontrskuteczność?
Powoływanie specjalnych komisji ds. walki z nielegalnym graffiti może wywołać efekt przeciwny do zamierzonego. Rozumiem wszystkie argumenty przeciwko napisom na murach, ale mimo to trudno mi jednak do końca zaakceptować, żeby o sztuce ulicy w 100% decydował urzędnik. Pomijając już kwestię tego, że to, co z kolei jest uznawane za sztukę wysoką i prezentowane w największych państwowych galeriach, choć „legalne”, bywa brzydsze i bardziej obrazoburcze niż najbardziej nawet nieestetyczne uliczne graffiti.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]




