Szukaj
Konto

Ryszard Czarnecki: Nowy Jork - Maria Skłodowska-Curie i marzenie Trumpa

23.11.2019 13:00
Ryszard Czarnecki: Nowy Jork - Maria Skłodowska-Curie i marzenie Trumpa
Źródło: Wikipedia domena publiczna
Komentarzy: 0
Nowy Jork. Centrum „stolicy świata”. Na ulicznym „citiligt”-cie pojawiająca się i znikająca reklama sztuki Lauren Gunderson „Half of life Marie Curie”. Nie ma niestety nazwiska rodowego jedynej kobiety w dziejach, która dwukrotnie zdobyła Nobla.
Jakoś amerykańskie feministki z tego powodu nie protestują. Rzecz wyreżyserowała Gaye Taylor Upchurch. Cena biletów - od 43 dolarów w górę, gwoli ścisłości... Nie pójdę, bo premiera jest 12 listopada, dziewięć dni po moim wyjeździe. A szkoda. Jakby ktoś z amerykańskich czytelników "GP" chciał, to informuję, że sztuka będzie na afiszu tylko sześć tygodni, czyli mniej więcej do Bożego Narodzenia.

Sztuka o naszej rodaczce reklamowana jest naprzemiennie z przedstawieniem Davida Byrne’a "American Utopia". Tytuł niczym metafora. Ale zaraz obok miga informacja o "największym na świecie" (w tym kraju wszystko jest "największe" i "najlepsze") Maratonie Nowojorskim. Fakt. Wczoraj lecąc LOT-em usłyszałem, jak pilot witał grupę 40 polskich uczestników niedzielnego maratonu. Obecność Polaków na trasie 42 kilometrów i 195 metrów to już tradycja. Ale reklama przypominam Norweżkę Grete Waitz - pamiętam ją doskonale - która wygrała maraton w Nowym Jorku w 1986 roku, a więc w czasach, gdy biegi długodystansowe nie były zdominowane, jak obecnie przez biegaczki z Afryki. Dziś Kenia czy Etiopia zmonopolizowały kobiecy maraton ze szkodą dla widowiska. Dziś Wandzie Panfil, naszej jedynej mistrzyni świata na tym dystansie, trudno byłoby wygrać z reprezentantkami "Czarnego Lądu" - jak kiedyś określano Afrykę, a dziś już czyni się to dużo rzadziej. Niesłusznie, skoro w oficjalnym logo Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego - pięciu kółkach wyobrażających poszczególne kontynenty - to czarne cały czas symbolizuje Afrykę ...
Tu i ówdzie dostrzegam kloszardów. Obiektywnie biorąc jest ich na pewno mniej niż w Paryżu czy Rzymie. Co nie zmienia faktu, że z jednej strony jest to w zasadzie smutna "norma" w każdej wielkiej metropolii, a z drugiej Ameryka była, jest i pozostanie krajem olbrzymich kontrastów. Ekonomiczna "urawniłowka" ogranicza rozwój gospodarczy, Amerykanie o tym wiedzą: tutaj przywileje socjalne są o wiele mniejsze niż na naszym Starym Kontynencie. Ale ten medal ma też drugą, stricte polityczną stronę: tą kartą gra lewica Partii Demokratycznej, te nierówności wyniosły Bernie Sandersa, który omal nie pokonał w prawyborach Demokratów Clinton, a teraz po jego udarze i praktycznym wycofaniu się z ponownego wyścigu o nominacje na tej samej trampolinie wybija się skrajnie lewicowa Elizabeth Warren. Skądinąd to jest rzecz, która kogo jak kogo, ale Donalda Trumpa nie martwi. To jego "American Dream" - zmierzyć się w wyborach A.D.2020 z demokratycznym kandydatem - lewackim ultrasem.

*felieton ukazał się w "Gazecie Polskiej" (13.11.2019)

Komentarzy: 0
Data publikacji: 23.11.2019 13:00