Jak Tusk rozbroił nas w wojnie informacyjnej z Kremlem

Przyznajmy szczerze – w Polsce niemal każdy ma ochotę obrzucić politycznego rywala błotem prorosyjskości. Przeładowanie debaty taką propagandą ma jednak swoje skutki uboczne: ludzie zwyczajnie przestają reagować, gdy widzą kolejny komentarz w stylu: „Putin może otwierać szampana”. I to nawet wtedy, gdy rzeczywiście może.
Donald Tusk
Donald Tusk / Fotoserwis PAP/EPA

Co musisz wiedzieć:

  • Zdaniem autora nadużywanie oskarżeń o prorosyjskość przez wszystkie strony, a szczególnie przez Tuska  doprowadziło do całkowitej inflacji pojęć takich jak „rosyjskie wpływy” czy „dezinformacja”.
  • Kontynuując: strategia propagandowa Tuska miała efekt uboczny w postaci znieczulenia opinii publicznej na realne zagrożenia ze strony Rosji.
  • W wyniku tego przesytu prawdziwe prorosyjskie działania łatwiej się ukrywają, a bezpieczeństwo informacyjne państwa zostało poważnie osłabione.

 

Dez-dezinformacja

Dotarliśmy do momentu, w którym pojęcia takie jak „rosyjskie wpływy”, „dezinformacja” czy „prorosyjskość” straciły moc. Ta inflacja pojęć nie wzięła się znikąd. Zarzuty o sprzyjanie Kremlowi stały się paliwem politycznym – tak często używanym, że dziś mało kto, poza najbardziej bezkrytycznymi konsumentami partyjnych spinów, bierze je na poważnie. A jako że „w szpiegomanii szpiedzy czują się najlepiej”, trzeba przyznać, że nasz system bezpieczeństwa informacyjnego został realnie osłabiony. Choć współwinne są wszystkie partie, to jednak Donald Tusk jest największym spośród winowajców: poprzez swoją absurdalnie rozbuchaną strategię propagandową doprowadził do ośmieszenia nawet słusznych ostrzeżeń przed zagrożeniem ze Wschodu.

 

Trauma posmoleńska i „putinflacja”

Kiedyś przyklejaniem przeciwnikom łatki „wspólników Putina” zajmowali się głównie sympatycy partii Jarosława Kaczyńskiego. Oprócz słusznych uwag o ślepym podporządkowaniu rządu Donalda Tuska wobec kursu brukselskiego (kursu, który ignorował odradzający się rosyjski imperializm i wpisywał się w naiwną koncepcję „cywilizowania Rosji” poprzez interesy) pojawiały się również tezy dalece przesadzone. Trauma katastrofy smoleńskiej wyzwoliła różne domysły: wracające jak bumerang zdjęcie Tuska i Putina wymieniających uśmiechy (w domyśle – „zmowa”), mitologizowane „spotkania na molo” czy łatwe do wyśmiania sugestie w rodzaju „orzeł w logo Konfederacji zwrócony jest ku Wschodowi”.

Choć zdarzało się popadanie w przesadę, faktem pozostaje, że strategiczny błąd ekipy Tuska w relacjach z Rosją był zasadniczo dyskwalifikujący dla ludzi pretendujących do rządzenia Polską. Okazało się, że mamy do czynienia z politykami, którzy nie myślą podmiotowo, pójdą za Berlinem i Brukselą nawet wtedy, gdy te politycznie futrują Putina, a na dodatek nie rozumieją podstawowych zagrożeń geopolitycznych Polski. Społeczeństwu należała się wiedza o niekompetencji Platformy choćby dlatego, by mogło w sposób świadomy i racjonalny zagłosować w kolejnych wyborach.

Putin jako kozioł ofiarny?

W czasie rządów Mateusza Morawieckiego wątek Putina jednak również pojawiał się zbyt łatwo – tym razem jako wygodne wyjaśnienie niemal każdego niepowodzenia. Najbardziej emblematycznym przykładem stało się hasło „putinflacji”, którym rząd chętnie tłumaczył wzrost cen. Owszem, wojna na Ukrainie przyczyniła się do skoku kosztów energii, surowców i żywności, ale wyjaśniała tylko część inflacji. To uproszczenie stało się paliwem dla środowisk liberalnych, które zaczęły budować narrację, jakoby PiS przerzucał winę za własną nieudolność na Putina, czyniąc z rosyjskiego przywódcy kozła ofiarnego. W efekcie jeszcze bardziej deprecjonowano używanie Rosji jako „straszaka”. Równolegle prawica „antysystemowa”, rozpaczliwie szukając alternatywy wobec znienawidzonego „głównego nurtu”, zaczęła odrzucać wszelkie podejrzenia związane z Rosją, bo istnieli przecież dużo bardziej „atrakcyjni” winowajcy w osobach przysłowiowych Żydów, masonów czy cyklistów. To wszystko stopniowo obniżało czujność opinii publicznej, choć wciąż utrzymywała się ona na relatywnie wysokim poziomie.

 

Uśmiechnięty cynizm i paranoja

Przełomem okazała się osiągająca szczyty niedorzeczności linia propagandowa Donalda Tuska, która po objęciu rządów ujawniła się w pełnej okazałości. Owszem, „obóz uśmiechu” już wcześniej bawił się zestawieniami typu „Kaczyński–Orbán–Putin” czy „Kaczyński–autorytaryzm–Putin”, ale robił to jednak z odrobiną wstydu; w końcu za rządów PO–PSL to właśnie Warszawa firmowała tezę o „dialogu z Rosją taką, jaka ona jest”. Po wyborach Tusk uznał jednak najwyraźniej, że resztki wstydu są jedynie balastem przeszkadzającym w walce o sondażowe procenty i rozpoczął ofensywę, w której PiS miał zostać dosłownie zrównany z Rosją.

Posunięcie to zdawało się tak absurdalne, że aż trudno było uwierzyć, iż ktokolwiek potraktuje je poważnie. Krewni i bliscy ofiar Smoleńska: ludzie, którzy od lat oskarżają Putina o zamach, oraz wyborcy czczący pamięć Lecha Kaczyńskiego i jego legendarnego przemówienia w Tbilisi z 2008 roku, mieli nagle stać się „ukrytymi putinistami”? Uwierzyć w coś takiego mogły jedynie osoby żyjące w stanie permanentnej paranoi. A jednak Tusk wybrał właśnie ten kierunek, czego przykładem były choćby groteskowe wpisy Romana Giertycha, doszukującego się w kolorystyce kampanii Karola Nawrockiego rzekomych nawiązań do barw rosyjskiej flagi.

 

Biały szum

Po polityku kalibru Donalda Tuska trudno spodziewać się, że naprawdę wierzył w możliwość przekonania opinii publicznej, iż „PiS równa się Rosja”. Cel wydaje się bardziej wyrafinowany: doprowadzić do takiego przesycenia debaty hasłami o prorosyjskości, aby straciły one jakiekolwiek znaczenie. To klasyczny mechanizm znany z badań nad komunikacją polityczną – gdy komunikat staje się wszechobecny, działa jak biały szum, przestaje cokolwiek znaczyć. Jeśli wszyscy wszystkim zarzucają prorosyjskość, wyborca umiarkowany ma odnieść wrażenie, że nikt tak naprawdę prorosyjski nie jest, a wraz z tym, że przypominane błędy Tuska z lat 2007–2014 w polityce wobec Moskwy są jedynie pustym frazesem, którego nie warto traktować serio.

Skutki uboczne takiej strategii są jednak poważne, bo siły rzeczywiście prorosyjskie mogą spać spokojnie: społeczeństwo jest tak przesycone odmienianiem „Putina” przez wszystkie przypadki, że nawet ostrzeżenia najbardziej zasadne zostaną uznane za kolejną polityczną zagrywkę. Tracimy zdolność skutecznego wskazywania rosyjskiego intoksu wpuszczanego do przestrzeni informacyjnej. Co gorsza, środowiska faktycznie prorosyjskie coraz śmielej zaczynają wchodzić w życie partyjne, czując, że klimat jest dla nich korzystny. Z tego przesytu chętnie korzystają również klasyczni „pożyteczni idioci”. Kiedy zwróci im się uwagę, że powtarzają tezy wprost z narracji Putina, mogą odparować: „Czy Putin jest teraz z tobą w pokoju?”, a następnie zbyć ostrzegającego pogardliwym: „Tropiciel onuc”.

 

Oszczędniej z tym Putinem

Choć wiele środowisk przyczyniło się do dewaluacji ostrzeżeń o rosyjskich wpływach, to działania Tuska wypadają na tle innych wyjątkowo cynicznie i wyrachowanie. O ile przesadę, w którą czasem popadała prawica, można w jakimś stopniu tłumaczyć emocjonalnym wstrząsem i próbą zrozumienia największej tragedii w Polsce po 1989 roku (a może nawet po II wojnie światowej), o tyle strategia Tuska była zimno kalkulowaną operacją propagandową. Miała jeden cel: uśpić opinię publiczną na punkcie zagrożenia rosyjskiego, aby jego własne błędy w polityce wschodniej przestały kogokolwiek obchodzić.

Niestety, to dopiero początek. Zarzut prorosyjskości zaczyna pełnić nowe funkcje: ma delegitymizować każdego, kto krytykuje niektóre działania Unii Europejskiej, opór wobec rewolucji kulturowej (bo przecież „Putin też nie lubi LGBT”) czy sprzeciw wobec ustawy o dezinformacji, która w praktyce odda w ręce rządu narzędzie do uciszania przeciwników. A właśnie teraz najbardziej potrzebujemy zdolności odróżnienia rosyjskiej toksyny informacyjnej od zdrowej refleksji o obronności. Działania obecnej władzy tę zdolność niszczą. Innymi słowy – nasze bezpieczeństwo informacyjne zostaje złożone na ołtarzu partyjnego interesu.

[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]


 

POLECANE
Pierwsze ułaskawienie. Prezydent ujawnił, kogo może dotyczyć z ostatniej chwili
Pierwsze ułaskawienie. Prezydent ujawnił, kogo może dotyczyć

Prezydent Karol Nawrocki został zapytany w środę o kwestię ułaskawienia legendarnego działacza Solidarności Adama Borowskiego. – Jestem przygotowany do podjęcia decyzji w sprawie pana Adama Borowskiego w tym pierwszym pakiecie moich ułaskawień – poinformował.

Karol Nawrocki zabrał głos po spotkaniu z Donaldem Trumpem z ostatniej chwili
Karol Nawrocki zabrał głos po spotkaniu z Donaldem Trumpem

Prezydent Karol Nawrocki przekazał, że jego środowe spotkanie z prezydentem USA Donaldem Trumpem w Davos dotyczyło m.in. kwestii bezpieczeństwa, Rady Pokoju, potwierdzenia obecności amerykańskich żołnierzy w Polsce.

Nie nałożę ceł. Trump zmienia zdanie z ostatniej chwili
"Nie nałożę ceł". Trump zmienia zdanie

Prezydent USA Donald Trump zapowiedział, że nie nałoży ceł, które miały wejść w życie 1 lutego.

Samuel Pereira: Krzyk „ciamciaramci” z ostatniej chwili
Samuel Pereira: Krzyk „ciamciaramci”

To, co zobaczyliśmy w siedzibie Krajowej Rady Sądownictwa, nie jest pokazem siły rządu Donalda Tuska – to demonstracja jego słabości.

Żałoba w rodzinie królewskiej. Pilny komunikat z ostatniej chwili
Żałoba w rodzinie królewskiej. Pilny komunikat

Smutna wiadomość ze szwedzkiego dworu królewskiego. Nie żyje Dezyderia Bernadotte. Król Karol XVI Gustaw opublikował pilne oświadczenie.

Burza w Niemczech po decyzji ws. Mercosur: Katastrofa z ostatniej chwili
Burza w Niemczech po decyzji ws. Mercosur: "Katastrofa"

Europarlament w środę poparł wniosek o skierowanie do TSUE umowy handlowej z państwami Mercosuru. Decyzja PE wywołała falę komentarzy niemieckich polityków.

Doda ostro do Owsiaka: To mi się w głowie nie mieści z ostatniej chwili
Doda ostro do Owsiaka: "To mi się w głowie nie mieści"

Doda opublikowała nagranie, w którym zaapelowała do Jerzego Owsiaka. – Jurek, pomagałam ci przez 20 lat, od 13. roku życia, aż nam się drogi rozeszły i się poróżniliśmy wiadomo w jakiej kwestii… – powiedziała.

Norwegia alarmuje: Rosja koncentruje kluczowe siły wojskowe na strategicznym Półwyspie Kolskim z ostatniej chwili
Norwegia alarmuje: Rosja koncentruje kluczowe siły wojskowe na strategicznym Półwyspie Kolskim

Rosja kontynuuje wzmacnianie swojej siły militarnej na arktycznym Półwyspie Kolskim, mimo znacznych strat na froncie oraz problemów gospodarczych – ostrzegł w środę norweski minister obrony Tore Sandvik podczas rozmowy z mediami.

Karol Nawrocki spotkał się z Donaldem Trumpem z ostatniej chwili
Karol Nawrocki spotkał się z Donaldem Trumpem

Prezydent USA Donald Trump spotkał się z prezydentem Karolem Nawrockim w szwajcarskim Davos. Informację przekazała w środę po godz. 17 rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt.

IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach z ostatniej chwili
IMGW wydał komunikat. Oto co nas czeka w najbliższych dniach

W czwartek oraz piątek mróz, miejscami mgły i szadź, lokalnie słaby śnieg. W części kraju możliwa marznąca mżawka i gołoledź – informuje Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej.

REKLAMA

Jak Tusk rozbroił nas w wojnie informacyjnej z Kremlem

Przyznajmy szczerze – w Polsce niemal każdy ma ochotę obrzucić politycznego rywala błotem prorosyjskości. Przeładowanie debaty taką propagandą ma jednak swoje skutki uboczne: ludzie zwyczajnie przestają reagować, gdy widzą kolejny komentarz w stylu: „Putin może otwierać szampana”. I to nawet wtedy, gdy rzeczywiście może.
Donald Tusk
Donald Tusk / Fotoserwis PAP/EPA

Co musisz wiedzieć:

  • Zdaniem autora nadużywanie oskarżeń o prorosyjskość przez wszystkie strony, a szczególnie przez Tuska  doprowadziło do całkowitej inflacji pojęć takich jak „rosyjskie wpływy” czy „dezinformacja”.
  • Kontynuując: strategia propagandowa Tuska miała efekt uboczny w postaci znieczulenia opinii publicznej na realne zagrożenia ze strony Rosji.
  • W wyniku tego przesytu prawdziwe prorosyjskie działania łatwiej się ukrywają, a bezpieczeństwo informacyjne państwa zostało poważnie osłabione.

 

Dez-dezinformacja

Dotarliśmy do momentu, w którym pojęcia takie jak „rosyjskie wpływy”, „dezinformacja” czy „prorosyjskość” straciły moc. Ta inflacja pojęć nie wzięła się znikąd. Zarzuty o sprzyjanie Kremlowi stały się paliwem politycznym – tak często używanym, że dziś mało kto, poza najbardziej bezkrytycznymi konsumentami partyjnych spinów, bierze je na poważnie. A jako że „w szpiegomanii szpiedzy czują się najlepiej”, trzeba przyznać, że nasz system bezpieczeństwa informacyjnego został realnie osłabiony. Choć współwinne są wszystkie partie, to jednak Donald Tusk jest największym spośród winowajców: poprzez swoją absurdalnie rozbuchaną strategię propagandową doprowadził do ośmieszenia nawet słusznych ostrzeżeń przed zagrożeniem ze Wschodu.

 

Trauma posmoleńska i „putinflacja”

Kiedyś przyklejaniem przeciwnikom łatki „wspólników Putina” zajmowali się głównie sympatycy partii Jarosława Kaczyńskiego. Oprócz słusznych uwag o ślepym podporządkowaniu rządu Donalda Tuska wobec kursu brukselskiego (kursu, który ignorował odradzający się rosyjski imperializm i wpisywał się w naiwną koncepcję „cywilizowania Rosji” poprzez interesy) pojawiały się również tezy dalece przesadzone. Trauma katastrofy smoleńskiej wyzwoliła różne domysły: wracające jak bumerang zdjęcie Tuska i Putina wymieniających uśmiechy (w domyśle – „zmowa”), mitologizowane „spotkania na molo” czy łatwe do wyśmiania sugestie w rodzaju „orzeł w logo Konfederacji zwrócony jest ku Wschodowi”.

Choć zdarzało się popadanie w przesadę, faktem pozostaje, że strategiczny błąd ekipy Tuska w relacjach z Rosją był zasadniczo dyskwalifikujący dla ludzi pretendujących do rządzenia Polską. Okazało się, że mamy do czynienia z politykami, którzy nie myślą podmiotowo, pójdą za Berlinem i Brukselą nawet wtedy, gdy te politycznie futrują Putina, a na dodatek nie rozumieją podstawowych zagrożeń geopolitycznych Polski. Społeczeństwu należała się wiedza o niekompetencji Platformy choćby dlatego, by mogło w sposób świadomy i racjonalny zagłosować w kolejnych wyborach.

Putin jako kozioł ofiarny?

W czasie rządów Mateusza Morawieckiego wątek Putina jednak również pojawiał się zbyt łatwo – tym razem jako wygodne wyjaśnienie niemal każdego niepowodzenia. Najbardziej emblematycznym przykładem stało się hasło „putinflacji”, którym rząd chętnie tłumaczył wzrost cen. Owszem, wojna na Ukrainie przyczyniła się do skoku kosztów energii, surowców i żywności, ale wyjaśniała tylko część inflacji. To uproszczenie stało się paliwem dla środowisk liberalnych, które zaczęły budować narrację, jakoby PiS przerzucał winę za własną nieudolność na Putina, czyniąc z rosyjskiego przywódcy kozła ofiarnego. W efekcie jeszcze bardziej deprecjonowano używanie Rosji jako „straszaka”. Równolegle prawica „antysystemowa”, rozpaczliwie szukając alternatywy wobec znienawidzonego „głównego nurtu”, zaczęła odrzucać wszelkie podejrzenia związane z Rosją, bo istnieli przecież dużo bardziej „atrakcyjni” winowajcy w osobach przysłowiowych Żydów, masonów czy cyklistów. To wszystko stopniowo obniżało czujność opinii publicznej, choć wciąż utrzymywała się ona na relatywnie wysokim poziomie.

 

Uśmiechnięty cynizm i paranoja

Przełomem okazała się osiągająca szczyty niedorzeczności linia propagandowa Donalda Tuska, która po objęciu rządów ujawniła się w pełnej okazałości. Owszem, „obóz uśmiechu” już wcześniej bawił się zestawieniami typu „Kaczyński–Orbán–Putin” czy „Kaczyński–autorytaryzm–Putin”, ale robił to jednak z odrobiną wstydu; w końcu za rządów PO–PSL to właśnie Warszawa firmowała tezę o „dialogu z Rosją taką, jaka ona jest”. Po wyborach Tusk uznał jednak najwyraźniej, że resztki wstydu są jedynie balastem przeszkadzającym w walce o sondażowe procenty i rozpoczął ofensywę, w której PiS miał zostać dosłownie zrównany z Rosją.

Posunięcie to zdawało się tak absurdalne, że aż trudno było uwierzyć, iż ktokolwiek potraktuje je poważnie. Krewni i bliscy ofiar Smoleńska: ludzie, którzy od lat oskarżają Putina o zamach, oraz wyborcy czczący pamięć Lecha Kaczyńskiego i jego legendarnego przemówienia w Tbilisi z 2008 roku, mieli nagle stać się „ukrytymi putinistami”? Uwierzyć w coś takiego mogły jedynie osoby żyjące w stanie permanentnej paranoi. A jednak Tusk wybrał właśnie ten kierunek, czego przykładem były choćby groteskowe wpisy Romana Giertycha, doszukującego się w kolorystyce kampanii Karola Nawrockiego rzekomych nawiązań do barw rosyjskiej flagi.

 

Biały szum

Po polityku kalibru Donalda Tuska trudno spodziewać się, że naprawdę wierzył w możliwość przekonania opinii publicznej, iż „PiS równa się Rosja”. Cel wydaje się bardziej wyrafinowany: doprowadzić do takiego przesycenia debaty hasłami o prorosyjskości, aby straciły one jakiekolwiek znaczenie. To klasyczny mechanizm znany z badań nad komunikacją polityczną – gdy komunikat staje się wszechobecny, działa jak biały szum, przestaje cokolwiek znaczyć. Jeśli wszyscy wszystkim zarzucają prorosyjskość, wyborca umiarkowany ma odnieść wrażenie, że nikt tak naprawdę prorosyjski nie jest, a wraz z tym, że przypominane błędy Tuska z lat 2007–2014 w polityce wobec Moskwy są jedynie pustym frazesem, którego nie warto traktować serio.

Skutki uboczne takiej strategii są jednak poważne, bo siły rzeczywiście prorosyjskie mogą spać spokojnie: społeczeństwo jest tak przesycone odmienianiem „Putina” przez wszystkie przypadki, że nawet ostrzeżenia najbardziej zasadne zostaną uznane za kolejną polityczną zagrywkę. Tracimy zdolność skutecznego wskazywania rosyjskiego intoksu wpuszczanego do przestrzeni informacyjnej. Co gorsza, środowiska faktycznie prorosyjskie coraz śmielej zaczynają wchodzić w życie partyjne, czując, że klimat jest dla nich korzystny. Z tego przesytu chętnie korzystają również klasyczni „pożyteczni idioci”. Kiedy zwróci im się uwagę, że powtarzają tezy wprost z narracji Putina, mogą odparować: „Czy Putin jest teraz z tobą w pokoju?”, a następnie zbyć ostrzegającego pogardliwym: „Tropiciel onuc”.

 

Oszczędniej z tym Putinem

Choć wiele środowisk przyczyniło się do dewaluacji ostrzeżeń o rosyjskich wpływach, to działania Tuska wypadają na tle innych wyjątkowo cynicznie i wyrachowanie. O ile przesadę, w którą czasem popadała prawica, można w jakimś stopniu tłumaczyć emocjonalnym wstrząsem i próbą zrozumienia największej tragedii w Polsce po 1989 roku (a może nawet po II wojnie światowej), o tyle strategia Tuska była zimno kalkulowaną operacją propagandową. Miała jeden cel: uśpić opinię publiczną na punkcie zagrożenia rosyjskiego, aby jego własne błędy w polityce wschodniej przestały kogokolwiek obchodzić.

Niestety, to dopiero początek. Zarzut prorosyjskości zaczyna pełnić nowe funkcje: ma delegitymizować każdego, kto krytykuje niektóre działania Unii Europejskiej, opór wobec rewolucji kulturowej (bo przecież „Putin też nie lubi LGBT”) czy sprzeciw wobec ustawy o dezinformacji, która w praktyce odda w ręce rządu narzędzie do uciszania przeciwników. A właśnie teraz najbardziej potrzebujemy zdolności odróżnienia rosyjskiej toksyny informacyjnej od zdrowej refleksji o obronności. Działania obecnej władzy tę zdolność niszczą. Innymi słowy – nasze bezpieczeństwo informacyjne zostaje złożone na ołtarzu partyjnego interesu.

[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]



 

Polecane