Marcin Królik: Ochrzan od Abby Johnson

Ze spotkania z Abby Johnson wyszedłem z przygnębiającą refleksją, że jeżeli rzeczywiście mamy być źródłem iskry z widzeń Faustyny Kowalskiej, to przed nami jeszcze gigantyczna praca do wykonania. I bynajmniej nie będzie to praca polityczna.
/ screen YT

Postanowiłem wybrać się na spotkanie z Abby Johnson. Przypomnę, że głośna amerykańska działaczka pro-life, której życie stało się inspiracją dla filmu "Nieplanowane", przebywała w Polsce od 11 do 15 lutego - każdego dnia w innym mieście. Ja pojechałem na zamykającą jej tournee prelekcję w warszawskiej Bazylice Najświętszego Serca Jezusa przy Kawęczyńskiej. I tu od razu bez bicia przyznam się, że w równej mierze jak sam bliski mi temat kierowała mną po prostu zwykła ciekawość. Widziałem film, więc chciałem poznać również pierwowzór. Nie do końca byłem jednak przygotowany na to, co zastałem na miejscu.

Ciekawość samej osoby nie oznacza w tym wypadku bynajmniej podchodzenia do niej jak do jakiegoś celebryty. Mimo wszystko najistotniejsze było dla mnie to, co miała do przekazania. Zwłaszcza że Abby w swoich wypowiedziach wielokrotnie podkreślała, jak duże znaczenie ma Polska dla całej, globalnie pojętej, sprawy obrony życia. Pamiętam dziwny miks uczuć, kiedy na portalu TySola, z którego w ogóle dowiedziałem się o jej wizycie, przeczytałem fragment jej przesłania dla Polaków. Mówiła w nim, że choć wielu ludzi, myśląc o Kościele katolickim, ma na myśli głównie Watykan lub Rzym, to jednak spora część katolików ma też skojarzenia z Polską.

Niewątpliwie miło coś takiego usłyszeć. Z wiekiem robię się chyba coraz bardziej podatny na tego rodzaju komplementy pod adresem mojego kraju. A ponieważ od pewnego czasu śledzę dość pilnie, co się dzieje w ruchu prolajferskim, wiem, że nie są one formułowane na wyrost. Zresztą głosy, że Polska jest uważnie obserwowana jako jedno z kluczowych pól współczesnej wojny cywilizacji, płyną z wielu stron - zbyt wielu, by je zignorować czy uważać za fałszywe. A że takim polem rzeczywiście jest, najdobitniej chyba świadczą coraz częstsze ataki na nas ze strony najróżniejszych progresywistycznych środowisk.

I absolutnie nie sądźcie, że napisanie powyższych słów przyszło mi tak gładko. Mam raczej ambiwalentny stosunek do tych wszystkich trącących mesjanizmem poglądów, jakoby mój kraj miał do odegrania jakąś szczególną rolę w duchowej odnowie ludzkości. Cóż, może to przejaw swoistej mikromanii, którą jesteśmy trochę zarażeni i jeszcze nie całkiem się z niej wyleczyliśmy, albo wynikający bezpośrednio z niej strach przed ośmieszeniem się. A może po prostu nie zawsze tak jasna dla osób z zewnątrz świadomość, jak bardzo jako społeczeństwo nie dostajemy do owej potencjalnej, przeznaczonej nam dziejowej powinności.

Kiedy na przykład gdzieś słyszę albo czytam o przesłaniu św. Faustyny, wedle którego z Polski ma wyjść iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Chrystusa, to ciut zakłopotany wciągam powietrze. I to mimo diametralnej zmiany stosunku do Boga, jaka we mnie zaszła w ostatnich latach. Tego już dla mnie za dużo. Ale, do cholery, jednocześnie czuję, że wokół nas ostro dymi. Czuję też, że sam w jakiś sposób biorę w tym udział. Że - chcąc czy nie - pracuję w drużynie ową iskrę rozniecającej. I być może tacy ludzie jak Abby rzeczywiście to dostrzegają. Bo niby dlaczego nie.

Dojmująco świadom, jak trąci to megalomanią, trochę o tym rozmyślałem, jadąc tramwajem na Pragę. Próbowałem także przed samym sobą sprecyzować, jaki właściwie jest w tej chwili mój stosunek do aborcji. Albo inaczej - nie tyle do samej aborcji, bo w tym aspekcie od dosyć dawna pogląd mam ustalony i wielokrotnie głośno go wyrażałem, co raczej do metod walki z tą hańbiącą nasz gatunek praktyką. Uważam się za przeciwnika radykalnych rozwiązań. Wolę subtelne lobbowanie, soft power i kształtowanie opinii w taki sposób, by ewentualne zmiany w prawie stały się jej naturalnym wyrazem, a nie robiły za nahaj, którym wtłukuje się ludziom coś, czego nie rozumieją.

Tylko z drugiej strony jak daleko można naciągać strunę kompromisu? Kiedy wreszcie będzie wiadomo, że to już właściwy moment i wypada zintensyfikować wysiłki na rzecz wymuszenia na politykach uchwalenia całkowitego zakazu aborcji? A może jednak opcję z bezpośrednim zagrożeniem życia matki zostawić? Czy nawet wiedząc, że większość ludzi jeszcze do tego nie dojrzała, powinno się nadal głosować na rzekomo prawicowych polityków, którzy wykazują się w tej sprawie aż niekiedy niesmaczną zachowawczością? Czy należy ich winić, że kalkulują i oglądają się na opinię elektoratu, zamiast niewzruszenie trwać przy zasadach? I tak dalej.

A później do mikrofonu podeszła Abby i z każdą kolejną minutą jej wygłaszanego chłodnym, lecz niezwykle perswazyjnym głosem przemówienia mina mi coraz bardziej rzedła, zaś krew odpływała z twarzy. Zaczęło się oczywiście od tego, co już znałem z filmu, czyli od opowieści o tym, jak któregoś dnia została wezwana do asystowania w aborcji z użyciem USG i ujrzała na monitorze, jak dziecko ucieka przed ssawką, a następnie zostaje przez nią rozerwane. Było również o składaniu abortowanych szczątków i żartobliwym nazywaniu ich kawałkami dzieci. Ale to stanowiło zaledwie przygrywkę.

Gdy bowiem Abby zaczęła się dzielić swoimi wrażeniami i refleksjami z pobytu w Polsce, z jej ust padły naprawdę silne oskarżenia. Skrytykowała obowiązujący w naszym ustawodawstwie kompromis aborcyjny. Pytała też, dlaczego nasz parlament - w którym zresztą wcześniej tego dnia gościła - nic z tym dotąd nie zrobił, a politykom, którzy aborcję popierają, udzielana jest komunia. Dziwiło ją, jak to możliwe, że w kraju, którego mieszkańcy w przeważającej mierze deklarują się jako katolicy, wybiera się tak silną reprezentację posłów otwarcie mówiących o konieczności zliberalizowania prawa już funkcjonującego. Dostało się wreszcie Kościołowi za to, że niedostatecznie głośno upomina się o godność nienarodzonych dzieci.

Tu drobne uzupełnienie na marginesie. W przemówieniu Abby Johnson aborcja pojawiała się w zasadzie równolegle z eutanazją. Abby położyła nacisk na ich wzajemne warunkowanie się. Mówiła o tym, jak w krajach, gdzie panuje liberalny stosunek do aborcji - także w USA - coraz silniej występuje presja na to, ażeby ludzie starsi i chorzy dobrowolnie zabiegali o śmierć. Nie wiem, czy w tym wypadku na miejscu jest mówić o satysfakcji, ale owszem, poczułem ją. To, że między tymi zjawiskami zachodzi związek przyczynowo-skutkowy, jest dla mnie od dawna oczywiste.

Natomiast zmroziło mnie, gdy opowiadała, że po jednym ze spotkań podeszła do niej grupka położnych i zwierzyła się jej ze stosowanych w niektórych szpitalach praktyk wobec legalnie abortowanych dzieci. Rzekomo zdarza się, że są one topione w pojemnikach z chemikaliami. Nie sprecyzowała, czy chodziło o zwłoki, czy o żywe dzieci, ale nie omieszkała dodać, że to się dzieje w naszym katolickim - z akcentem na katolicki - kraju. A co więcej, te położne podobno usiłowały w tej sprawie interweniować w sejmie, ale zostały odprawione z kwitkiem. Miała je również dotknąć cenzura ze strony niektórych mediów określających się mianem katolickich.

Ciężko mi się tego słuchało. To prawda, że nie padły żadne nazwiska ani nazwy konkretnych partii czy redakcji. Prawdą jest jednak również i to, że skrytykowany przez Abby kompromis istnieje i że z czysto moralnego, a nie politycznego, punktu widzenia jawi się jako co najmniej śliski, o czym coraz głośniej mówią u nas osoby zaangażowane w ruch pro-life i rozczarowane postawą zarówno polityków, jak i hierarchów. Muszę się ponadto z nią zgodzić w tym, że nie traktowanie aborcji jako zwykłego morderstwa nawet przez wielu ludzi wierzących w sporej mierze wynika z panującego wokół tego tematu milczenia.

Z kościoła wyszedłem przygnębiony i z refleksją, że jeżeli rzeczywiście mamy być źródłem tej iskry z widzeń Faustyny Kowalskiej, to przed nami jeszcze gigantyczna praca do wykonania. I bynajmniej nie będzie to praca polityczna, lecz o wiele bardziej podstawowa. To trochę jak z tym fragmentem Kazania na Górze z Mateusza, który nazajutrz był czytany na mszach - tym, w którym Jezus poucza, że "nie będziesz zabijał" nie oznacza jedynie fizycznego pozbawienia życia człowieka, a "nie będziesz fałszywie przysięgał" należałoby w ogóle skasować, bo "tak" ma oznaczać tak, a "nie" - nie, a co nadto jest, od złego pochodzi.

Wracając później tramwajem do centrum, roztrząsałem, jak bardzo sam bym chciał osiągnąć taki stopień wewnętrznej spójności i jak mi do tego daleko. Dowodów na to dostarcza mi w zasadzie każdy dzień. I nawet nie chodzi o aborcję, ale w ogóle o wszystko. O postawę wobec setek rozmaitych spraw, w których tak niezmiernie łatwo wyrażać bezkompromisowe oceny, gdy nie kosztuje to więcej niż słowa. Gorzej, gdy trzeba wyciągnąć z owych słów jakieś realne konsekwencje.

Marcin Królik

 

POLECANE
Nie żyje Adam Chełstowski. Znany fotoreporter zmarł nagle z ostatniej chwili
Nie żyje Adam Chełstowski. Znany fotoreporter zmarł nagle

Nie żyje Adam Chełstowski, autor setek legendarnych zdjęć polityków, fotoreporter sejmowy. Zmarł nagle, w wieku 50 lat.

Imigrant brutalnie pobił w Kutnie przypadkową kobietę pilne
Imigrant brutalnie pobił w Kutnie przypadkową kobietę

Do brutalnej napaści na kobietę doszło w centrum Kutna. Policja zatrzymała 28-letniego obywatela Kolumbii, który jest podejrzewany o dokonanie ataku.

Nowy ambasador Rosji w Polsce. Putin wydał dekret z ostatniej chwili
Nowy ambasador Rosji w Polsce. Putin wydał dekret

Rosyjski przywódca Władimir Putin wyznaczył dyplomatę Gieorgija Michnę na stanowisko ambasadora Rosji w Polsce – wynika z dekretu opublikowanego we wtorek na oficjalnym portalu aktów prawnych Kremla.

Komunikat Straży Granicznej. Pilne doniesienia z granicy z ostatniej chwili
Komunikat Straży Granicznej. Pilne doniesienia z granicy

Straż Graniczna opublikowała najnowsze dane dotyczące sytuacji na granicach Polski. 2 marca 2026 r. Straż Graniczna skontrolowała łącznie ponad 7 tys. osób na granicach z Litwą i Niemcami. Poinformowano też o sytuacji na granicy z Białorusią.

Francuska broń jądrowa dla Polski? Szef BBN studzi oczekiwania z ostatniej chwili
Francuska broń jądrowa dla Polski? Szef BBN studzi oczekiwania

Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Sławomir Cenckiewicz sceptycznie ocenia możliwość realnego objęcia Polski francuskim odstraszaniem nuklearnym. Jego zdaniem Paryż bardzo pilnuje pełnej kontroli nad własnym arsenałem.

NATO przerzuca myśliwce na Azory. Strategiczne znaczenie portugalskiej bazy Wiadomości
NATO przerzuca myśliwce na Azory. Strategiczne znaczenie portugalskiej bazy

Na portugalskich Azorach wyraźnie rośnie aktywność wojskowa NATO. Do stacjonujących tam sił amerykańskich dołączyły brytyjskie samoloty Royal Air Force, a baza Lajes na wyspie Terceira zyskuje coraz większe znaczenie operacyjne.

Operacja przygotowywana miesiącami. Tak namierzono przywódcę Iranu pilne
Operacja przygotowywana miesiącami. Tak namierzono przywódcę Iranu

To nie była improwizacja ani pojedynczy nalot. Eliminacja najwyższego przywódcy Iranu była efektem długotrwałej, ściśle skoordynowanej operacji wywiadowczej USA i Izraela.

Tysiące Polaków utknęły na Bliskim Wschodzie. MSZ nie przewiduje ewakuacji gorące
Tysiące Polaków utknęły na Bliskim Wschodzie. MSZ nie przewiduje ewakuacji

Polskie MSZ przekazało nowe informacje dotyczące bezpieczeństwa rodaków na Bliskim Wschodzie. Resort podkreśla, że obecnie nie planuje wysyłania samolotów ewakuacyjnych.

Czy Polska powinna mieć broń nuklearną? Nowy sondaż pilne
Czy Polska powinna mieć broń nuklearną? Nowy sondaż

Temat ewentualnego wejścia Polski w program odstraszania nuklearnego wraca do debaty publicznej. Najnowszy sondaż na zlecenie Radia ZET pokazuje, jak Polacy oceniają pomysł pozyskania przez nasz kraj broni jądrowej.

Ambasady USA pod ostrzałem Iranu. Trump zapowiada odwet z ostatniej chwili
Ambasady USA pod ostrzałem Iranu. Trump zapowiada odwet

Donald Trump zapowiedział reakcję USA po ataku irańskich dronów na amerykańską ambasadę w Rijadzie. W tle są także uderzenia w inne placówki USA oraz rosnące napięcie w regionie.

REKLAMA

Marcin Królik: Ochrzan od Abby Johnson

Ze spotkania z Abby Johnson wyszedłem z przygnębiającą refleksją, że jeżeli rzeczywiście mamy być źródłem iskry z widzeń Faustyny Kowalskiej, to przed nami jeszcze gigantyczna praca do wykonania. I bynajmniej nie będzie to praca polityczna.
/ screen YT

Postanowiłem wybrać się na spotkanie z Abby Johnson. Przypomnę, że głośna amerykańska działaczka pro-life, której życie stało się inspiracją dla filmu "Nieplanowane", przebywała w Polsce od 11 do 15 lutego - każdego dnia w innym mieście. Ja pojechałem na zamykającą jej tournee prelekcję w warszawskiej Bazylice Najświętszego Serca Jezusa przy Kawęczyńskiej. I tu od razu bez bicia przyznam się, że w równej mierze jak sam bliski mi temat kierowała mną po prostu zwykła ciekawość. Widziałem film, więc chciałem poznać również pierwowzór. Nie do końca byłem jednak przygotowany na to, co zastałem na miejscu.

Ciekawość samej osoby nie oznacza w tym wypadku bynajmniej podchodzenia do niej jak do jakiegoś celebryty. Mimo wszystko najistotniejsze było dla mnie to, co miała do przekazania. Zwłaszcza że Abby w swoich wypowiedziach wielokrotnie podkreślała, jak duże znaczenie ma Polska dla całej, globalnie pojętej, sprawy obrony życia. Pamiętam dziwny miks uczuć, kiedy na portalu TySola, z którego w ogóle dowiedziałem się o jej wizycie, przeczytałem fragment jej przesłania dla Polaków. Mówiła w nim, że choć wielu ludzi, myśląc o Kościele katolickim, ma na myśli głównie Watykan lub Rzym, to jednak spora część katolików ma też skojarzenia z Polską.

Niewątpliwie miło coś takiego usłyszeć. Z wiekiem robię się chyba coraz bardziej podatny na tego rodzaju komplementy pod adresem mojego kraju. A ponieważ od pewnego czasu śledzę dość pilnie, co się dzieje w ruchu prolajferskim, wiem, że nie są one formułowane na wyrost. Zresztą głosy, że Polska jest uważnie obserwowana jako jedno z kluczowych pól współczesnej wojny cywilizacji, płyną z wielu stron - zbyt wielu, by je zignorować czy uważać za fałszywe. A że takim polem rzeczywiście jest, najdobitniej chyba świadczą coraz częstsze ataki na nas ze strony najróżniejszych progresywistycznych środowisk.

I absolutnie nie sądźcie, że napisanie powyższych słów przyszło mi tak gładko. Mam raczej ambiwalentny stosunek do tych wszystkich trącących mesjanizmem poglądów, jakoby mój kraj miał do odegrania jakąś szczególną rolę w duchowej odnowie ludzkości. Cóż, może to przejaw swoistej mikromanii, którą jesteśmy trochę zarażeni i jeszcze nie całkiem się z niej wyleczyliśmy, albo wynikający bezpośrednio z niej strach przed ośmieszeniem się. A może po prostu nie zawsze tak jasna dla osób z zewnątrz świadomość, jak bardzo jako społeczeństwo nie dostajemy do owej potencjalnej, przeznaczonej nam dziejowej powinności.

Kiedy na przykład gdzieś słyszę albo czytam o przesłaniu św. Faustyny, wedle którego z Polski ma wyjść iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Chrystusa, to ciut zakłopotany wciągam powietrze. I to mimo diametralnej zmiany stosunku do Boga, jaka we mnie zaszła w ostatnich latach. Tego już dla mnie za dużo. Ale, do cholery, jednocześnie czuję, że wokół nas ostro dymi. Czuję też, że sam w jakiś sposób biorę w tym udział. Że - chcąc czy nie - pracuję w drużynie ową iskrę rozniecającej. I być może tacy ludzie jak Abby rzeczywiście to dostrzegają. Bo niby dlaczego nie.

Dojmująco świadom, jak trąci to megalomanią, trochę o tym rozmyślałem, jadąc tramwajem na Pragę. Próbowałem także przed samym sobą sprecyzować, jaki właściwie jest w tej chwili mój stosunek do aborcji. Albo inaczej - nie tyle do samej aborcji, bo w tym aspekcie od dosyć dawna pogląd mam ustalony i wielokrotnie głośno go wyrażałem, co raczej do metod walki z tą hańbiącą nasz gatunek praktyką. Uważam się za przeciwnika radykalnych rozwiązań. Wolę subtelne lobbowanie, soft power i kształtowanie opinii w taki sposób, by ewentualne zmiany w prawie stały się jej naturalnym wyrazem, a nie robiły za nahaj, którym wtłukuje się ludziom coś, czego nie rozumieją.

Tylko z drugiej strony jak daleko można naciągać strunę kompromisu? Kiedy wreszcie będzie wiadomo, że to już właściwy moment i wypada zintensyfikować wysiłki na rzecz wymuszenia na politykach uchwalenia całkowitego zakazu aborcji? A może jednak opcję z bezpośrednim zagrożeniem życia matki zostawić? Czy nawet wiedząc, że większość ludzi jeszcze do tego nie dojrzała, powinno się nadal głosować na rzekomo prawicowych polityków, którzy wykazują się w tej sprawie aż niekiedy niesmaczną zachowawczością? Czy należy ich winić, że kalkulują i oglądają się na opinię elektoratu, zamiast niewzruszenie trwać przy zasadach? I tak dalej.

A później do mikrofonu podeszła Abby i z każdą kolejną minutą jej wygłaszanego chłodnym, lecz niezwykle perswazyjnym głosem przemówienia mina mi coraz bardziej rzedła, zaś krew odpływała z twarzy. Zaczęło się oczywiście od tego, co już znałem z filmu, czyli od opowieści o tym, jak któregoś dnia została wezwana do asystowania w aborcji z użyciem USG i ujrzała na monitorze, jak dziecko ucieka przed ssawką, a następnie zostaje przez nią rozerwane. Było również o składaniu abortowanych szczątków i żartobliwym nazywaniu ich kawałkami dzieci. Ale to stanowiło zaledwie przygrywkę.

Gdy bowiem Abby zaczęła się dzielić swoimi wrażeniami i refleksjami z pobytu w Polsce, z jej ust padły naprawdę silne oskarżenia. Skrytykowała obowiązujący w naszym ustawodawstwie kompromis aborcyjny. Pytała też, dlaczego nasz parlament - w którym zresztą wcześniej tego dnia gościła - nic z tym dotąd nie zrobił, a politykom, którzy aborcję popierają, udzielana jest komunia. Dziwiło ją, jak to możliwe, że w kraju, którego mieszkańcy w przeważającej mierze deklarują się jako katolicy, wybiera się tak silną reprezentację posłów otwarcie mówiących o konieczności zliberalizowania prawa już funkcjonującego. Dostało się wreszcie Kościołowi za to, że niedostatecznie głośno upomina się o godność nienarodzonych dzieci.

Tu drobne uzupełnienie na marginesie. W przemówieniu Abby Johnson aborcja pojawiała się w zasadzie równolegle z eutanazją. Abby położyła nacisk na ich wzajemne warunkowanie się. Mówiła o tym, jak w krajach, gdzie panuje liberalny stosunek do aborcji - także w USA - coraz silniej występuje presja na to, ażeby ludzie starsi i chorzy dobrowolnie zabiegali o śmierć. Nie wiem, czy w tym wypadku na miejscu jest mówić o satysfakcji, ale owszem, poczułem ją. To, że między tymi zjawiskami zachodzi związek przyczynowo-skutkowy, jest dla mnie od dawna oczywiste.

Natomiast zmroziło mnie, gdy opowiadała, że po jednym ze spotkań podeszła do niej grupka położnych i zwierzyła się jej ze stosowanych w niektórych szpitalach praktyk wobec legalnie abortowanych dzieci. Rzekomo zdarza się, że są one topione w pojemnikach z chemikaliami. Nie sprecyzowała, czy chodziło o zwłoki, czy o żywe dzieci, ale nie omieszkała dodać, że to się dzieje w naszym katolickim - z akcentem na katolicki - kraju. A co więcej, te położne podobno usiłowały w tej sprawie interweniować w sejmie, ale zostały odprawione z kwitkiem. Miała je również dotknąć cenzura ze strony niektórych mediów określających się mianem katolickich.

Ciężko mi się tego słuchało. To prawda, że nie padły żadne nazwiska ani nazwy konkretnych partii czy redakcji. Prawdą jest jednak również i to, że skrytykowany przez Abby kompromis istnieje i że z czysto moralnego, a nie politycznego, punktu widzenia jawi się jako co najmniej śliski, o czym coraz głośniej mówią u nas osoby zaangażowane w ruch pro-life i rozczarowane postawą zarówno polityków, jak i hierarchów. Muszę się ponadto z nią zgodzić w tym, że nie traktowanie aborcji jako zwykłego morderstwa nawet przez wielu ludzi wierzących w sporej mierze wynika z panującego wokół tego tematu milczenia.

Z kościoła wyszedłem przygnębiony i z refleksją, że jeżeli rzeczywiście mamy być źródłem tej iskry z widzeń Faustyny Kowalskiej, to przed nami jeszcze gigantyczna praca do wykonania. I bynajmniej nie będzie to praca polityczna, lecz o wiele bardziej podstawowa. To trochę jak z tym fragmentem Kazania na Górze z Mateusza, który nazajutrz był czytany na mszach - tym, w którym Jezus poucza, że "nie będziesz zabijał" nie oznacza jedynie fizycznego pozbawienia życia człowieka, a "nie będziesz fałszywie przysięgał" należałoby w ogóle skasować, bo "tak" ma oznaczać tak, a "nie" - nie, a co nadto jest, od złego pochodzi.

Wracając później tramwajem do centrum, roztrząsałem, jak bardzo sam bym chciał osiągnąć taki stopień wewnętrznej spójności i jak mi do tego daleko. Dowodów na to dostarcza mi w zasadzie każdy dzień. I nawet nie chodzi o aborcję, ale w ogóle o wszystko. O postawę wobec setek rozmaitych spraw, w których tak niezmiernie łatwo wyrażać bezkompromisowe oceny, gdy nie kosztuje to więcej niż słowa. Gorzej, gdy trzeba wyciągnąć z owych słów jakieś realne konsekwencje.

Marcin Królik


 

Polecane