Waldemar Żyszkiewicz: Fałszywe prawa człowieka

Czy chciałbyś mieszkać w stolicy kraju, przy trakcie królewskim, niedaleko pałacu prezydenckiego, w mieszkaniu stanowiącym część, może nawet całość piano nobile, tej najbardziej eleganckiej kondygnacji dawnych okazałych kamienic i rezydencji? A któż by nie chciał gwiazdki z nieba...
/ screen YouTube
Rzecz w tym, że taką gwiazdkę z nieba milionom ludzi z całkiem odmiennych kultur oraz innych cywilizacji proponuje z głupia frant pewien spekulant giełdowy, destruktor światowego ładu. I jak dotąd, bezkarnie mami ludzi, w tym wysoki menedżment Unii Europejskiej, twierdząc, że owa wyśniona gwiazdka z nieba leży właśnie na naszej ulicy.
 
Inni są inni
Skrajny irracjonalizm ideologii głoszonej i finansowanej przez George’a Sorosa (właśc. György’a Schwartza) może skłaniać do jej lekceważenia lub przynajmniej niedoceniania poważnych zagrożeń, jakie niesie nasilający się w ciągu ostatnich lat proces nomadyzacji, czyli nagła wędrówka ludów, zamieszkujących kraje położone na południowym oraz wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego.

Dla czytelności obrazu dodajmy, że idzie w tym przypadku o ludy nie tylko kulturowo czy rasowo odmienne, ale i prowadzące od wieków radykalnie inny tryb życia. I nie mam tu na myśli różnic o charakterze etnograficznym, przejawiających się kolorystyce strojów, doborze stosowanych w kuchni przypraw czy osobliwości uprawianej muzyki. Idzie mi raczej o ogromne różnice kulturowe w relacjach mężczyzna-kobieta. Także o ograniczanie pojęcia bliźniego do wyznawców tej samej narodowości i/lub tej samej religii, a niekiedy wyłącznie do jednego jej odłamu. Istotną specyfikę stanowi też brak uznania dla pracy jako naturalnego wymiaru ludzkiego bytowania czy wreszcie zasadniczo odmienny stosunek do takich kategorii, jak prawda i czas. Co, w przypadku bliskiego sąsiedztwa, musi niestety rodzić problemy.
 
Na pierwszy rzut oka, koncept sztucznie tworzonego kulturowo-etnicznego tygla, o którym przed wiekiem zamarzył sobie Richard Coudenhove-Kalergi, a którego realizację (według zaktualizowanej recepty Barbary Lerner-Spectre ze sztokholmskiego Instytutu Paideia) pośpiesznie finansuje teraz wspomniany wyżej Soros, może wydawać się zbyt absurdalny, by się nim szczególnie przejmować. Bo przecież, powie wielu, Polska to nie Ameryka, a Warszawa czy Gdańsk to nie Berlin ani Manchester...

Jeśli jednak wziąć pod uwagę globalny zakres przedsięwzięcia, ogromne nakłady finansowe, ogrom i konsekwencję działań propagandowych w tym zakresie, zdolność do kształtowania polityki państw oraz organizacji ponadpaństwowych, czy wreszcie jawną dyspozycyjność wobec tej idei wielu frontmenów światowej oraz unijnej sceny politycznej, to wniosek nasuwa się tylko jeden: dalsza zwłoka i brak zdecydowanych przeciwdziałań skaże nas na życie, w takim codziennym koszmarze, jaki obserwujemy dziś w wielu stolicach i metropoliach Zachodu.

Stały konflikt na tle nieusuwalnych różnic kulturowych, gettoizacja wielkich skupisk ludzkich, brutalna przemoc na co dzień, brak nie tylko poczucia bezpieczeństwa, ale przede wszystkim gwarancji, że się uniknie kalectwa albo śmierci w wyniku kolejnego zamachu terrorystycznego czy aktu zwykłego bandytyzmu. Jeszcze niedawno Polacy zazdrościli jakości życia mieszkańcom Paryża, Londynu, Brukseli czy Amsterdamu, dziś jest tam raczej więcej powodów do obaw. Toteż trzeba zrobić wszystko, żeby chroniczny stan wyjątkowy, dotkliwy dla swobód obywatelskich, ale niezdolny do zapewnienia bezpieczeństwa, nie stał się i naszą polską codziennością.
 
Koncepty wujka Sorosa
Prawa człowieka znajdują się współcześnie w samym centrum pakietu idei, w oparciu o które (przynajmniej teoretycznie) kształtuje się stosunki między ludźmi czy relacje między państwami. Do nich chętnie odwołują się politolodzy i politycy, analitycy i technolodzy współczesnego ładu międzynarodowego. Trudno się temu dziwić, związane z chrześcijańską koncepcją godności osoby ludzkiej oraz procesami emancypowania się kolejnych stanów, warstw czy klas społecznych, z rosnącym poczuciem, że bliźnim jest każdy człowiek bez względu na pochodzenie społeczne, narodowość czy wyznawaną religię – koncept praw człowieka ma naprawdę długą historię.

W sferze motywów i deklaracji historię nader szacowną, bo związaną zwykle z przełamywaniem barier stanowych, uprzedzeń rasowych, ale także z ograniczaniem skutków arbitralności władzy królewskiej, później państwowej – nad jednostką. Zdarzało się jednak i tak, że w imię dokumentów o bardzo szlachetnie brzmiącej treści dokonywano najokrutniejszych zbrodni, by przypomnieć choćby „Deklarację praw człowieka i obywatela”, czyli pochodzący z końca sierpnia 1789 roku dokument programowy francuskiej Rewolucji.

Minione stulecie dowiodło, że projekty przesadnie teoretyczne, zrodzone w umysłach spekulatywnych filozofów, zbyt żarliwych ideologów czy oderwanych od życia moralistów skłonnych do brania własnych życzeń za rzeczywistość, prowadzą zwykle do zbrodniczych w skutkach katastrof społecznych, o nieprzewidywalnej wcześniej skali. Common sense, czyli zdrowy rozsądek mówi wprost o drodze do piekła wybrukowanej dobrymi intencjami.

Dlatego napiszę krótko i wprost: ani bycie rentierem, ani rezydowanie na dobrym socjalu w eleganckim apartamencie, przy głównej ulicy stołecznego miasta nie należy niestety do katalogu powszechnych, przyrodzonych, niezbywalnych, naturalnych i niepodzielnych praw człowieka. No, nie należy! Wbrew temu, co zdaje się sugerować milionom migrantów z krajów Północnej Afryki, Bliskiego Wschodu czy niektórych regionów Azji dobry wujek Soros.  
 
Zamieszkać przy Main Street
Dla poprawienia humorów dodam, że tak okrutne urządzenie świata nie odnosi się wyłącznie do przybyszów z innych krajów, ale również do wszystkich, którzy przebywają we własnym kraju, w ojczyźnie. Po prostu, nie wszyscy zmieszczą się przy Main Street. Dość przejść się główną promenadą, zajrzeć do eleganckiej dzielnicy willowej... Ile rodzin może tam mieszkać? Warto się też zastanowić, jaki odsetek ludności mieszka przy Trakcie Królewskim czy w Zatoce Czerwonych Świń w Warszawie? I zawsze wyjdą nam znikome promile.

Czy to jakaś forma dyskryminacji, tak surowo dziś zakazanej? Nie, wręcz przeciwnie. Przecież każdy może zamieszkać przy Main Street. Wystarczy, że zostaną spełnione dwa warunki: a) zwolni się tam jakiś lokal i b) chętny będzie dysponował środkami finansowymi potrzebnymi do jego objęcia. Bo w naszej części świata, w cywilizacji łacińskiej, przyjęło się, że realizacja zamierzeń (tj. osiąganie założonych celów) wiąże się z pokonywaniem drogi dojścia, czyli wymaga spełnienia określonych, powszechnie przyjętych wymagań.

Ich miernikiem są zwykle pieniądze, co jest wprawdzie pozostałością z czasów mocno przedchrześcijańskich, ale pozwala też nadać tym wymaganiom postać zobiektywizowaną oraz w znacznej mierze eliminuje nagą przemoc. Tak więc, mobilność społeczna i mobilność geograficzna są dziś, w dobie globalnej turystyki czymś stosunkowo łatwo dostępnym dla ludzi. Łatwo, ale nie bezwarunkowo. Nie na grandę, bez paszportów, bez badań, szczepień czy kwarantann, jeśli akurat wymagają tego przepisy lub okoliczności. Na pewno, nie hop przez płot albo za Sorosem bojcy sznurem. Nie, to nie jest po europejsku. Aż dziw, że Angela z Kaźmierczaków Merkel na coś takiego poszła.
 
Katalog praw postmodernych
Z koszykiem praw człowieka od początku były zrozumiałe kłopoty. Żadna władza nie lubi uszczuplania swych prerogatyw, przeciwnie, wykazuje dużą konsekwencję w powiększaniu zakresu własnych możliwości, więc emancypacja społeczna jednostek zawsze miała pod górkę. Zasada powszechności też napotykała na opory, bo uznanie, że kolor skóry (dawny synonim przynależności rasowej) w żaden sposób nie ogranicza godności człowieka, że nie odbiera praw obywatelskich wiązało się z koniecznością rezygnacji z pracy niewolniczej, która przez stulecia stanowiła atrakcyjny, bo efektywny sposób bogacenia się bez nadmiernych nakładów własnych.

Ale proces uniwersalizacji tych uprawnień, czyli dążenie do objęcia prawami człowieka każdej istoty, która jest zrodzona z kobiety, to już miniony etap. Teraz daje się zaobserwować raczej próby uzupełniania katalogu praw nowymi, najdzikszymi wręcz pomysłami. Bez dbałości o logikę, o elementarną zborność mieniących się wszystkimi kolorami tęczy propozycji, które wnosi choćby agenda gender. Tzw. prawo do wyboru płci, w dowolnym wieku, z powtórzeniami ad libitum, dobrze ilustruje, co mam na myśli.

Wracając do nomadów od Sorosa... Owszem, fakt urodzenia się zapewnia każdemu prawo do decydowania o swym życiu. Człowiek nie jest raz na zawsze przypisany do konkretnego miejsca. We własnej ojczyźnie ma pełnię uprawnień, przynajmniej tych, jakie realnie przysługują jego ziomkom. Jeśli jednak chce podróżować czy trwale zmienić miejsce pobytu, musi nie tylko pamiętać, że przyjeżdża się do zwyczaju, ale i spełnić warunki, przewidziane prawem kraju nowego osiedlenia. Żywiołowa wędrówka ludów, w rodzaju naporu Alanów, Wandalów czy Wizygotów na cesarstwo zachodniorzymskie, nie wchodzi przecież w grę. Czyż to nie sami piewcy postępu twierdzą, że nie ma powrotu do przeszłości?
 
Waldemar Żyszkiewicz

[pierwodruk w Obywatelskiej. Gazecie Kornela Morawieckiego, nr 144/2017]
 

 

POLECANE
KGP: Pijany funkcjonariusz KGP zatrzymany w Warszawie z ostatniej chwili
KGP: Pijany funkcjonariusz KGP zatrzymany w Warszawie

Funkcjonariusz Komendy Głównej Policji został zatrzymany w Warszawie za kierowanie samochodem pod wpływem alkoholu – poinformowała KGP. Policjant został zawieszony. Wszczęto postępowanie dyscyplinarne i administracyjne zmierzające do zwolnienia go ze służby.

Tȟašúŋke Witkó: Edukacja społeczeństwa tylko u nas
Tȟašúŋke Witkó: Edukacja społeczeństwa

Politycy – swą głupotą, bufonadą i niewzruszonym przeświadczeniem o własnej nadzwyczajności – potrafią zaskoczyć nawet takiego starego szydercę i cynika, jak indywiduum klecące niniejszy felieton. Tak, Państwo słusznie domyślają się, że napomykam o odgrzaniu starego, chyba już nawet zzieleniałego od upływu czasu kotleta, jakim jest odrestaurowanie europejskiej „koalicji chętnych”, czyli tabunu głów państw bezproduktywnie ględzących o wysłaniu sił rozjemczych pomiędzy walczące wojska rosyjskie i ukraińskie.

Zbigniew Ziobro: Szykanują sędziego bo okazał się niezawisły z ostatniej chwili
Zbigniew Ziobro: Szykanują sędziego bo okazał się niezawisły

„Tylko zaufani sędziowie tej władzy mogą rozstrzygać sprawy, w których Tusk chce zniszczyć swoich przeciwników politycznych” - napisał na platformie X Zbigniew Ziobro odnosząc się do informacji podanej przez przewodniczącą KRS Dagmarę Pawełczyk-Woicką odnośnie do sędziego Dariusza Łubowskiego.

Prezydent Karol Nawrocki weźmie udział w Światowym Forum Ekonomicznym w Davos z ostatniej chwili
Prezydent Karol Nawrocki weźmie udział w Światowym Forum Ekonomicznym w Davos

Prezydent Karol Nawrocki w dniach 20-22 stycznia weźmie udział w Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. Program wizyty - przekazany przez KPRP - obejmuje m.in. sesję z prezydentem USA Donaldem Trumpem, spotkanie z prezesem Banku Światowego Ajayem Bangą, a także wystąpienie poświęcone Inicjatywie Trójmorza.

Dagmara Pawełczyk-Woicka: Sędzia Łubowski ma mieć zmieniony podział czynności w Sądzie gorące
Dagmara Pawełczyk-Woicka: Sędzia Łubowski ma mieć zmieniony podział czynności w Sądzie

"Sędzia Dariusz Łubowski, który odmówił wydania Niemcom podejrzewanego obywatela Ukrainy o wysadzenie NORD STREAM oraz uchylił ENA wobec posła Marcina Romanowskiego ma mieć zmieniony podział czynności w Sądzie!!!” - napisała na platformie X Dagmara Pawełczyk-Woicka, Przewodnicząca Krajowej Rady Sądownictwa.

Umowa UE-Mercosur ma ułatwić Niemcom dostęp do brazylijskich metali ziem rzadkich. KE: Wkrótce porozumienie z ostatniej chwili
Umowa UE-Mercosur ma ułatwić Niemcom dostęp do brazylijskich metali ziem rzadkich. KE: Wkrótce porozumienie

„Europa i Brazylia zmierzają w kierunku bardzo ważnego porozumienia politycznego w sprawie kluczowych surowców” - powiedziała Ursula von der Leyen, która przyjechała do Brazylii podpisać umowę UE-Mercosur, podczas konferencji prasowej z prezydentem tego kraju Luizem Inácio da Silvą. Umowa UE-Mercosur ma ułatwić Niemcom dostęp do brazylijskich zasobów metali ziem rzadkich.

TOPR ostrzega. W Tatrach wzrosło zagrożenie lawinowe Wiadomości
TOPR ostrzega. W Tatrach wzrosło zagrożenie lawinowe

Trzeci, znaczny stopień zagrożenia lawinowego w Tatrach ogłosili w piątek wieczorem ratownicy TOPR-u. Należy spodziewać się samoczynnych lawin.

Zaginął naukowiec z Rzeszowa. Trwają intensywne poszukiwania Wiadomości
Zaginął naukowiec z Rzeszowa. Trwają intensywne poszukiwania

Policja w Rzeszowie prowadzi poszukiwania dr. Kacpra Świerka, 49-letniego naukowca i etnologa, który od kilku dni nie daje znaku życia. Mężczyzna wyszedł z domu 13 stycznia i od tamtej pory nie wrócił ani nie skontaktował się z bliskimi.

Ekspert: Nie udało się wybrać tęczowego prezydenta, więc tęczową rewolucję chcą wprowadzać na poziomie rozporządzenia gorące
Ekspert: Nie udało się wybrać tęczowego prezydenta, więc tęczową rewolucję chcą wprowadzać na poziomie rozporządzenia

„Rząd Donalda Tuska pod pretekstem „wdrażania prawa Unii Europejskiej” chce USUNĄĆ ze WSZYSTKICH aktów stanu cywilnego słowa „mężczyzna” i „kobieta”! W 2025 nie udało się wybrać tęczowego prezydenta,więc tęczową rewolucję chcą wprowadzać na poziomie rozporządzenia!” - napisał na platformie X Nikodem Bernaciak, analityk Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris.

Tragedia w Wielkopolsce. Nie żyje 11-letni chłopiec z ostatniej chwili
Tragedia w Wielkopolsce. Nie żyje 11-letni chłopiec

W Myjomicach k. Kępna 11-letni chłopiec zmarł z powodu zatrucia się gazami pożarowymi, a jego matka trafiła do szpitala. Ojciec zdołał uratować roczne i czteroletnie dzieci.

REKLAMA

Waldemar Żyszkiewicz: Fałszywe prawa człowieka

Czy chciałbyś mieszkać w stolicy kraju, przy trakcie królewskim, niedaleko pałacu prezydenckiego, w mieszkaniu stanowiącym część, może nawet całość piano nobile, tej najbardziej eleganckiej kondygnacji dawnych okazałych kamienic i rezydencji? A któż by nie chciał gwiazdki z nieba...
/ screen YouTube
Rzecz w tym, że taką gwiazdkę z nieba milionom ludzi z całkiem odmiennych kultur oraz innych cywilizacji proponuje z głupia frant pewien spekulant giełdowy, destruktor światowego ładu. I jak dotąd, bezkarnie mami ludzi, w tym wysoki menedżment Unii Europejskiej, twierdząc, że owa wyśniona gwiazdka z nieba leży właśnie na naszej ulicy.
 
Inni są inni
Skrajny irracjonalizm ideologii głoszonej i finansowanej przez George’a Sorosa (właśc. György’a Schwartza) może skłaniać do jej lekceważenia lub przynajmniej niedoceniania poważnych zagrożeń, jakie niesie nasilający się w ciągu ostatnich lat proces nomadyzacji, czyli nagła wędrówka ludów, zamieszkujących kraje położone na południowym oraz wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego.

Dla czytelności obrazu dodajmy, że idzie w tym przypadku o ludy nie tylko kulturowo czy rasowo odmienne, ale i prowadzące od wieków radykalnie inny tryb życia. I nie mam tu na myśli różnic o charakterze etnograficznym, przejawiających się kolorystyce strojów, doborze stosowanych w kuchni przypraw czy osobliwości uprawianej muzyki. Idzie mi raczej o ogromne różnice kulturowe w relacjach mężczyzna-kobieta. Także o ograniczanie pojęcia bliźniego do wyznawców tej samej narodowości i/lub tej samej religii, a niekiedy wyłącznie do jednego jej odłamu. Istotną specyfikę stanowi też brak uznania dla pracy jako naturalnego wymiaru ludzkiego bytowania czy wreszcie zasadniczo odmienny stosunek do takich kategorii, jak prawda i czas. Co, w przypadku bliskiego sąsiedztwa, musi niestety rodzić problemy.
 
Na pierwszy rzut oka, koncept sztucznie tworzonego kulturowo-etnicznego tygla, o którym przed wiekiem zamarzył sobie Richard Coudenhove-Kalergi, a którego realizację (według zaktualizowanej recepty Barbary Lerner-Spectre ze sztokholmskiego Instytutu Paideia) pośpiesznie finansuje teraz wspomniany wyżej Soros, może wydawać się zbyt absurdalny, by się nim szczególnie przejmować. Bo przecież, powie wielu, Polska to nie Ameryka, a Warszawa czy Gdańsk to nie Berlin ani Manchester...

Jeśli jednak wziąć pod uwagę globalny zakres przedsięwzięcia, ogromne nakłady finansowe, ogrom i konsekwencję działań propagandowych w tym zakresie, zdolność do kształtowania polityki państw oraz organizacji ponadpaństwowych, czy wreszcie jawną dyspozycyjność wobec tej idei wielu frontmenów światowej oraz unijnej sceny politycznej, to wniosek nasuwa się tylko jeden: dalsza zwłoka i brak zdecydowanych przeciwdziałań skaże nas na życie, w takim codziennym koszmarze, jaki obserwujemy dziś w wielu stolicach i metropoliach Zachodu.

Stały konflikt na tle nieusuwalnych różnic kulturowych, gettoizacja wielkich skupisk ludzkich, brutalna przemoc na co dzień, brak nie tylko poczucia bezpieczeństwa, ale przede wszystkim gwarancji, że się uniknie kalectwa albo śmierci w wyniku kolejnego zamachu terrorystycznego czy aktu zwykłego bandytyzmu. Jeszcze niedawno Polacy zazdrościli jakości życia mieszkańcom Paryża, Londynu, Brukseli czy Amsterdamu, dziś jest tam raczej więcej powodów do obaw. Toteż trzeba zrobić wszystko, żeby chroniczny stan wyjątkowy, dotkliwy dla swobód obywatelskich, ale niezdolny do zapewnienia bezpieczeństwa, nie stał się i naszą polską codziennością.
 
Koncepty wujka Sorosa
Prawa człowieka znajdują się współcześnie w samym centrum pakietu idei, w oparciu o które (przynajmniej teoretycznie) kształtuje się stosunki między ludźmi czy relacje między państwami. Do nich chętnie odwołują się politolodzy i politycy, analitycy i technolodzy współczesnego ładu międzynarodowego. Trudno się temu dziwić, związane z chrześcijańską koncepcją godności osoby ludzkiej oraz procesami emancypowania się kolejnych stanów, warstw czy klas społecznych, z rosnącym poczuciem, że bliźnim jest każdy człowiek bez względu na pochodzenie społeczne, narodowość czy wyznawaną religię – koncept praw człowieka ma naprawdę długą historię.

W sferze motywów i deklaracji historię nader szacowną, bo związaną zwykle z przełamywaniem barier stanowych, uprzedzeń rasowych, ale także z ograniczaniem skutków arbitralności władzy królewskiej, później państwowej – nad jednostką. Zdarzało się jednak i tak, że w imię dokumentów o bardzo szlachetnie brzmiącej treści dokonywano najokrutniejszych zbrodni, by przypomnieć choćby „Deklarację praw człowieka i obywatela”, czyli pochodzący z końca sierpnia 1789 roku dokument programowy francuskiej Rewolucji.

Minione stulecie dowiodło, że projekty przesadnie teoretyczne, zrodzone w umysłach spekulatywnych filozofów, zbyt żarliwych ideologów czy oderwanych od życia moralistów skłonnych do brania własnych życzeń za rzeczywistość, prowadzą zwykle do zbrodniczych w skutkach katastrof społecznych, o nieprzewidywalnej wcześniej skali. Common sense, czyli zdrowy rozsądek mówi wprost o drodze do piekła wybrukowanej dobrymi intencjami.

Dlatego napiszę krótko i wprost: ani bycie rentierem, ani rezydowanie na dobrym socjalu w eleganckim apartamencie, przy głównej ulicy stołecznego miasta nie należy niestety do katalogu powszechnych, przyrodzonych, niezbywalnych, naturalnych i niepodzielnych praw człowieka. No, nie należy! Wbrew temu, co zdaje się sugerować milionom migrantów z krajów Północnej Afryki, Bliskiego Wschodu czy niektórych regionów Azji dobry wujek Soros.  
 
Zamieszkać przy Main Street
Dla poprawienia humorów dodam, że tak okrutne urządzenie świata nie odnosi się wyłącznie do przybyszów z innych krajów, ale również do wszystkich, którzy przebywają we własnym kraju, w ojczyźnie. Po prostu, nie wszyscy zmieszczą się przy Main Street. Dość przejść się główną promenadą, zajrzeć do eleganckiej dzielnicy willowej... Ile rodzin może tam mieszkać? Warto się też zastanowić, jaki odsetek ludności mieszka przy Trakcie Królewskim czy w Zatoce Czerwonych Świń w Warszawie? I zawsze wyjdą nam znikome promile.

Czy to jakaś forma dyskryminacji, tak surowo dziś zakazanej? Nie, wręcz przeciwnie. Przecież każdy może zamieszkać przy Main Street. Wystarczy, że zostaną spełnione dwa warunki: a) zwolni się tam jakiś lokal i b) chętny będzie dysponował środkami finansowymi potrzebnymi do jego objęcia. Bo w naszej części świata, w cywilizacji łacińskiej, przyjęło się, że realizacja zamierzeń (tj. osiąganie założonych celów) wiąże się z pokonywaniem drogi dojścia, czyli wymaga spełnienia określonych, powszechnie przyjętych wymagań.

Ich miernikiem są zwykle pieniądze, co jest wprawdzie pozostałością z czasów mocno przedchrześcijańskich, ale pozwala też nadać tym wymaganiom postać zobiektywizowaną oraz w znacznej mierze eliminuje nagą przemoc. Tak więc, mobilność społeczna i mobilność geograficzna są dziś, w dobie globalnej turystyki czymś stosunkowo łatwo dostępnym dla ludzi. Łatwo, ale nie bezwarunkowo. Nie na grandę, bez paszportów, bez badań, szczepień czy kwarantann, jeśli akurat wymagają tego przepisy lub okoliczności. Na pewno, nie hop przez płot albo za Sorosem bojcy sznurem. Nie, to nie jest po europejsku. Aż dziw, że Angela z Kaźmierczaków Merkel na coś takiego poszła.
 
Katalog praw postmodernych
Z koszykiem praw człowieka od początku były zrozumiałe kłopoty. Żadna władza nie lubi uszczuplania swych prerogatyw, przeciwnie, wykazuje dużą konsekwencję w powiększaniu zakresu własnych możliwości, więc emancypacja społeczna jednostek zawsze miała pod górkę. Zasada powszechności też napotykała na opory, bo uznanie, że kolor skóry (dawny synonim przynależności rasowej) w żaden sposób nie ogranicza godności człowieka, że nie odbiera praw obywatelskich wiązało się z koniecznością rezygnacji z pracy niewolniczej, która przez stulecia stanowiła atrakcyjny, bo efektywny sposób bogacenia się bez nadmiernych nakładów własnych.

Ale proces uniwersalizacji tych uprawnień, czyli dążenie do objęcia prawami człowieka każdej istoty, która jest zrodzona z kobiety, to już miniony etap. Teraz daje się zaobserwować raczej próby uzupełniania katalogu praw nowymi, najdzikszymi wręcz pomysłami. Bez dbałości o logikę, o elementarną zborność mieniących się wszystkimi kolorami tęczy propozycji, które wnosi choćby agenda gender. Tzw. prawo do wyboru płci, w dowolnym wieku, z powtórzeniami ad libitum, dobrze ilustruje, co mam na myśli.

Wracając do nomadów od Sorosa... Owszem, fakt urodzenia się zapewnia każdemu prawo do decydowania o swym życiu. Człowiek nie jest raz na zawsze przypisany do konkretnego miejsca. We własnej ojczyźnie ma pełnię uprawnień, przynajmniej tych, jakie realnie przysługują jego ziomkom. Jeśli jednak chce podróżować czy trwale zmienić miejsce pobytu, musi nie tylko pamiętać, że przyjeżdża się do zwyczaju, ale i spełnić warunki, przewidziane prawem kraju nowego osiedlenia. Żywiołowa wędrówka ludów, w rodzaju naporu Alanów, Wandalów czy Wizygotów na cesarstwo zachodniorzymskie, nie wchodzi przecież w grę. Czyż to nie sami piewcy postępu twierdzą, że nie ma powrotu do przeszłości?
 
Waldemar Żyszkiewicz

[pierwodruk w Obywatelskiej. Gazecie Kornela Morawieckiego, nr 144/2017]
 


 

Polecane