Cień Grupy D. Jak komanda śmierci MSW zainfekowały III Rzeczpospolitą

Czy po 1989 roku dawne struktury komunistycznych służb naprawdę zniknęły, czy tylko zmieniły nazwę i metody działania? Historia Samodzielna Grupa D – tajnej komórki działającej w ramach Służba Bezpieczeństwa – wraca w kontekście zabójstwa Jerzego Popiełuszki i niewyjaśnionych wątków śledztwa. Autor stawia tezę, że spuścizna tych struktur mogła mieć wpływ na pierwsze dekady III RP.
Tajny agent. Ilustracja poglądowa
Tajny agent. Ilustracja poglądowa / pixabay.com

Co musisz wiedzieć:

  • Samodzielna Grupa D była tajną komórką Departamentu IV MSW – działała w ramach Służba Bezpieczeństwa i zajmowała się „dezintegracją” środowisk kościelnych oraz opozycyjnych, stosując metody operacyjne wykraczające poza standardowe działania wywiadowcze.
  • Struktura ta jest łączona ze sprawą zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki – wątek odpowiedzialności funkcjonariuszy i ewentualnego łańcucha decyzyjnego ponad bezpośrednimi wykonawcami pozostaje przedmiotem debat historycznych i śledczych.
  • Autor wskazuje na niewyjaśnione wątki po 1989 roku – w tekście pojawia się teza, że część dawnych funkcjonariuszy mogła zachować wpływy w III RP, a nierozliczone sprawy z lat 80. miały oddziaływać na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości w kolejnych dekadach.

 

Choć formalnie Służba Bezpieczeństwa przestała istnieć w 1990 roku, jej najmroczniejszy relikt – Grupa D – pozostawił po sobie spuściznę, która paraliżowała polski wymiar sprawiedliwości przez dekady.. To historia o terrorze i prokuratorze, którego zniszczono metodami rodem z podręczników KGB, gdy tylko zbliżył się do prawdy o zleceniodawcach mordu na księdzu Jerzym Popiełuszce.

 

Samodzielna Grupa D

W oficjalnych podręcznikach historii data 1990 roku wyznacza cezurę – koniec ponurej epoki PRL i początek wolności. Jednak w zaciszu gabinetów, na zapleczach willi w Konstancinie oraz Magdalence i w zadymionych pokojach przesłuchań na Rakowieckiej, czas płynął inaczej. Służba Bezpieczeństwa formalnie przestała istnieć, ale jej najmroczniejsze dziecko – Grupa D – nigdy nie złożyło broni. To opowieść o ludziach, którzy zmienili mundury na garnitury, a pistolety na teczki z hakami, paraliżując rodzącą się demokrację.

W strukturach MSW istniały komórki, o których szeptano nawet na korytarzach na Rakowieckiej. Nie zajmowały się wywiadem. Nie ścigały szpiegów. Były to de facto państwowe grupy przestępcze, a ich zadaniem była „dezintegracja”. To biurokratyczne słowo kryło w sobie terror, łamanie kości i łamanie sumień.

Samodzielna Grupa D (od „Dezintegracja” lub „Dezinformacja”) Departamentu IV MSW to wierzchołek zbrodniczych struktur tego resortu. Powołana w listopadzie 1973 roku (wcześniej jako Sekcja IV), miała jeden cel: niszczenie Kościoła katolickiego od środka i zewnątrz metodami pozaprawnymi. Kierownicze funkcje piastowali w niej m.in. odpowiedzialni za śmierć bł. ks. Jerzego Popiełuszki – kpt. Grzegorz Piotrowski oraz gen. Zenon Płatek – dyrektor Departamentu IV. Była to de facto zorganizowana grupa przestępcza działająca pod parasolem państwa, której celem była fizyczna eliminacja przeciwników, terror i dezintegracja. Jej funkcjonariusze, działający w ścisłej koordynacji z KGB, mieli jeden cel: niszczenie Kościoła od środka.

 

Szkoła zbrodni. Od pornografii do morderstwa

Arsenał Grupy D był bogaty i brudny. Od podrzucania duchownym pornografii i narkotyków (jak w prowokacji na ul. Chłodnej wobec ks. Popiełuszki), przez podpalenia i niszczenie mienia, aż po pobicia i skrytobójstwa. Ich największym sukcesem operacyjnym było wywołanie paranoi – ofiary zaczynały podejrzewać się nawzajem o zdradę. Metody Grupy D, ściśle koordynowane z moskiewskim KGB, przypominały scenariusz gangsterskiego filmu. Nie chodziło tylko o zabijanie – chodziło o zniszczenie reputacji, o „śmierć cywilną”.

Idealnym przykładem była prowokacja na ulicy Chłodnej 15 w Warszawie w. Funkcjonariusze przed oficjalną rewizją włamali się do mieszkania ks. Jerzego Popiełuszki. Zamienili je w scenografię z piekła rodem, podrzucając tysiące ulotek, materiały wybuchowe, broń i amunicję. Wszystko po to, by w blasku świateł reżimowej telewizji wyprowadzić kapłana w kajdankach jako „niebezpiecznego ekstremistę”. To był ich podpis: zasiać wątpliwość. Sprawić, by ofiary zaczęły podejrzewać się nawzajem. Największym sukcesem Grupy D nie były aresztowania, ale momenty, w których opozycjoniści przestawali sobie ufać, wietrząc wszędzie zdradę.

Jednak Grupa D to nie tylko Warszawa i głośna sprawa zabójstwa ks. Jerzego. Macki resortu sięgały głębiej. Niewykluczone, że to właśnie esbecy z tej struktury stoją za niewyjaśnionymi śmierciami księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha u schyłku PRL.

 

„Grupa Perka” – śląskie komando

W cieniu centrali MSW Kiszczaka działała brutalna struktura regionalna. W kwietniu 1980 roku w Katowicach sformowano grupę specjalną pod dowództwem Edmunda Perka – „Grupę Perka”. Perek, niewykształcony funkcjonariusz, który braki w edukacji nadrabiał „nadzwyczajną skutecznością” w werbunku agentury oraz bezwzględnością, stworzył i dowodził na Śląsku filią Grupy D.

Edmund Perek, urodzony w 1927 roku, rozpoczął służbę w bezpiece w 1948 r., po zgłoszeniu się do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie. Po kursie w Szkole Specjalnej WUBP szybko doceniono jego przydatność operacyjną – już w 1949 r. zauważono, że w werbowaniu tajnych współpracowników jest „nadzwyczaj skuteczny". W 1953 r. objął kierownictwo Sekcji I Wydziału w katowickim UB/SB, odpowiedzialnej za sprawy wyznaniowe.

Po utworzeniu w 1962 r. Departamentu IV MSW Perek został kierownikiem grupy I w katowickim pionie IV, i rozpracowywał Kurię w Katowicach. Mimo ogromnych zasług dla katowickiej SB – w tym wieloletniej pracy nad werbunkiem agentury w Kurii i dezintegrowaniem środowiska kościelnego – do końca służby w 1990 r. pozostał zastępcą naczelnika Wydziału IV. Powód był banalny – nigdy nie zdobył wyższego wykształcenia. Dopiero w 1983 r., po szczególnych sukcesach, otrzymał awans na podpułkownika. „Bazą” Grupy Perka był dom letniskowy ówczesnego komendanta WUSW w Katowicach Jerzego Gruby, który zresztą karierę zaczynał w latach 50. w UB.

 

Pobicia, zabójstwa, ostrzeżenia

To podwładni Perka mają na koncie pobicia działaczy „Solidarności” na Górze św. Anny podczas pielgrzymki Jana Pawła II czy pod kościołem w Gliwicach i katedrą w Katowicach. Perek zmarł w szpitalu jako resortowy emeryt w listopadzie 1992 roku. Najbardziej przerażający jest jednak wątek pacyfikacji kopalni „Wujek”. W chaosie pacyfikacji świadkowie dostrzegli postacie, które nie pasowały do obrazka. Nie mają mundurów ZOMO, poruszają się inaczej, strzelają celnie. Czy to ludzie Perka pociągali za spust, wykonując brudną robotę, której nie chcieli robić milicjanci? Prokuratorzy, często wywodzący się z tego samego układu milicyjno-towarzyskiego, nigdy nie pozwolili, by to pytanie wybrzmiało na sali sądowej.

Ciekawe jest to, że gdy jego nazwisko w 1994 roku pojawiło się podczas procesu w sprawie pacyfikacji „Wujek”, nieznani sprawcy zamordowali w mieszkaniu jego żonę, której ciało nosiło ślady tortur. Nie stwierdzono śladów włamania, czyli ofiara znała sprawców, a z mieszkania nic nie zginęło. To klasyczny podpis służb – uciszanie świadków i ostrzeżenie dla żywych.

Także dla Romualda Cieślaka, dowódcę plutonu specjalnego ZOMO, który strzelał do górników. Kiedy trwało śledztwo i proces w sprawie pacyfikacji kopalni, „nieznani sprawcy” potrącili samochodem na przejściu, tuż obok jego mieszkania, żonę. Kobieta, w zaawansowanej ciąży, ledwo przeżyła. Cieślak sygnał zrozumiał i pogodził się z wyznaczoną rolą w procesie.

 

Proces toruński jako operacja dezinformacyjna

Proces zabójców księdza Jerzego Popiełuszki w Toruniu (27 grudnia 1984 – 7 lutego 1985) był w istocie przedłużeniem działań dezinformacyjnych i dezintegracyjnych Departamentu IV MSW – tym razem prowadzonych przeciwko własnej prokuraturze i opinii publicznej. Resort MSW, którym kierował Czesław Kiszczak, zablokował istnienie i ujawnienie związków Grupy D ze zbrodnią, chroniąc łańcuch rozkazów na wysokich szczeblach.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko został porwany 19 października 1984 r., późnym wieczorem, ok. 21.30. Po ujęciu porywaczy – Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękali, Waldemara Chmielewskiego oraz wicedyrektora Departamentu IV Adama Pietruszkę, władze zorganizowały w Toruniu spektakl, a nie proces.

Historycy są zgodni: reżyserem był resort Czesława Kiszczaka. Celem było skazanie bezpośrednich wykonawców (Piotrowskiego i spółki) jako „samowolnych sprawców”, by odciąć łańcuch dowodów prowadzący do góry. Niebezpieczne dla Kiszczaka było, że Chmielewski, jeden z trójki morderców, pochodził z tzw. rodziny resortowej. Jego dziadek był funkcjonariuszem UB, a ojciec Zenon – jednym z najbardziej doświadczonych oficerów Departamentu IV MSW; współorganizował prześladowania Kościoła (kierował m.in. inwigilacją kard. Stefana Wyszyńskiego). Sądowa farsa w Toruniu była w istocie przedłużeniem działań dezintegracyjnych Grupy D – tym razem wymierzonych w opinię publiczną, aby ukryć politycznych decydentów zbrodni.

 

Prokurator na celowniku. Metody SB w wolnej Polsce

Transformacja ustrojowa 1989 roku miała przynieść sprawiedliwość. Ale dla prokuratora Andrzeja Witkowskiego stała się początkiem kafkowskiego koszmaru. Witkowski, człowiek o niezłomnym charakterze, postanowił zrobić to, czego bała się większość: pójść po mocodawców zbrodni na ks. Popiełuszce. Chciał oskarżyć generałów: Kiszczaka, Ciastonia, Płatka a nawet sięgnąć po Jaruzelskiego.

Z jego zespołu „przypadkowo” odchodzili ludzie, paraliżując pracę.

Prokuratora Witkowskiego odsunięto od śledztwa w listopadzie–grudniu 1991 r. przez ówczesne kierownictwo prokuratury - oficjalnie powoływano się na konieczność „reorganizacji” i „przekształceń” kompetencji prokuratorskich. Witkowski wielokrotnie wyraźnie mówił, że w tym czasie zbliżał się do wniosku o postawienie w stan oskarżenia m.in. generała Wojciecha Jaruzelskiego i generała Czesława Kiszczaka, co oznaczało, że łańcuch dowodów prowadził wprost do najwyższego szczebla władzy PRL.

W 2004 roku odebrano mu po raz kolejny śledztwo pod wątpliwym pretekstem, prawdopodobnie by uniemożliwić przesłuchanie Jaruzelskiego i Kiszczaka oraz postawić zarzuty. Szef pionu śledczego IPN, prof. Witold Kulesza, podał oficjalnie jako powód fakt, że Witkowski był przesłuchany jako świadek w procesie dotyczących inspirowania zabójstwa księdza, co miałoby uniemożliwiać mu dalsze prowadzenie postępowania. Zresztą Witold Kulesza wiele razy publicznie deprecjonował pracę Witkowskiego, zarzucając mu „zbytnią drobiazgowość”, co w rzeczywistości było uderzeniem w zgromadzony materiał dowodowy.

Przeniesienie śledztwa

Decyzją Kuleszy śledztwo przeniesiono do IPN w Katowicach – na teren regionu dawnej działalności i wpływów Grupy Perka. Do miasta, gdzie duch Edmunda Perka i wpływy starych układów były wciąż żywe.

Śledztwo prowadził prokurator Przemysław Piątek, podwładny prokurator Ewy Koj – tej samej, która w kontrowersyjnych okolicznościach w 2006 roku umorzyła sprawę śmierci ks. Blachnickiego. Efekt? Śledztwo zamrożono na lata, a kluczowe dowody straciły na znaczeniu.

 

Spuścizna zła

Metody dezintegracji, polaryzacji i niszczenia ludzi, które widoczne są w dzisiejszej sferze publicznej, noszą wyraźne znamiona wschodniej szkoły wywiadu. Ludzie, tacy jak podwładni Perka nie zniknęli po 1989 roku. Wielu z nich, pozytywnie zweryfikowanych lub w ogóle nie niepokojonych, zasiliło szeregi nowej Policji, UOP, a co gorsza – prywatnego biznesu i agencji ochrony. Wynieśli ze sobą nie tylko umiejętności operacyjne, ale i „szafy” pełne kompromitujących materiałów na dzisiejsze elity i brak skrupułów.

Istnieje uzasadniona obawa, że to właśnie te nierozliczone struktury MSW stały się zaczynem dla mafii pruszkowskiej i wołomińskiej lat 90. Bezkarność sprawców zdemoralizowała wymiar sprawiedliwości. III Rzeczpospolita odziedziczyła „wrzód”, który przez lata infekował życie publiczne niejawnymi powiązaniami i szantażami. Dziś, gdy obserwujemy „wycieki” materiałów ze śledztw służące do medialnego mordu przed wyrokiem sądu, widzimy tę samą technikę, którą Grupa D stosowała wobec ks. Bardeckiego, Popiełuszki czy Jana Pawła II.

Pytanie, czy to tylko naśladownictwo, czy może dowód na to, że stare aktywa bezpieki i rosyjskich służb wciąż są w grze?


 

POLECANE
Trump: Gdy ceny ropy rosną, zarabiamy krocie gorące
Trump: Gdy ceny ropy rosną, zarabiamy krocie

Gdy rosną ceny ropy naftowej, Stany Zjednoczone zarabiają dużo pieniędzy, ale ważniejsze jest powstrzymanie Iranu przed zdobyciem broni jądrowej - oświadczył w czwartek prezydent USA Donald Trump na swoim portalu społecznościowym.

KE chce sprawdzić faktyczny stan ropociągu Przyjaźń pilne
KE chce sprawdzić faktyczny stan ropociągu "Przyjaźń"

Komisja Europejska zaproponowała wysłanie misji na Ukrainę, która miałaby sprawdzić stan ropociągu „Przyjaźń”. Rurociąg miał zostać uszkodzony podczas rosyjskiego ataku, co doprowadziło do wstrzymania tranzytu rosyjskiej ropy na Węgry i Słowację. W sprawę zaangażowały się także Budapeszt i Bratysława, które wysłały własną delegację.

Kierwiński naciska prezydenta, aby podpisał ustawę wdrażającą SAFE z ostatniej chwili
Kierwiński naciska prezydenta, aby podpisał ustawę wdrażającą SAFE

Szef MSWiA Marcin Kierwiński zaapelował w czwartek do prezydenta Karola Nawrockiego o podpisanie ustawy wdrażającej unijny program SAFE. W Ozieranach Wielkich, przy granicy z Białorusią, zaprezentował znajdujący się tam system antydronowy.

Całą noc przepłakałam. Wstrząsający list matki, która pójdzie do więzienia za to, że ostrzegała przed aborterem z ostatniej chwili
"Całą noc przepłakałam". Wstrząsający list matki, która pójdzie do więzienia za to, że ostrzegała przed aborterem

„Potrzebuję wsparcia, modlitwy i podpisów pod petycją do Prezydenta RP o ułaskawienie mnie. Potrzebuję też, aby jak najwięcej ludzi dowiedziało się o tej sprawie, stąd moja prośba: niech powie Pan o tym wszystkim swoim Bliskim - rodzinie, znajomym, każdemu, kto wierzy, że sprawiedliwość to nie może być tylko puste słowo” - napisała w poruszającym liście Weronika Krawczyk, skazana za to, że ostrzegała inne matki przed ginekologiem-aborterem.

SAFE to przebiegły niemiecki biznesplan tylko u nas
SAFE to przebiegły niemiecki biznesplan

Według danych cytowanych przez Komisję Europejską w strategii EDIS (Europejska Strategia Przemysłu Obronnego), 78% zamówień obronnych UE między lutym 2022 a czerwcem 2023 trafiło do firm spoza Wspólnoty — głównie amerykańskich. Nawet jeśli ta liczba jest zawyżona, jak twierdzą analitycy Bruegla, skala problemu nie budziła wątpliwości. Bruksela zaproponowała rozwiązanie: program SAFE, czyli 150 mld EUR pożyczek na zbrojenia. Brzmi jak europejska solidarność? W rzeczywistości to przebiegły biznesplan.

„Plan B” dla Ukrainy? Niech Zełenski sięgnie po pieniądze oligarchów tylko u nas
„Plan B” dla Ukrainy? Niech Zełenski sięgnie po pieniądze oligarchów

W obliczu blokady przez Węgry obiecanej pożyczki w wysokości 90 miliardów euro prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski wezwał Europę do znalezienia alternatywnego rozwiązania. A może tak sięgnąłby po majątki ukraińskich oligarchów?

TSUE uznał, że prawo UE stoi ponad Konstytucją z ostatniej chwili
TSUE uznał, że prawo UE stoi ponad Konstytucją

„TSUE po raz kolejny forsuje tezę o tym, że państwa członkowskie mają obowiązek stosowania prawa UE, a nie swojej Konstytucji” – alarmuje na platformie X mec. Bartosz Lewandowski.

Kard. Krajewski nowym arcybiskupem metropolitą łódzkim z ostatniej chwili
Kard. Krajewski nowym arcybiskupem metropolitą łódzkim

Papież Leon XIV mianował nowego arcybiskupa metropolitę łódzkiego. Funkcję tę obejmie kardynał Konrad Krajewski.

Nocna ewakuacja z Bliskiego Wschodu. Do Polski przyleciało ponad 300 osób Wiadomości
Nocna ewakuacja z Bliskiego Wschodu. Do Polski przyleciało ponad 300 osób

Samolotami LOT-u, w ramach europejskiego programu rescEU, ewakuowano z Blisko Wschodu kolejnych 300 osób, w tym ponad 200 polskich obywateli; samoloty wylądował w nocy z środy na czwartek w Polsce - poinformowało polskie MSZ. Ewakuacja objęła osoby przebywające m.in. w Bahrajnie, Kuwejcie i Katarze.

Bogdan Rzońca: W Zielony Ład wpisana jest likwidacja rolnictwa UE tylko u nas
Bogdan Rzońca: W Zielony Ład wpisana jest likwidacja rolnictwa UE

Brak rolnictwa jest wpisany w politykę klimatyczną KE – alarmuje eurodeputowany Bogdan Rzońca (PiS) w rozmowie z portalem Tysol.pl.

REKLAMA

Cień Grupy D. Jak komanda śmierci MSW zainfekowały III Rzeczpospolitą

Czy po 1989 roku dawne struktury komunistycznych służb naprawdę zniknęły, czy tylko zmieniły nazwę i metody działania? Historia Samodzielna Grupa D – tajnej komórki działającej w ramach Służba Bezpieczeństwa – wraca w kontekście zabójstwa Jerzego Popiełuszki i niewyjaśnionych wątków śledztwa. Autor stawia tezę, że spuścizna tych struktur mogła mieć wpływ na pierwsze dekady III RP.
Tajny agent. Ilustracja poglądowa
Tajny agent. Ilustracja poglądowa / pixabay.com

Co musisz wiedzieć:

  • Samodzielna Grupa D była tajną komórką Departamentu IV MSW – działała w ramach Służba Bezpieczeństwa i zajmowała się „dezintegracją” środowisk kościelnych oraz opozycyjnych, stosując metody operacyjne wykraczające poza standardowe działania wywiadowcze.
  • Struktura ta jest łączona ze sprawą zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki – wątek odpowiedzialności funkcjonariuszy i ewentualnego łańcucha decyzyjnego ponad bezpośrednimi wykonawcami pozostaje przedmiotem debat historycznych i śledczych.
  • Autor wskazuje na niewyjaśnione wątki po 1989 roku – w tekście pojawia się teza, że część dawnych funkcjonariuszy mogła zachować wpływy w III RP, a nierozliczone sprawy z lat 80. miały oddziaływać na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości w kolejnych dekadach.

 

Choć formalnie Służba Bezpieczeństwa przestała istnieć w 1990 roku, jej najmroczniejszy relikt – Grupa D – pozostawił po sobie spuściznę, która paraliżowała polski wymiar sprawiedliwości przez dekady.. To historia o terrorze i prokuratorze, którego zniszczono metodami rodem z podręczników KGB, gdy tylko zbliżył się do prawdy o zleceniodawcach mordu na księdzu Jerzym Popiełuszce.

 

Samodzielna Grupa D

W oficjalnych podręcznikach historii data 1990 roku wyznacza cezurę – koniec ponurej epoki PRL i początek wolności. Jednak w zaciszu gabinetów, na zapleczach willi w Konstancinie oraz Magdalence i w zadymionych pokojach przesłuchań na Rakowieckiej, czas płynął inaczej. Służba Bezpieczeństwa formalnie przestała istnieć, ale jej najmroczniejsze dziecko – Grupa D – nigdy nie złożyło broni. To opowieść o ludziach, którzy zmienili mundury na garnitury, a pistolety na teczki z hakami, paraliżując rodzącą się demokrację.

W strukturach MSW istniały komórki, o których szeptano nawet na korytarzach na Rakowieckiej. Nie zajmowały się wywiadem. Nie ścigały szpiegów. Były to de facto państwowe grupy przestępcze, a ich zadaniem była „dezintegracja”. To biurokratyczne słowo kryło w sobie terror, łamanie kości i łamanie sumień.

Samodzielna Grupa D (od „Dezintegracja” lub „Dezinformacja”) Departamentu IV MSW to wierzchołek zbrodniczych struktur tego resortu. Powołana w listopadzie 1973 roku (wcześniej jako Sekcja IV), miała jeden cel: niszczenie Kościoła katolickiego od środka i zewnątrz metodami pozaprawnymi. Kierownicze funkcje piastowali w niej m.in. odpowiedzialni za śmierć bł. ks. Jerzego Popiełuszki – kpt. Grzegorz Piotrowski oraz gen. Zenon Płatek – dyrektor Departamentu IV. Była to de facto zorganizowana grupa przestępcza działająca pod parasolem państwa, której celem była fizyczna eliminacja przeciwników, terror i dezintegracja. Jej funkcjonariusze, działający w ścisłej koordynacji z KGB, mieli jeden cel: niszczenie Kościoła od środka.

 

Szkoła zbrodni. Od pornografii do morderstwa

Arsenał Grupy D był bogaty i brudny. Od podrzucania duchownym pornografii i narkotyków (jak w prowokacji na ul. Chłodnej wobec ks. Popiełuszki), przez podpalenia i niszczenie mienia, aż po pobicia i skrytobójstwa. Ich największym sukcesem operacyjnym było wywołanie paranoi – ofiary zaczynały podejrzewać się nawzajem o zdradę. Metody Grupy D, ściśle koordynowane z moskiewskim KGB, przypominały scenariusz gangsterskiego filmu. Nie chodziło tylko o zabijanie – chodziło o zniszczenie reputacji, o „śmierć cywilną”.

Idealnym przykładem była prowokacja na ulicy Chłodnej 15 w Warszawie w. Funkcjonariusze przed oficjalną rewizją włamali się do mieszkania ks. Jerzego Popiełuszki. Zamienili je w scenografię z piekła rodem, podrzucając tysiące ulotek, materiały wybuchowe, broń i amunicję. Wszystko po to, by w blasku świateł reżimowej telewizji wyprowadzić kapłana w kajdankach jako „niebezpiecznego ekstremistę”. To był ich podpis: zasiać wątpliwość. Sprawić, by ofiary zaczęły podejrzewać się nawzajem. Największym sukcesem Grupy D nie były aresztowania, ale momenty, w których opozycjoniści przestawali sobie ufać, wietrząc wszędzie zdradę.

Jednak Grupa D to nie tylko Warszawa i głośna sprawa zabójstwa ks. Jerzego. Macki resortu sięgały głębiej. Niewykluczone, że to właśnie esbecy z tej struktury stoją za niewyjaśnionymi śmierciami księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha u schyłku PRL.

 

„Grupa Perka” – śląskie komando

W cieniu centrali MSW Kiszczaka działała brutalna struktura regionalna. W kwietniu 1980 roku w Katowicach sformowano grupę specjalną pod dowództwem Edmunda Perka – „Grupę Perka”. Perek, niewykształcony funkcjonariusz, który braki w edukacji nadrabiał „nadzwyczajną skutecznością” w werbunku agentury oraz bezwzględnością, stworzył i dowodził na Śląsku filią Grupy D.

Edmund Perek, urodzony w 1927 roku, rozpoczął służbę w bezpiece w 1948 r., po zgłoszeniu się do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie. Po kursie w Szkole Specjalnej WUBP szybko doceniono jego przydatność operacyjną – już w 1949 r. zauważono, że w werbowaniu tajnych współpracowników jest „nadzwyczaj skuteczny". W 1953 r. objął kierownictwo Sekcji I Wydziału w katowickim UB/SB, odpowiedzialnej za sprawy wyznaniowe.

Po utworzeniu w 1962 r. Departamentu IV MSW Perek został kierownikiem grupy I w katowickim pionie IV, i rozpracowywał Kurię w Katowicach. Mimo ogromnych zasług dla katowickiej SB – w tym wieloletniej pracy nad werbunkiem agentury w Kurii i dezintegrowaniem środowiska kościelnego – do końca służby w 1990 r. pozostał zastępcą naczelnika Wydziału IV. Powód był banalny – nigdy nie zdobył wyższego wykształcenia. Dopiero w 1983 r., po szczególnych sukcesach, otrzymał awans na podpułkownika. „Bazą” Grupy Perka był dom letniskowy ówczesnego komendanta WUSW w Katowicach Jerzego Gruby, który zresztą karierę zaczynał w latach 50. w UB.

 

Pobicia, zabójstwa, ostrzeżenia

To podwładni Perka mają na koncie pobicia działaczy „Solidarności” na Górze św. Anny podczas pielgrzymki Jana Pawła II czy pod kościołem w Gliwicach i katedrą w Katowicach. Perek zmarł w szpitalu jako resortowy emeryt w listopadzie 1992 roku. Najbardziej przerażający jest jednak wątek pacyfikacji kopalni „Wujek”. W chaosie pacyfikacji świadkowie dostrzegli postacie, które nie pasowały do obrazka. Nie mają mundurów ZOMO, poruszają się inaczej, strzelają celnie. Czy to ludzie Perka pociągali za spust, wykonując brudną robotę, której nie chcieli robić milicjanci? Prokuratorzy, często wywodzący się z tego samego układu milicyjno-towarzyskiego, nigdy nie pozwolili, by to pytanie wybrzmiało na sali sądowej.

Ciekawe jest to, że gdy jego nazwisko w 1994 roku pojawiło się podczas procesu w sprawie pacyfikacji „Wujek”, nieznani sprawcy zamordowali w mieszkaniu jego żonę, której ciało nosiło ślady tortur. Nie stwierdzono śladów włamania, czyli ofiara znała sprawców, a z mieszkania nic nie zginęło. To klasyczny podpis służb – uciszanie świadków i ostrzeżenie dla żywych.

Także dla Romualda Cieślaka, dowódcę plutonu specjalnego ZOMO, który strzelał do górników. Kiedy trwało śledztwo i proces w sprawie pacyfikacji kopalni, „nieznani sprawcy” potrącili samochodem na przejściu, tuż obok jego mieszkania, żonę. Kobieta, w zaawansowanej ciąży, ledwo przeżyła. Cieślak sygnał zrozumiał i pogodził się z wyznaczoną rolą w procesie.

 

Proces toruński jako operacja dezinformacyjna

Proces zabójców księdza Jerzego Popiełuszki w Toruniu (27 grudnia 1984 – 7 lutego 1985) był w istocie przedłużeniem działań dezinformacyjnych i dezintegracyjnych Departamentu IV MSW – tym razem prowadzonych przeciwko własnej prokuraturze i opinii publicznej. Resort MSW, którym kierował Czesław Kiszczak, zablokował istnienie i ujawnienie związków Grupy D ze zbrodnią, chroniąc łańcuch rozkazów na wysokich szczeblach.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko został porwany 19 października 1984 r., późnym wieczorem, ok. 21.30. Po ujęciu porywaczy – Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękali, Waldemara Chmielewskiego oraz wicedyrektora Departamentu IV Adama Pietruszkę, władze zorganizowały w Toruniu spektakl, a nie proces.

Historycy są zgodni: reżyserem był resort Czesława Kiszczaka. Celem było skazanie bezpośrednich wykonawców (Piotrowskiego i spółki) jako „samowolnych sprawców”, by odciąć łańcuch dowodów prowadzący do góry. Niebezpieczne dla Kiszczaka było, że Chmielewski, jeden z trójki morderców, pochodził z tzw. rodziny resortowej. Jego dziadek był funkcjonariuszem UB, a ojciec Zenon – jednym z najbardziej doświadczonych oficerów Departamentu IV MSW; współorganizował prześladowania Kościoła (kierował m.in. inwigilacją kard. Stefana Wyszyńskiego). Sądowa farsa w Toruniu była w istocie przedłużeniem działań dezintegracyjnych Grupy D – tym razem wymierzonych w opinię publiczną, aby ukryć politycznych decydentów zbrodni.

 

Prokurator na celowniku. Metody SB w wolnej Polsce

Transformacja ustrojowa 1989 roku miała przynieść sprawiedliwość. Ale dla prokuratora Andrzeja Witkowskiego stała się początkiem kafkowskiego koszmaru. Witkowski, człowiek o niezłomnym charakterze, postanowił zrobić to, czego bała się większość: pójść po mocodawców zbrodni na ks. Popiełuszce. Chciał oskarżyć generałów: Kiszczaka, Ciastonia, Płatka a nawet sięgnąć po Jaruzelskiego.

Z jego zespołu „przypadkowo” odchodzili ludzie, paraliżując pracę.

Prokuratora Witkowskiego odsunięto od śledztwa w listopadzie–grudniu 1991 r. przez ówczesne kierownictwo prokuratury - oficjalnie powoływano się na konieczność „reorganizacji” i „przekształceń” kompetencji prokuratorskich. Witkowski wielokrotnie wyraźnie mówił, że w tym czasie zbliżał się do wniosku o postawienie w stan oskarżenia m.in. generała Wojciecha Jaruzelskiego i generała Czesława Kiszczaka, co oznaczało, że łańcuch dowodów prowadził wprost do najwyższego szczebla władzy PRL.

W 2004 roku odebrano mu po raz kolejny śledztwo pod wątpliwym pretekstem, prawdopodobnie by uniemożliwić przesłuchanie Jaruzelskiego i Kiszczaka oraz postawić zarzuty. Szef pionu śledczego IPN, prof. Witold Kulesza, podał oficjalnie jako powód fakt, że Witkowski był przesłuchany jako świadek w procesie dotyczących inspirowania zabójstwa księdza, co miałoby uniemożliwiać mu dalsze prowadzenie postępowania. Zresztą Witold Kulesza wiele razy publicznie deprecjonował pracę Witkowskiego, zarzucając mu „zbytnią drobiazgowość”, co w rzeczywistości było uderzeniem w zgromadzony materiał dowodowy.

Przeniesienie śledztwa

Decyzją Kuleszy śledztwo przeniesiono do IPN w Katowicach – na teren regionu dawnej działalności i wpływów Grupy Perka. Do miasta, gdzie duch Edmunda Perka i wpływy starych układów były wciąż żywe.

Śledztwo prowadził prokurator Przemysław Piątek, podwładny prokurator Ewy Koj – tej samej, która w kontrowersyjnych okolicznościach w 2006 roku umorzyła sprawę śmierci ks. Blachnickiego. Efekt? Śledztwo zamrożono na lata, a kluczowe dowody straciły na znaczeniu.

 

Spuścizna zła

Metody dezintegracji, polaryzacji i niszczenia ludzi, które widoczne są w dzisiejszej sferze publicznej, noszą wyraźne znamiona wschodniej szkoły wywiadu. Ludzie, tacy jak podwładni Perka nie zniknęli po 1989 roku. Wielu z nich, pozytywnie zweryfikowanych lub w ogóle nie niepokojonych, zasiliło szeregi nowej Policji, UOP, a co gorsza – prywatnego biznesu i agencji ochrony. Wynieśli ze sobą nie tylko umiejętności operacyjne, ale i „szafy” pełne kompromitujących materiałów na dzisiejsze elity i brak skrupułów.

Istnieje uzasadniona obawa, że to właśnie te nierozliczone struktury MSW stały się zaczynem dla mafii pruszkowskiej i wołomińskiej lat 90. Bezkarność sprawców zdemoralizowała wymiar sprawiedliwości. III Rzeczpospolita odziedziczyła „wrzód”, który przez lata infekował życie publiczne niejawnymi powiązaniami i szantażami. Dziś, gdy obserwujemy „wycieki” materiałów ze śledztw służące do medialnego mordu przed wyrokiem sądu, widzimy tę samą technikę, którą Grupa D stosowała wobec ks. Bardeckiego, Popiełuszki czy Jana Pawła II.

Pytanie, czy to tylko naśladownictwo, czy może dowód na to, że stare aktywa bezpieki i rosyjskich służb wciąż są w grze?



 

Polecane