Dziwni idole młodej prawicy

Jeszcze niedawno stwierdzenie, że przedstawiciele „władzy ludowej” zostaną wskrzeszeni w świadomości młodego pokolenia jako polityczne gwiazdy, brzmiałoby jak scenariusz komedii surrealistycznej. Tymczasem dzieje się to na naszych oczach i – co najgorsze – jest usprawiedliwiane przez internetowe autorytety, których słowa znaczą dla młodzieży więcej niż historia walki peerelowskich dysydentów.
/ screen YouTube

Co musisz wiedzieć:

  • Leszek Miller stał się idolem młodej prawicy za sprawą swojej krytyki władz Ukrainy w stosunkach z Polską
  • Kult peerelowskich idoli – będących ucieleśnieniem lokajstwa wobec Moskwy są zjawiskiem groźnym, bo wprowadzającym chaos do doktryny prawicowej i konserwatywnej
  • Dopóki kult idoli PRL-u będzie skutecznym narzędziem do prowokowania starszego pokolenia, dopóty będzie wciąż odtwarzany i powielany.

Szerokim echem odbiła się kolejna odsłona „piwa z Mentzenem”, na którym niemal jak celebryta został przyjęty Leszek Miller. Publiczność (w znacznej części młodzi wyborcy Konfederacji) wiwatowała, gdy Miller mówił o Żydach rządzących światem i zagrożeniu płynącym ze strony ukraińskiej. Dla pokolenia wychowanego w opozycji antykomunistycznej lub choćby pamiętającego czasy quasi-kryminalnych rządów SLD, było to widowisko nie do zniesienia; dla młodych zaś – znakomita zabawa, bo przecież im większe zgorszenie „starych dziadów”, tym większa frajda. W efekcie w konfederackich mediach społecznościowych rozlała się wręcz apologia rządów Millera – czasów złotej wolności biznesu, kontrastujących z zamordystycznym reżimem Mateusza Morawieckiego. Wielu obserwatorów przecierało oczy ze zdumienia, ale jeśli spojrzeć szerzej, to wcale nie jest precedens – raczej kolejny etap dłuższego procesu.

Niepoprawność ponad wszystko

 

Przyczyn tej osobliwej „rehabilitacji” Millera przez tzw. konserwatywnych liberałów jest kilka. Pierwsza to przekonanie, że był on twórcą najbardziej wolnorynkowych rządów w III RP. Na pierwszy rzut oka istnieją pozory słuszności takich twierdzeń: jego gabinet wprowadził reformę finansów publicznych, zredukował wsparcie społeczne (również dla samotnych matek) i zlikwidował dotacje, np. dla barów mlecznych. Dla mentzenowskiej „prawicy bitcoinowej” to dowód na to, że Miller był politykiem prorynkowym i kryptowolnościowym. W tym obrazie pomija się jednak fakt, że jego rząd słynął z gigantycznej rozbudowy administracji i elefantyzacji prawa (zwanego też „biegunką legislacyjną”) – co w oczach prawdziwych libertarian i zwolenników deregulacji powinno być grzechem śmiertelnym.

Drugim powodem jest kwestia poprawności politycznej. Miller – dziś stały komentator telewizyjny – chętnie atakuje „woke” i Ukrainę, dzięki czemu wydaje się antyestablishmentowy, a to zawsze imponuje młodzieży. Młodzi prawicowcy, utożsamiający poprawność polityczną z ideologicznym kagańcem, chętnie przyjmują go więc do grona orędowników sprawy wolnościowej, nie zauważając, że przez większą część życia Miller popierał wszelkie zamordyzmy – w Polsce i za granicą. Na ironię zakrawa fakt, że jeszcze w 2024 roku były premier publicznie opowiadał się za pogłębianiem integracji europejskiej, włącznie z federalizacją UE, co stoi w jawnej sprzeczności z hasłami Konfederacji o suwerenności i podmiotowości Polski. A jednak – jeśli PiS próbuje „bić w Mentzena”, przypominając jego spotkania z Millerem, to fani lidera Nowej Nadziei reagują na przekór: bronią Millera, relatywizując jego winy lub twierdząc, że „inni premierzy byli gorsi”, w myśl zasady „na złość babci odmrożę sobie uszy”. Nie ma sensu mieć o to pretensji do dwudziestolatków, którzy znają Millera głównie z memów i telewizyjnych wypowiedzi. Można jednak oczekiwać większej odpowiedzialności od liderów Konfederacji, którzy w imię doraźnej gry politycznej deformują konserwatywną perspektywę na najnowszą historię polityczną, przez windowanie człowieka, którego życiorys jest zaprzeczeniem ich własnych haseł.

Miller – dziś stały komentator telewizyjny – chętnie atakuje „woke” i Ukrainę, dzięki czemu wydaje się antyestablishmentowy, a to zawsze imponuje młodzieży.

Sukces w kolorze czerwonym

 

Drugim – obok Millera – symbolem łamania poprawności politycznej stał się Jerzy Urban, który u schyłku życia całkiem nieźle odnalazł się w epoce mediów społecznościowych. W krótkich filmikach i medialnych wypowiedziach prezentował się jako błyskotliwy, złośliwy kontestator. I trzeba przyznać, że inteligencji i ciętego języka mu nie brakowało. Dla młodych jego przeszłość była mało istotna, a im częściej przypominano o jego propagandowej roli w latach 80., tym bardziej traktowali to jak nudną umoralniającą pogadankę. W ich oczach Urban stawał się więc nie „oprawcą z przeszłości”, lecz ironicznym komentatorem rzeczywistości, który drwił z „politycznej poprawności” i „świętych krów”. Efekt buntu działał tym mocniej, im głośniej starsze pokolenie się oburzało. Nie bez znaczenia było też epatowanie bogactwem. Urban chętnie pokazywał swoją willę, jaguara i występował z cygarem, co dla części młodzieży wychowanej już w realiach kapitalizmu stanowiło dowód jego sukcesu i siły przebicia. W końcu, w narracji współczesnych liberałów, majątek to najlepszy dowód na inteligencję i życiową zaradność, pozwalajacą patrzeć z pogardą na rzeszę „leni” i „pasożytów”. Niestety, prawica nigdy nie wystawiła przeciw Urbanowi adwersarza o podobnym formacie. Do historii internetowych memów minionej dekady przeszedł program, w którym Urban dosłownie „przechadzał się” po Arturze Zawiszy, wypadajacym sztywno, nudno i dużo bardziej „staroświecko” niż Urban, choć to właśnie narodowiec był w tym duecie młodszy o całe pokolenie.

Kolejną postacią wyniesioną na piedestał przez młodą prawicę był Mieczysław Wilczek – minister przemysłu w schyłkowym okresie PRL, autor słynnej „ustawy Wilczka”, która wprowadziła zasadę: „Co nie jest zakazane, jest dozwolone”. Dla młodych akolitów Janusza Korwin-Mikkego to niemal święty patron wolności gospodarczej w Polsce – twórca „jedynie prawdziwej reformy wolnościowej”. Oczywiście w tym obrazie pomija się kluczowy fakt: ustawa Wilczka powstała przede wszystkim po to, aby umożliwić nomenklaturze miękkie lądowanie w nowym ustroju. To dzięki niej partyjni dyrektorzy i oficerowie służb mogli gromadzić prywatne fortuny i zmieniać Polskę w swój prowadzony z ukrycia folwark. W III RP to oni mieli lepszy punkt startowy i znacznie większe możliwości rozwoju niż zwykli obywatele. Dla młodych libertarian te „szczegóły” są niewygodne – bo podważają ich narrację o cudownej sile leseferyzmu, który miał być panaceum na wszystkie problemy świata. W tej wizji wolny rynek jawi się jako neutralna, sprawiedliwa siła, a nie jako narzędzie w rękach ludzi, którzy już w 1989 roku mieli przewagę polityczną i kapitałową.

Noc żywych trupów

 

Nie tylko „prawica wolnościowa” kształtuje wyobraźnię młodych. Swoje pięć minut mają także pogrobowcy tzw. endokomuny, dla których obecna sytuacja polityczna okazała się nowym „okienkiem możliwości”. Wzmożona niechęć do Żydów do zachodniej inżynierii kulturowej i globalnej homogenizacji (tzw. globohomo) sprawiła, że część młodych zaczęła się zastanawiać, czy aby na pewno rosyjska strefa wpływów jest czymś gorszym od Zachodu. Może – jak twierdzą – to tylko „dogmatyczne uprzedzenia”, „smęcenie starców ze styropianu” i rusofobiczny „instynkt stadny”? Ta mieszanka – niechęć do Zachodu (zwłaszcza USA), fiksum dyrdum na punkcie Żydów, sceptycyzm wobec współczesnego Kościoła katolickiego połączony z narodowym radykalizmem – znajduje dziś ujście w fascynacji postaciami takimi jak Bolesław Piasecki, Mieczysław Moczar czy Władysław Gomułka. Renesans ich popularności wśród młodej prawicy opiera się na powierzchownych podobieństwach ideowych, wypreparowanych z kontekstu epoki i sprowadzonych do prostego wskazywania wrogów.

Jeśli dziś przeraża nas globalna homogenizacja kulturowa, to realny socjalizm Gomułki czy Bieruta był jeszcze bardziej duszny i jednolity.

 

Problem w tym, że żaden z młodych admiratorów tych postaci nie chciałby żyć w czasach, gdy panowie ci święcili triumfy. I to nie tylko z powodu braku smartfonów i Netfliksa. Współtworzona przez nich epoka była światem szarości, ideologicznej uniformizacji i wojskowo-pracowniczego drylu, który próbował zdławić każdą odmienność. Jeśli dziś przeraża nas globalna homogenizacja kulturowa – co jest zrozumiałe – to realny socjalizm Gomułki czy Bieruta był jeszcze bardziej duszny i jednolity. Tam kreatywność i wszelkie przejawy niepoprawnej spontaniczności były nie tylko ograniczane, ale karane surowiej niż ban na platformach społecznościowych czy groźby pozwu za „mowę nienawiści”.

Nie da się jednak ukryć, że biografie Piaseckiego, Moczara i Gomułki mają w sobie pewien magnetyzm. Ich życiorysy są dramatyczne, pełne zwrotów akcji, a to zawsze przyciąga uwagę. To zresztą mechanizm podobny do fascynacji mrocznymi postaciami kontrkultury – Charlesem Mansonem czy Jimem Jonesem. Nuda jest największym wrogiem młodej wyobraźni, a ci ludzie – jakkolwiek straszne były ich czyny – na pewno nie byli stereotypowi. Nic więc dziwnego, że kiedy publicystyczny „belfer” z poważną miną tłumaczy, dlaczego „czerwone zombie” powinni budzić odrazę, przegrywa w pojedynku na oryginalność.

Kult peerelowskich idoli – będących ucieleśnieniem lokajstwa wobec Moskwy, prymitywnego zamordyzmu i „czerwonej burżuazji”– są zjawiskiem groźnym, bo wprowadzającym chaos do doktryny prawicowej i konserwatywnej. Jest to reakcja na poprawność polityczną, ale reakcja wyjątkowo nietrafna, bo sięgająca po coś jeszcze gorszego niż samo zjawisko, z którym się walczy. Dopóki ten kult będzie skutecznym narzędziem do prowokowania starszego pokolenia i wywoływania oburzenia, dopóty będzie wciąż odtwarzany i powielany.

Rekomendacja w leczeniu tej choroby, może być jedna: potraktowanie jej poważnie, ale ze stoickim spokojem – bez moralnej piany na ustach, której oczekuje młody ideologiczny „prankster”. Najlepiej mogą to zrobić nieszablonowi popularyzatorzy historii najnowszej, którzy nie zanudzą odbiorcy, ale pokażą, że PRL nie był ani romantycznym snem o silnym państwie, ani krainą pełnej suwerenności, lecz światem, który odbierał ludziom nie tylko wolność polityczną, ale i zwykłą radość życia.


 

POLECANE
Kontrola poselska w MRiRW: „Łącznie ministrowie z PSL na promocję wydali ponad 27 milionów złotych!” z ostatniej chwili
Kontrola poselska w MRiRW: „Łącznie ministrowie z PSL na promocję wydali ponad 27 milionów złotych!”

Poseł Dariusz Matecki (PiS) przedstawił na platformie X wyniki kontroli poselskiej w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Przewodnicząca KRS: SAFE budzi poważne wątpliwości konstytucyjne gorące
Przewodnicząca KRS: SAFE budzi poważne wątpliwości konstytucyjne

Przewodnicząca Krajowej Rady Sądownictwa Dagmara Pawełczyk-Woicka napisała na platformie X, że program SAFE „budzi poważne wątpliwości konstytucyjne”.

Samochód wjechał w dom, 13 osób ewakuowanych z ostatniej chwili
Samochód wjechał w dom, 13 osób ewakuowanych

13 mieszkańców musiało opuścić minionej nocy budynek w Zabrzu, w który wjechał samochód, uszkadzając skrzynkę gazową. Kierowca auta został zabrany do szpitala, lokatorzy wrócili już do swoich mieszkań – podały w sobotę rano służby kryzysowe wojewody śląskiego.

Komunikat IMGW i GDDKiA. Wydano alerty z ostatniej chwili
Komunikat IMGW i GDDKiA. Wydano alerty

Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej wydał w sobotę ostrzeżenia I stopnia przed intensywnymi opadami śniegu dla pięciu województw na południu kraju. Z kolei Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad apeluje o ostrożną jazdę z powodu warunków atmosferycznych.

Dariusz Matecki: „Andrzej Domański wydał prawie 8 mln zł na promocję!” pilne
Dariusz Matecki: „Andrzej Domański wydał prawie 8 mln zł na promocję!”

„Andrzej Domański wydał prawie 8 milionów złotych na promocję! W czasach kiedy brakuje na wszystko, a kobiety są zmuszane do rodzenia na SOR!” - napisał na platformie X poseł PiS Dariusz Matecki publikując wyniki kontroli poselskiej w Ministerstwie Finansów.

Rekordowo niski poziom wody w Bałtyku Wiadomości
Rekordowo niski poziom wody w Bałtyku

Instytut Oceanologii PAN (IO PAN) poinformował, że w pierwszych tygodniach lutego br. Morze Bałtyckie doświadczyło bezprecedensowego spadku poziomu wody — średnie poziomy są obecnie blisko 67 cm poniżej normy. Głównym czynnikiem jest stały i silny wschodni wiatr, który wypycha wodę z Bałtyku przez cieśniny duńskie.

Tȟašúŋke Witkó: Poganiacze niewolników XXI wieku tylko u nas
Tȟašúŋke Witkó: Poganiacze niewolników XXI wieku

Tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1990, kiedy byłem w III klasie technikum, do mej szkoły przybył ówczesny minister pracy i polityki socjalnej, Jacek Kuroń. Oficjel wystąpił w swej charakterystycznej niebieskiej koszuli i przez cały czas spotkania miętosił w palcach niezapalonego papierosa pewnej marki, reklamowanej w tamtych latach przez kowboja, posiadacza kwadratowej szczęki i z lassem dzierżonym w dłoni.

Niespodzianka w M jak miłość. Specjalny odcinek dla widzów Wiadomości
Niespodzianka w "M jak miłość". Specjalny odcinek dla widzów

W Grabinie zrobi się gorąco w walentynki. Specjalny odcinek „M jak miłość”, który zostanie wyemitowany 14 lutego o godz. 17.20 w TVP2, przyniesie sporo emocji, zaskoczeń i niespodziewanych zwrotów akcji.

Polskie szkoły muszą zaakceptować ideologię gender. Jest wyrok sądu tylko u nas
Polskie szkoły muszą zaakceptować ideologię gender. Jest wyrok sądu

Aktywiści gender świętują od wczoraj w Polsce. W Rzeszowie zapadł bowiem prawomocny wyrok Sądu Apelacyjnego, który zmusza szkoły do uznawania "tożsamości płciowej" uczniów niezależnie od ich dokumentów. Wyrok budzi, rzecz jasna, poważne wątpliwości każdego, kto nie kupuje pomysłów o „zmianach płci”. Czy polski system oświaty ma teraz ugiąć się pod ciężarem ideologicznych trendów?

Trump: Rosja chce zawrzeć układ, Zełenski musi się ruszyć Wiadomości
Trump: Rosja chce zawrzeć układ, Zełenski musi się ruszyć

Rosja chce zawrzeć układ, a prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski musi się ruszyć, bo straci wielką okazję - powiedział w piątek prezydent USA Donald Trump. Odpowiedział w ten sposób na pytanie o presję wywieraną przez administrację USA na władze Ukrainy.

REKLAMA

Dziwni idole młodej prawicy

Jeszcze niedawno stwierdzenie, że przedstawiciele „władzy ludowej” zostaną wskrzeszeni w świadomości młodego pokolenia jako polityczne gwiazdy, brzmiałoby jak scenariusz komedii surrealistycznej. Tymczasem dzieje się to na naszych oczach i – co najgorsze – jest usprawiedliwiane przez internetowe autorytety, których słowa znaczą dla młodzieży więcej niż historia walki peerelowskich dysydentów.
/ screen YouTube

Co musisz wiedzieć:

  • Leszek Miller stał się idolem młodej prawicy za sprawą swojej krytyki władz Ukrainy w stosunkach z Polską
  • Kult peerelowskich idoli – będących ucieleśnieniem lokajstwa wobec Moskwy są zjawiskiem groźnym, bo wprowadzającym chaos do doktryny prawicowej i konserwatywnej
  • Dopóki kult idoli PRL-u będzie skutecznym narzędziem do prowokowania starszego pokolenia, dopóty będzie wciąż odtwarzany i powielany.

Szerokim echem odbiła się kolejna odsłona „piwa z Mentzenem”, na którym niemal jak celebryta został przyjęty Leszek Miller. Publiczność (w znacznej części młodzi wyborcy Konfederacji) wiwatowała, gdy Miller mówił o Żydach rządzących światem i zagrożeniu płynącym ze strony ukraińskiej. Dla pokolenia wychowanego w opozycji antykomunistycznej lub choćby pamiętającego czasy quasi-kryminalnych rządów SLD, było to widowisko nie do zniesienia; dla młodych zaś – znakomita zabawa, bo przecież im większe zgorszenie „starych dziadów”, tym większa frajda. W efekcie w konfederackich mediach społecznościowych rozlała się wręcz apologia rządów Millera – czasów złotej wolności biznesu, kontrastujących z zamordystycznym reżimem Mateusza Morawieckiego. Wielu obserwatorów przecierało oczy ze zdumienia, ale jeśli spojrzeć szerzej, to wcale nie jest precedens – raczej kolejny etap dłuższego procesu.

Niepoprawność ponad wszystko

 

Przyczyn tej osobliwej „rehabilitacji” Millera przez tzw. konserwatywnych liberałów jest kilka. Pierwsza to przekonanie, że był on twórcą najbardziej wolnorynkowych rządów w III RP. Na pierwszy rzut oka istnieją pozory słuszności takich twierdzeń: jego gabinet wprowadził reformę finansów publicznych, zredukował wsparcie społeczne (również dla samotnych matek) i zlikwidował dotacje, np. dla barów mlecznych. Dla mentzenowskiej „prawicy bitcoinowej” to dowód na to, że Miller był politykiem prorynkowym i kryptowolnościowym. W tym obrazie pomija się jednak fakt, że jego rząd słynął z gigantycznej rozbudowy administracji i elefantyzacji prawa (zwanego też „biegunką legislacyjną”) – co w oczach prawdziwych libertarian i zwolenników deregulacji powinno być grzechem śmiertelnym.

Drugim powodem jest kwestia poprawności politycznej. Miller – dziś stały komentator telewizyjny – chętnie atakuje „woke” i Ukrainę, dzięki czemu wydaje się antyestablishmentowy, a to zawsze imponuje młodzieży. Młodzi prawicowcy, utożsamiający poprawność polityczną z ideologicznym kagańcem, chętnie przyjmują go więc do grona orędowników sprawy wolnościowej, nie zauważając, że przez większą część życia Miller popierał wszelkie zamordyzmy – w Polsce i za granicą. Na ironię zakrawa fakt, że jeszcze w 2024 roku były premier publicznie opowiadał się za pogłębianiem integracji europejskiej, włącznie z federalizacją UE, co stoi w jawnej sprzeczności z hasłami Konfederacji o suwerenności i podmiotowości Polski. A jednak – jeśli PiS próbuje „bić w Mentzena”, przypominając jego spotkania z Millerem, to fani lidera Nowej Nadziei reagują na przekór: bronią Millera, relatywizując jego winy lub twierdząc, że „inni premierzy byli gorsi”, w myśl zasady „na złość babci odmrożę sobie uszy”. Nie ma sensu mieć o to pretensji do dwudziestolatków, którzy znają Millera głównie z memów i telewizyjnych wypowiedzi. Można jednak oczekiwać większej odpowiedzialności od liderów Konfederacji, którzy w imię doraźnej gry politycznej deformują konserwatywną perspektywę na najnowszą historię polityczną, przez windowanie człowieka, którego życiorys jest zaprzeczeniem ich własnych haseł.

Miller – dziś stały komentator telewizyjny – chętnie atakuje „woke” i Ukrainę, dzięki czemu wydaje się antyestablishmentowy, a to zawsze imponuje młodzieży.

Sukces w kolorze czerwonym

 

Drugim – obok Millera – symbolem łamania poprawności politycznej stał się Jerzy Urban, który u schyłku życia całkiem nieźle odnalazł się w epoce mediów społecznościowych. W krótkich filmikach i medialnych wypowiedziach prezentował się jako błyskotliwy, złośliwy kontestator. I trzeba przyznać, że inteligencji i ciętego języka mu nie brakowało. Dla młodych jego przeszłość była mało istotna, a im częściej przypominano o jego propagandowej roli w latach 80., tym bardziej traktowali to jak nudną umoralniającą pogadankę. W ich oczach Urban stawał się więc nie „oprawcą z przeszłości”, lecz ironicznym komentatorem rzeczywistości, który drwił z „politycznej poprawności” i „świętych krów”. Efekt buntu działał tym mocniej, im głośniej starsze pokolenie się oburzało. Nie bez znaczenia było też epatowanie bogactwem. Urban chętnie pokazywał swoją willę, jaguara i występował z cygarem, co dla części młodzieży wychowanej już w realiach kapitalizmu stanowiło dowód jego sukcesu i siły przebicia. W końcu, w narracji współczesnych liberałów, majątek to najlepszy dowód na inteligencję i życiową zaradność, pozwalajacą patrzeć z pogardą na rzeszę „leni” i „pasożytów”. Niestety, prawica nigdy nie wystawiła przeciw Urbanowi adwersarza o podobnym formacie. Do historii internetowych memów minionej dekady przeszedł program, w którym Urban dosłownie „przechadzał się” po Arturze Zawiszy, wypadajacym sztywno, nudno i dużo bardziej „staroświecko” niż Urban, choć to właśnie narodowiec był w tym duecie młodszy o całe pokolenie.

Kolejną postacią wyniesioną na piedestał przez młodą prawicę był Mieczysław Wilczek – minister przemysłu w schyłkowym okresie PRL, autor słynnej „ustawy Wilczka”, która wprowadziła zasadę: „Co nie jest zakazane, jest dozwolone”. Dla młodych akolitów Janusza Korwin-Mikkego to niemal święty patron wolności gospodarczej w Polsce – twórca „jedynie prawdziwej reformy wolnościowej”. Oczywiście w tym obrazie pomija się kluczowy fakt: ustawa Wilczka powstała przede wszystkim po to, aby umożliwić nomenklaturze miękkie lądowanie w nowym ustroju. To dzięki niej partyjni dyrektorzy i oficerowie służb mogli gromadzić prywatne fortuny i zmieniać Polskę w swój prowadzony z ukrycia folwark. W III RP to oni mieli lepszy punkt startowy i znacznie większe możliwości rozwoju niż zwykli obywatele. Dla młodych libertarian te „szczegóły” są niewygodne – bo podważają ich narrację o cudownej sile leseferyzmu, który miał być panaceum na wszystkie problemy świata. W tej wizji wolny rynek jawi się jako neutralna, sprawiedliwa siła, a nie jako narzędzie w rękach ludzi, którzy już w 1989 roku mieli przewagę polityczną i kapitałową.

Noc żywych trupów

 

Nie tylko „prawica wolnościowa” kształtuje wyobraźnię młodych. Swoje pięć minut mają także pogrobowcy tzw. endokomuny, dla których obecna sytuacja polityczna okazała się nowym „okienkiem możliwości”. Wzmożona niechęć do Żydów do zachodniej inżynierii kulturowej i globalnej homogenizacji (tzw. globohomo) sprawiła, że część młodych zaczęła się zastanawiać, czy aby na pewno rosyjska strefa wpływów jest czymś gorszym od Zachodu. Może – jak twierdzą – to tylko „dogmatyczne uprzedzenia”, „smęcenie starców ze styropianu” i rusofobiczny „instynkt stadny”? Ta mieszanka – niechęć do Zachodu (zwłaszcza USA), fiksum dyrdum na punkcie Żydów, sceptycyzm wobec współczesnego Kościoła katolickiego połączony z narodowym radykalizmem – znajduje dziś ujście w fascynacji postaciami takimi jak Bolesław Piasecki, Mieczysław Moczar czy Władysław Gomułka. Renesans ich popularności wśród młodej prawicy opiera się na powierzchownych podobieństwach ideowych, wypreparowanych z kontekstu epoki i sprowadzonych do prostego wskazywania wrogów.

Jeśli dziś przeraża nas globalna homogenizacja kulturowa, to realny socjalizm Gomułki czy Bieruta był jeszcze bardziej duszny i jednolity.

 

Problem w tym, że żaden z młodych admiratorów tych postaci nie chciałby żyć w czasach, gdy panowie ci święcili triumfy. I to nie tylko z powodu braku smartfonów i Netfliksa. Współtworzona przez nich epoka była światem szarości, ideologicznej uniformizacji i wojskowo-pracowniczego drylu, który próbował zdławić każdą odmienność. Jeśli dziś przeraża nas globalna homogenizacja kulturowa – co jest zrozumiałe – to realny socjalizm Gomułki czy Bieruta był jeszcze bardziej duszny i jednolity. Tam kreatywność i wszelkie przejawy niepoprawnej spontaniczności były nie tylko ograniczane, ale karane surowiej niż ban na platformach społecznościowych czy groźby pozwu za „mowę nienawiści”.

Nie da się jednak ukryć, że biografie Piaseckiego, Moczara i Gomułki mają w sobie pewien magnetyzm. Ich życiorysy są dramatyczne, pełne zwrotów akcji, a to zawsze przyciąga uwagę. To zresztą mechanizm podobny do fascynacji mrocznymi postaciami kontrkultury – Charlesem Mansonem czy Jimem Jonesem. Nuda jest największym wrogiem młodej wyobraźni, a ci ludzie – jakkolwiek straszne były ich czyny – na pewno nie byli stereotypowi. Nic więc dziwnego, że kiedy publicystyczny „belfer” z poważną miną tłumaczy, dlaczego „czerwone zombie” powinni budzić odrazę, przegrywa w pojedynku na oryginalność.

Kult peerelowskich idoli – będących ucieleśnieniem lokajstwa wobec Moskwy, prymitywnego zamordyzmu i „czerwonej burżuazji”– są zjawiskiem groźnym, bo wprowadzającym chaos do doktryny prawicowej i konserwatywnej. Jest to reakcja na poprawność polityczną, ale reakcja wyjątkowo nietrafna, bo sięgająca po coś jeszcze gorszego niż samo zjawisko, z którym się walczy. Dopóki ten kult będzie skutecznym narzędziem do prowokowania starszego pokolenia i wywoływania oburzenia, dopóty będzie wciąż odtwarzany i powielany.

Rekomendacja w leczeniu tej choroby, może być jedna: potraktowanie jej poważnie, ale ze stoickim spokojem – bez moralnej piany na ustach, której oczekuje młody ideologiczny „prankster”. Najlepiej mogą to zrobić nieszablonowi popularyzatorzy historii najnowszej, którzy nie zanudzą odbiorcy, ale pokażą, że PRL nie był ani romantycznym snem o silnym państwie, ani krainą pełnej suwerenności, lecz światem, który odbierał ludziom nie tylko wolność polityczną, ale i zwykłą radość życia.



 

Polecane