J.D. Vance obnażył prawdziwe oblicze europejskich liderów

Przywódcy Unii Europejskiej wpadli w panikę. Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych krótkim przemówieniem starł w pył mozolnie budowaną przez nich ideologię nowego modelu demokracji. Pokazał, że w rzeczywistości tworzą tyranię, która tylko pozornie różni się od chińskiej czy rosyjskiej.
Wiceprezydent USA J.D. Vance
Wiceprezydent USA J.D. Vance / Wikipedia CC BY-SA 2.0 / Gage Skidmore

Jeszcze pół roku to, co wydarzyło się na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, było nie do pomyślenia. Młody republikanin J.D. Vance, polityk o poglądach, które w Europie zostałyby uznane za ekstremistyczne, fundamentalne, skrajnie prawicowe lub wprost faszystowskie, a więc uniemożliwiałyby mu wstęp na salony i skazywałyby na izolowanie przez unijny mainstream kordonem sanitarnym, staje śmiało i z pewnością siebie mówi, że europejska demokracja jest chora i pozbawiona wartości, bo politycy boją się swoich obywateli i starają się ich uciszyć za pomocą cenzury oraz blokowania dostępu do władzy wybranym w demokratycznych wyborach partiom, które reprezentują poglądy niewygodne dla establishmentu. 

Nie dość, że wiceprezydent Stanów Zjednoczonych przemawia bez żadnych kompleksów, to jeszcze z poczuciem moralnej wyższości – jako niedawno nawrócony katolik – przywołuje słowa Jana Pawła II („nie lękajcie się”) i z pewnością siebie zarzuca europejskim elitom nihilizm. Pokazuje, że ludzie, którzy jeszcze niedawno obalili komunizm, teraz sami tworzą nowy rodzaj totalitaryzmu. Polega on nie tylko na ograniczaniu wolności słowa, ale także ściganiu politycznych przeciwników, kontrolowaniu każdej dziedziny życia, kwestionowaniu wartości, które stworzyły Unię Europejską. 

Nie trzeba było długo czekać, aż unijne elity wpadną w stan rozedrgania i gniewu. Emmanuel Macron naprędce zwołał szczyt największych państw europejskich. Pozornie, by przygotować odpowiedzieć na rozpoczęcie przez Amerykanów negocjacji w sprawie zawarcia pokoju na Ukrainie, ale przecież powód był głębszy – odeprzeć konserwatywną rewolucję, która nadciąga zza oceanu. Pokazać, że państwa Starego Kontynentu mają jeszcze moc sprawczą i zdołają się przeciwstawić potędze Ameryki. Zarówno w sferze politycznej, jak i ekonomicznej i ideologicznej. 

Antyrosyjska hipokryzja 

Politycy z Niemiec, Francji, Holandii czy Polski prześcigają się w zapewnieniach, że nie wolno negocjować z Putinem nad głowami Ukrainy. Tyle tylko że wielogodzinne rozmowy z rosyjskim dyktatorem prowadzili wcześniej Olaf Scholz i Emmanuel Macron, a do Moskwy pojechał szef unijnej dyplomacji Josep Borrell. Nie mieli jednak ani mocy sprawczej, ani umiejętności dyplomatycznych, ani nie reprezentowali na tyle dużej siły gospodarczej oraz militarnej, by zmusić Władimira Putina do poważnych negocjacji. Narażali się na śmieszność w UE oraz poniżenia ze strony zasiadającego na Kremlu czekisty. 

Podtrzymywanie Ukrainy przy życiu i tak w większym stopniu spadało na barki amerykańskie niż europejskie, a w Niemczech miesiącami ciągnie się dyskusja o tym, czy wyprodukowana w tym kraju broń może być użyta do atakowania celów w Rosji. Berlin od początku konfliktu robi wszystko, by zanadto nie drażnić agresora. Są dwa główne powody takiej asekuranckiej polityki. Pierwszy to zachowanie możliwości szybkiej odbudowy dobrych relacji gospodarczych z Moskwą po zakończeniu wojny. Drugi ma podłoże wewnętrzne – na terenie Republiki Federalnej mieszka kilka milionów repatriantów z byłego Związku Sowieckiego, którzy sympatyzują ze „starym krajem” i ciągle są pod ogromnym wpływem kremlowskiej propagandy. Ich głosy są bardzo cenne. 

Dla znacznej części niemieckiego społeczeństwa Rosja nie jest więc wrogiem, a raczej państwem poszkodowanym, potraktowanym niesprawiedliwie przez Zachód. To właśnie Amerykę i Unię Europejską obarczają winą za sprowokowanie konfliktu, gdyż mamiły Ukrainę mrzonkami o wejściu do UE i NATO. 

Strategiczna autonomia 

Dla Francji wojna rosyjsko-ukraińska jest okazją do forsowania swojej idei „strategicznej autonomii”, czyli uniezależnienia się Europy od wpływów USA. Zanim dojdzie do rozmowy prezydenta Donalda Trumpa z Władimirem Putinem, Paryż zamierza udowodnić, że jest zdolny do przejęcia inicjatywy w sprawie zawarcia pokoju z udziałem Ukraińców. To oczywiście skrajna obłuda, gdyż projektowany przez Francuzów nowy model bezpieczeństwa w Europie ma opierać się właśnie na partnerskich relacjach z Rosją, co wzmacniałoby znaczenie Paryża i jego prestiż. Nie chodzi tu więc o respektowanie interesów Kijowa, ale przede wszystkim o stworzenie nowego porozumienia z Moskwą, które podzieliłoby Europę Środkową na strefy wpływów. Francja stałaby się wówczas jednym z kluczowych graczy. 

Fiasko konferencji paryskiej, na którą Ukraińców też zresztą nie zaproszono, świadczy jednak o tym, że na dziś nikt na poważnie nie bierze przywódczej roli Francuzów. Nawet jeśli deklarują wysłanie kilku tysięcy żołnierzy jako komponent sił rozjemczych, to przecież ryzyko wciągnięcia tego kraju w konflikt jest dużo mniejsze niż na przykład w przypadku Polski. 

Nowy układ 

Z całej tej francusko-niemieckiej konstrukcji wyziera wizja przewartościowania dotychczasowych sojuszy, gdyż w obecnym układzie oba te państwa będą skazane na dalszą, powolną marginalizację. Technologiczną, ekonomiczną i militarną, a co za tym idzie – także polityczną. 

Paradoks polega na tym, że dwóm największym krajom Unii Europejskiej do odbudowania wielkości potrzebny jest silny sojusznik, który zapewniłby dopływ tanich surowców i nowoczesnych gałęzi przemysłu. Rolę tę mogą spełniać USA albo Chiny z Rosją. Niechęć do Ameryki w Belinie i Paryżu narastała od dziesięcioleci, a monachijskie wystąpienie J.D. Vance’a tylko ją spotęgowało. Państwa te nie zamierzają schodzić ze swojej drogi budowania tęczowo-ekologicznej tyranii, gdyż w ten sposób są w stanie panować nad wyborcami i mniejszymi członkami UE. 

Rezygnacja z prowadzonej od dziesięcioleci inżynierii społecznej, której efektem jest przewartościowanie pojęć „tolerancja”, „wolność słowa”, wolność jednostki”, „praworządność”, „demokracja”, oznaczałoby wyrzeczenie się skutecznych narzędzi rządzenia i manipulowania społeczeństwami. Dzięki nim są dziś hegemonami UE. Problem w tym, że Wspólnota jako całość straciła pierwszorzędne znaczenie i zmienia się w zacofany, choć majętny jeszcze zaścianek. 

Bliżej totalitaryzmu 

Jeśli więc Unia Europejska pod wodzą Niemiec i Francji pragnie jeszcze odrywać znaczącą rolę na mapie gospodarczej, musi postawić na Chiny (i Rosję) lub USA. Doświadczenia ostatnich dziesięcioleci pokazują, że większe korzyści przynosiła gospodarce europejskiej – zwłaszcza niemieckiej – współpraca w państwami totalitarnymi. Sukces zapewniły wszak tanie surowce z Rosji i tania produkcja w chińskich fabrykach. Jednocześnie państwa UE nie musiały wydawać setek miliardów euro na własne armie, bo parasol ochronny zapewniały Stany Zjednoczone. 

Teraz, gdy USA mówią, że dość jazdy na gapę w kwestii bezpieczeństwa, cały system się wali. Armie mają być przecież budowane przeciw zagrożeniu ze strony Rosji, co ma prowadzić do konsolidacji Zachodu, a na dodatek prezydent Trump rozpoczął już wojnę handlową z Chinami.

Tymczasem to właśnie firmy z tego azjatyckiego kraju są często ostatnią nadzieją na ratowanie niemieckich koncernów. Reuter podał niedawno, że chińskie firmy motoryzacyjne są zainteresowane kupnem upadających fabryk Volkswagena w Niemczech. Władze w Berlinie nie mówią „nie”, a związki zawodowe byłyby zachwycone takim rozwiązaniem, gdyż uratowałoby to tysiące miejsc pracy. 

Zjawisko to dotyczy zresztą całej branży maszynowej oraz „zielonej”. Chińczycy już dawno wyparli lub przejęli niemieckie firmy produkujące panele fotowoltaiczne. Gdy Amerykanie mówią przywróćcie demokrację, Chiny i Rosja oferują pomoc w przywróceniu dawnego modelu gospodarczego, który przyniósł dobrobyt. 

Choć to oczywiście złudne, bo w rzeczywistości oznacza dalsze popadanie w uzależnienia od tych dwóch państw, to jednak politycy myślą raczej w perspektywie najbliższych wyborów. A tu Chiny i Rosja mogą zapewnić utrzymanie status quo, Amerykanie zaś domagają się daleko idących zmian wolnościowych, które oznaczają wielkie tąpnięcia na scenie politycznej. 

Wspólnota idei 

Oburzenie, które w europejskim establishmencie wywołały słowa J.D. Vance’a, pokazują, że mentalnie elitom Unii Europejska bliżej do państw zamordystycznych. Może unijni liderzy nie chcą tworzyć rosyjskich łagrów czy chińskich laogai, ale wsadzanie do więzień przeciwników politycznych – jak w Polsce – unieważnianie niewygodnych wyników wyborów – jak w Rumunii – czy manipulowanie przy ordynacji wyborczej, by nie dopuścić do władzy prawicy – jak we Francji – jak najbardziej mieści się w ich pojęciu państwa prawa. 

Nadrzędnym celem jest utrzymanie władzy i zachowanie wpływów w obecnym kształcie. Aby było to możliwe, za wszelką cenę europejscy liderzy muszą postawić tamę konserwatywnej rewolucji. To ona, a nie Władimir Putin czy Xi Jinping stanowi realne zagrożenie, że wolne wybory zmiotą liberalne elity ze sceny. W sojuszu w państwami totalitarnymi nie trzeba przejmować się regułami demokracji, nauczaniem Jana Pawła II czy przestrzeganiem prawa. 

Na szczęście Europa nie jest w tej kwestii monolitem i nie wszyscy premierzy państw członkowskich są tak ulegli wobec Berlina i Paryża jak Donald Tusk.


 

POLECANE
Za pieniądze z SAFE sprzedamy naszą niepodległość tylko u nas
Za pieniądze z SAFE sprzedamy naszą niepodległość

W kwestii SAFE nie chodzi jedynie o horrendalną pożyczkę, którą spłacać będą przez ponad 40 lat kolejne pokolenia, ale o istnienie państwa polskiego jako samodzielnego, suwerennego podmiotu.

Iran uderzył w arabskie monarchie. Region może stworzyć nową koalicję przeciw Teheranowi tylko u nas
Iran uderzył w arabskie monarchie. Region może stworzyć nową koalicję przeciw Teheranowi

Relacje szyickiego Iranu z sunnickimi monarchiami arabskimi leżącymi po drugiej stronie Zatoki Perskiej nigdy do najlepszych nie należały. Jednak w ostatnich latach – przy mediacji Chin- doszło do pewnego resetu tych stosunków. Obecna wojna wszystko zaprzepaściła. Reżim ajatollahów walczy o życie i na ołtarzu tej walki o przetrwanie złożył relacje z Rijadem, Abu Zabi i innymi. Dlaczego podjął takie ryzyko?

Węgierski parlament odrzucił członkostwo Ukrainy w UE z ostatniej chwili
Węgierski parlament odrzucił członkostwo Ukrainy w UE

Węgierskie Zgromadzenie Narodowe przyjęło uchwałę odrzucającą członkostwo Ukrainy w UE, dalsze finansowanie wojny i wysiłki na rzecz przekształcenia Unii Europejskiej w sojusz wojskowy. Ustawa została przyjęta 142 głosami za, przy 28 głosach przeciw i 4 wstrzymujących się – poinformował na platformie X Zoltan Kovacs, rzecznik prasowy premiera Viktora Orbana.

Ekonomiści w szoku - potężny spadek w niemieckim przemyśle tylko u nas
Ekonomiści w szoku - potężny spadek w niemieckim przemyśle

W styczniu 2026 roku niemiecki przemysł doświadczył dramatycznego spadku zamówień, co zaskoczyło ekspertów i wzbudziło obawy o kondycję gospodarki. Według danych Federalnego Urzędu Statystycznego (Destatis), nowe zamówienia w sektorze przetwórczym spadły o 11,1% w porównaniu do grudnia 2025 roku.

Bogucki: Tusk chce spłacić 365 mld zł, czyli aż 180 mld zł kosztów unijnego SAFE z ostatniej chwili
Bogucki: Tusk chce spłacić 365 mld zł, czyli aż 180 mld zł kosztów unijnego SAFE

Tusk chce spłacić 365 miliardów zł, czyli aż 180 miliardów zł kosztów unijnego SAFE – napisał na platformie X szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki odnosząc się do planów Donalda Tuska zapożyczenia Polski w ramach SAFE.

Tusk chce przyjąć unijny SAFE w drodze uchwały gorące
Tusk chce przyjąć unijny SAFE w drodze uchwały

„Jeżeli pojawi się weto prezydenta, będziemy gotowi z projektem uchwały ws. SAFE” - zapowiedział premier Donald Tusk.

Kancelaria Prezydenta ujawnia ramy programu „Polski SAFE 0%” gorące
Kancelaria Prezydenta ujawnia ramy programu „Polski SAFE 0%”

Kancelaria Prezydenta przedstawiła we wtorek ramy programu „Polski SAFE 0%”.

Jeden z najwyższych urzędników Iranu grozi Trumpowi „wyeliminowaniem” z ostatniej chwili
Jeden z najwyższych urzędników Iranu grozi Trumpowi „wyeliminowaniem”

Jeden z najwyższych urzędników Iranu ostrzegł prezydenta Donalda Trumpa, aby “uważał, aby nie zostać wyeliminowanym” podczas operacji Epic Fury, amerykańskiego zaangażowania wojskowego mającego na celu zneutralizowanie najbardziej płodnego państwa terrorystycznego na świecie – poinformował portal Breitbart.

Komunikat dla mieszkańców woj. świętokrzyskiego z ostatniej chwili
Komunikat dla mieszkańców woj. świętokrzyskiego

Ostrzeżenie w województwie świętokrzyskim. Oszuści znów polują na osoby starsze metodami "na wnuczka", "na policjanta" lub "na pracownika banku".

Wypadek z udziałem minister kultury. Prokuratura chce umorzyć sprawę z ostatniej chwili
Wypadek z udziałem minister kultury. Prokuratura chce umorzyć sprawę

Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście w Warszawie skierowała w dniu 9 marca 2026 roku do Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieścia w Warszawie wniosek o warunkowe umorzenie postępowania ws. wymuszenia pierwszeństwa przejazdu przez Martę Cienkowską i potrącenia przez nią motocyklisty.

REKLAMA

J.D. Vance obnażył prawdziwe oblicze europejskich liderów

Przywódcy Unii Europejskiej wpadli w panikę. Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych krótkim przemówieniem starł w pył mozolnie budowaną przez nich ideologię nowego modelu demokracji. Pokazał, że w rzeczywistości tworzą tyranię, która tylko pozornie różni się od chińskiej czy rosyjskiej.
Wiceprezydent USA J.D. Vance
Wiceprezydent USA J.D. Vance / Wikipedia CC BY-SA 2.0 / Gage Skidmore

Jeszcze pół roku to, co wydarzyło się na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, było nie do pomyślenia. Młody republikanin J.D. Vance, polityk o poglądach, które w Europie zostałyby uznane za ekstremistyczne, fundamentalne, skrajnie prawicowe lub wprost faszystowskie, a więc uniemożliwiałyby mu wstęp na salony i skazywałyby na izolowanie przez unijny mainstream kordonem sanitarnym, staje śmiało i z pewnością siebie mówi, że europejska demokracja jest chora i pozbawiona wartości, bo politycy boją się swoich obywateli i starają się ich uciszyć za pomocą cenzury oraz blokowania dostępu do władzy wybranym w demokratycznych wyborach partiom, które reprezentują poglądy niewygodne dla establishmentu. 

Nie dość, że wiceprezydent Stanów Zjednoczonych przemawia bez żadnych kompleksów, to jeszcze z poczuciem moralnej wyższości – jako niedawno nawrócony katolik – przywołuje słowa Jana Pawła II („nie lękajcie się”) i z pewnością siebie zarzuca europejskim elitom nihilizm. Pokazuje, że ludzie, którzy jeszcze niedawno obalili komunizm, teraz sami tworzą nowy rodzaj totalitaryzmu. Polega on nie tylko na ograniczaniu wolności słowa, ale także ściganiu politycznych przeciwników, kontrolowaniu każdej dziedziny życia, kwestionowaniu wartości, które stworzyły Unię Europejską. 

Nie trzeba było długo czekać, aż unijne elity wpadną w stan rozedrgania i gniewu. Emmanuel Macron naprędce zwołał szczyt największych państw europejskich. Pozornie, by przygotować odpowiedzieć na rozpoczęcie przez Amerykanów negocjacji w sprawie zawarcia pokoju na Ukrainie, ale przecież powód był głębszy – odeprzeć konserwatywną rewolucję, która nadciąga zza oceanu. Pokazać, że państwa Starego Kontynentu mają jeszcze moc sprawczą i zdołają się przeciwstawić potędze Ameryki. Zarówno w sferze politycznej, jak i ekonomicznej i ideologicznej. 

Antyrosyjska hipokryzja 

Politycy z Niemiec, Francji, Holandii czy Polski prześcigają się w zapewnieniach, że nie wolno negocjować z Putinem nad głowami Ukrainy. Tyle tylko że wielogodzinne rozmowy z rosyjskim dyktatorem prowadzili wcześniej Olaf Scholz i Emmanuel Macron, a do Moskwy pojechał szef unijnej dyplomacji Josep Borrell. Nie mieli jednak ani mocy sprawczej, ani umiejętności dyplomatycznych, ani nie reprezentowali na tyle dużej siły gospodarczej oraz militarnej, by zmusić Władimira Putina do poważnych negocjacji. Narażali się na śmieszność w UE oraz poniżenia ze strony zasiadającego na Kremlu czekisty. 

Podtrzymywanie Ukrainy przy życiu i tak w większym stopniu spadało na barki amerykańskie niż europejskie, a w Niemczech miesiącami ciągnie się dyskusja o tym, czy wyprodukowana w tym kraju broń może być użyta do atakowania celów w Rosji. Berlin od początku konfliktu robi wszystko, by zanadto nie drażnić agresora. Są dwa główne powody takiej asekuranckiej polityki. Pierwszy to zachowanie możliwości szybkiej odbudowy dobrych relacji gospodarczych z Moskwą po zakończeniu wojny. Drugi ma podłoże wewnętrzne – na terenie Republiki Federalnej mieszka kilka milionów repatriantów z byłego Związku Sowieckiego, którzy sympatyzują ze „starym krajem” i ciągle są pod ogromnym wpływem kremlowskiej propagandy. Ich głosy są bardzo cenne. 

Dla znacznej części niemieckiego społeczeństwa Rosja nie jest więc wrogiem, a raczej państwem poszkodowanym, potraktowanym niesprawiedliwie przez Zachód. To właśnie Amerykę i Unię Europejską obarczają winą za sprowokowanie konfliktu, gdyż mamiły Ukrainę mrzonkami o wejściu do UE i NATO. 

Strategiczna autonomia 

Dla Francji wojna rosyjsko-ukraińska jest okazją do forsowania swojej idei „strategicznej autonomii”, czyli uniezależnienia się Europy od wpływów USA. Zanim dojdzie do rozmowy prezydenta Donalda Trumpa z Władimirem Putinem, Paryż zamierza udowodnić, że jest zdolny do przejęcia inicjatywy w sprawie zawarcia pokoju z udziałem Ukraińców. To oczywiście skrajna obłuda, gdyż projektowany przez Francuzów nowy model bezpieczeństwa w Europie ma opierać się właśnie na partnerskich relacjach z Rosją, co wzmacniałoby znaczenie Paryża i jego prestiż. Nie chodzi tu więc o respektowanie interesów Kijowa, ale przede wszystkim o stworzenie nowego porozumienia z Moskwą, które podzieliłoby Europę Środkową na strefy wpływów. Francja stałaby się wówczas jednym z kluczowych graczy. 

Fiasko konferencji paryskiej, na którą Ukraińców też zresztą nie zaproszono, świadczy jednak o tym, że na dziś nikt na poważnie nie bierze przywódczej roli Francuzów. Nawet jeśli deklarują wysłanie kilku tysięcy żołnierzy jako komponent sił rozjemczych, to przecież ryzyko wciągnięcia tego kraju w konflikt jest dużo mniejsze niż na przykład w przypadku Polski. 

Nowy układ 

Z całej tej francusko-niemieckiej konstrukcji wyziera wizja przewartościowania dotychczasowych sojuszy, gdyż w obecnym układzie oba te państwa będą skazane na dalszą, powolną marginalizację. Technologiczną, ekonomiczną i militarną, a co za tym idzie – także polityczną. 

Paradoks polega na tym, że dwóm największym krajom Unii Europejskiej do odbudowania wielkości potrzebny jest silny sojusznik, który zapewniłby dopływ tanich surowców i nowoczesnych gałęzi przemysłu. Rolę tę mogą spełniać USA albo Chiny z Rosją. Niechęć do Ameryki w Belinie i Paryżu narastała od dziesięcioleci, a monachijskie wystąpienie J.D. Vance’a tylko ją spotęgowało. Państwa te nie zamierzają schodzić ze swojej drogi budowania tęczowo-ekologicznej tyranii, gdyż w ten sposób są w stanie panować nad wyborcami i mniejszymi członkami UE. 

Rezygnacja z prowadzonej od dziesięcioleci inżynierii społecznej, której efektem jest przewartościowanie pojęć „tolerancja”, „wolność słowa”, wolność jednostki”, „praworządność”, „demokracja”, oznaczałoby wyrzeczenie się skutecznych narzędzi rządzenia i manipulowania społeczeństwami. Dzięki nim są dziś hegemonami UE. Problem w tym, że Wspólnota jako całość straciła pierwszorzędne znaczenie i zmienia się w zacofany, choć majętny jeszcze zaścianek. 

Bliżej totalitaryzmu 

Jeśli więc Unia Europejska pod wodzą Niemiec i Francji pragnie jeszcze odrywać znaczącą rolę na mapie gospodarczej, musi postawić na Chiny (i Rosję) lub USA. Doświadczenia ostatnich dziesięcioleci pokazują, że większe korzyści przynosiła gospodarce europejskiej – zwłaszcza niemieckiej – współpraca w państwami totalitarnymi. Sukces zapewniły wszak tanie surowce z Rosji i tania produkcja w chińskich fabrykach. Jednocześnie państwa UE nie musiały wydawać setek miliardów euro na własne armie, bo parasol ochronny zapewniały Stany Zjednoczone. 

Teraz, gdy USA mówią, że dość jazdy na gapę w kwestii bezpieczeństwa, cały system się wali. Armie mają być przecież budowane przeciw zagrożeniu ze strony Rosji, co ma prowadzić do konsolidacji Zachodu, a na dodatek prezydent Trump rozpoczął już wojnę handlową z Chinami.

Tymczasem to właśnie firmy z tego azjatyckiego kraju są często ostatnią nadzieją na ratowanie niemieckich koncernów. Reuter podał niedawno, że chińskie firmy motoryzacyjne są zainteresowane kupnem upadających fabryk Volkswagena w Niemczech. Władze w Berlinie nie mówią „nie”, a związki zawodowe byłyby zachwycone takim rozwiązaniem, gdyż uratowałoby to tysiące miejsc pracy. 

Zjawisko to dotyczy zresztą całej branży maszynowej oraz „zielonej”. Chińczycy już dawno wyparli lub przejęli niemieckie firmy produkujące panele fotowoltaiczne. Gdy Amerykanie mówią przywróćcie demokrację, Chiny i Rosja oferują pomoc w przywróceniu dawnego modelu gospodarczego, który przyniósł dobrobyt. 

Choć to oczywiście złudne, bo w rzeczywistości oznacza dalsze popadanie w uzależnienia od tych dwóch państw, to jednak politycy myślą raczej w perspektywie najbliższych wyborów. A tu Chiny i Rosja mogą zapewnić utrzymanie status quo, Amerykanie zaś domagają się daleko idących zmian wolnościowych, które oznaczają wielkie tąpnięcia na scenie politycznej. 

Wspólnota idei 

Oburzenie, które w europejskim establishmencie wywołały słowa J.D. Vance’a, pokazują, że mentalnie elitom Unii Europejska bliżej do państw zamordystycznych. Może unijni liderzy nie chcą tworzyć rosyjskich łagrów czy chińskich laogai, ale wsadzanie do więzień przeciwników politycznych – jak w Polsce – unieważnianie niewygodnych wyników wyborów – jak w Rumunii – czy manipulowanie przy ordynacji wyborczej, by nie dopuścić do władzy prawicy – jak we Francji – jak najbardziej mieści się w ich pojęciu państwa prawa. 

Nadrzędnym celem jest utrzymanie władzy i zachowanie wpływów w obecnym kształcie. Aby było to możliwe, za wszelką cenę europejscy liderzy muszą postawić tamę konserwatywnej rewolucji. To ona, a nie Władimir Putin czy Xi Jinping stanowi realne zagrożenie, że wolne wybory zmiotą liberalne elity ze sceny. W sojuszu w państwami totalitarnymi nie trzeba przejmować się regułami demokracji, nauczaniem Jana Pawła II czy przestrzeganiem prawa. 

Na szczęście Europa nie jest w tej kwestii monolitem i nie wszyscy premierzy państw członkowskich są tak ulegli wobec Berlina i Paryża jak Donald Tusk.



 

Polecane