Zdzisław Krasnodębski: Wiele można zrozumieć, studiując poglądy przeciwne

- Zdaniem autora Polacy żyją polityką bardziej jako widowiskiem niż jako przestrzenią realnej, rzeczowej debaty, co sprzyja powierzchowności i polaryzacji.
- Dotyczy to zarówno lewej, jak i prawej strony sceny politycznej.
- Autor zaznacza, że zrozumienie cudzych poglądów nie oznacza ich usprawiedliwienia ani wybaczenia, lecz jest konieczne, by świadomie się z nimi nie zgadzać.
Jak zły szeląg
To zainteresowanie wynika także stąd, że na polityce znać się nie trzeba, można mieć poglądy, nie mając nawet elementarnej wiedzy. W Polsce polityka to również jedna z najłatwiejszych dróg kariery. Bez żadnej wiedzy czy kompetencji można dojść na ministerialne szczyty. Tupet, krwiste poglądy i życiowa obrotność najzupełniej wystarczają. Nasz parlament to w dużej mierze gabinet osobliwości, pełen osobników i osobniczek, których pokazywanie przynosi spore dochody prezentującym ich skwapliwie mediom.
Polityka wypełnia dość szczelnie polską przestrzeń publiczną. Jest niemal wszędzie, trudno od niej uciec. Infotainment to niewątpliwe najbujniej rozwijająca się branża polskiego przemysłu rozrywkowego i bardziej rozrywkowa niż to, co prezentują tzw. kabarety czy teatry komediowe. To, że Polacy pasjonują się polityką jako widowiskiem, nie znaczy, że Polacy rozmawiają ze sobą o kwestiach, co do których musimy podjąć zbiorową decyzję jako naród. Nasze życie polityczne nie ma nic wspólnego z modelem „demokracji deliberatywnej”, z idealistycznym naciskiem na rolę debaty. W przestrzeni publicznej, zwłaszcza w internecie, krajowe „deliberacje” to najczęściej wyzwiska i ponury bełkot nasycony wulgarnymi słowami, który maskuje impotencję intelektualną i zapewne fizyczną (co pokazują niepokojące dane dotyczące stanu zdrowia Polaków i wypowiedzi seksuologów). Pewną nadzieję na zmianę na lepsze budzą jednak nowe formaty – dłuższe rozmowy analityczne, wnikliwe, spokojne wywiady, komentarze prawdziwych ekspertów.
Jeśli już Polacy rozmawiają ze sobą o polityce poza mediami, to w gronie osób o mniej więcej tych samym poglądach. Chęć bezpośredniej wymiany argumentów ze stroną przeciwną zamiera. Tak, jakbyśmy już sobie wszystko powiedzieli – znamy się jak zły szeląg i szkoda tracić czasu na daremną próbę przekonywania się nawzajem. Odmowa rozmowy i zrozumienia to przede wszystkim cecha naszych „lewicowych liberałów”. Gdzie te czasy, kiedy np. Fundacja Batorego zapraszała do poważnej dyskusji osoby o zupełnie innych poglądach niż te, które preferuje George Soros, a „Gazeta Wyborcza” powoływała się na przypisywane Wolterowi słowa:
„Nie zgadzam się z tym, co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć”.
Już wtedy stosowano tę frazę głównie w odniesieniu do dawnych komunistów, by obronić ich przed lustracją. W stosunku do „pisowców” i wszystkich, którzy „zhańbili się” współpracą z nimi, obowiązuje inna zasada:
„Nie interesuje mnie, co mówisz, ale użyję wszelkich środków, abyś nie miał tej możliwości”. Zwolennicy „walczącej demokracji”
mają w swoim przekonaniu monopol na demokrację i przyrodzony przywilej posiadania władzy w Polsce; swoich konkurentów definiują i traktują jako wrogów demokracji, „Zachodu”, „Europy”, których należy zwalczać, a nie z nimi dyskutować.
Ale także my, prawa strona, mamy skłonność do jaskrawych ocen, zamykania debaty jedną definitywną formułą, bez podjęcia trudu głębszego zrozumienia, zmierzenia się z realnymi, a nie wymyślonymi poglądami innych. W oceniających skrótach zawiera się prawda, a ostra, krytyczna oceny bywa słuszna. Jest także potrzebna. Każde poznanie to redukcja złożoności. Ale gdy zapominamy o tej złożoności, redukcja staje się nadmierna, grozi prymitywizmem, i choć pozwala działać energicznie, gdyż silnie motywuje i mobilizuje, to jest to często działanie na oślep.
Strach przed zrozumieniem
Tymczasem wiele można zrozumieć, studiując poglądy przeciwne, przechodząc z logiki walki do logiki rozumienia. Zamiast „załatwiania” jedną frazą, warto poświęcić trochę czasu na bardziej dogłębną analizę. Zmarły niedawno niemiecki filozofii Jürgen Habermas stworzył koncepcję rozumu komunikacyjnego, opartą na prostej intuicji, że jeśli zaczynamy rozmawiać, to musimy zakładać, że w pewnych okolicznościach możemy kogoś racjonalnie przekonać – nie zmanipulować, nie zastraszyć, nie zakrzyczeć, lecz przekonać. Nie każda rozmowa kończy się porozumieniem i najczęściej (wbrew temu, co twierdził Habermas) nie ma na celu porozumienia, ale przynajmniej może prowadzić do lepszego zrozumienia – zrozumienia, dlaczego z kimś się nie zgadzamy i dlaczego ktoś z nami się nie zgadza. Pamiętam przed laty pewną dyskusję, w której ktoś wstał i stwierdził kategorycznie i uroczyście: „Nie mogę się z panem zgodzić”. Znając jego poglądy i biografię, niczego innego nie oczekiwałem i byłbym zaniepokojony, gdyby on właśnie się ze mną zgodził. Ale przynajmniej sobie uświadomiliśmy, na czym polegają różnice między nami.
Odmowa rozmowy to nie tylko ignorowanie czy milczenie, lecz także świadome podsuwanie oponentom motywów i poglądów, których nie mają. Walczy się wtedy z przeciwnikiem, któremu przypisuje się wyimaginowane przekonania. Czasami można odnieść wrażenia, że odmowa podjęcia wysiłku zrozumienia czyichś poglądów czy działań wynika z obawy, że zrozumienie może niejako automatycznie je usprawiedliwić. Lepiej nie rozumieć, by przynajmniej po części nie usprawiedliwiać tych, których usprawiedliwiać nie chcemy.
Czy rzeczywiście zrozumienie czyichś motywów i kontekstu działania prowadzi do wybaczenia, czy słuszne jest francuskie przysłowie:
„Tout comprendre, c’est tout pardonner” [Zrozumieć wszystko to znaczy wszystko wybaczyć – przyp. red.].
Myślę, że rację ma bohater noweli Tomasza Manna Tonio Kröger, który zastanawiając się nad tym, czy poznanie może prowadzić do wybaczenia, dodawał, że istnieje również obrzydzenie do poznania. Rzeczywiście nieustanne grzebanie w psychice tych, którzy popełniali czyny podłe, niegodne, a nawet zbrodnie (w czym celują Niemcy i Rosjanie), może budzić obrzydzenie, bo przeradza się w żebranie o zrozumienie albo w domaganie się wybaczenia. Nie, zrozumienie nie musi prowadzić do usprawiedliwienia, a cóż dopiero do wybaczenia.
Francuski filozof Vladimir Jankélévitch w swojej książce „Wybaczenie”, odróżniając wybaczenie od – zawsze tylko częściowego – usprawiedliwienia i od wyrozumiałości, słusznie podkreślał, że jest ono czymś, czego nie można ani nakazać, ani przewidzieć, że jest ono aktem dobrowolnej łaski:
„Traktując wybaczenie jako konkluzję, zlikwidowalibyśmy wolność wybaczenia, a wraz z tą wolnością usunęlibyśmy przypadkowe zdarzenie i miłosierną darmowość. Tak jak wola przestaje chcieć, jeśli może pragnąć tylko Dobra, jeśli pragnie Dobra ze względu na naturę i z mocy praw fizyki, tak samo wybaczenie przestaje „wybaczać”, jeśli wynika z pojmowania, tak jak wydzielanie soków żołądkowych wynika z pochłonięcia jedzenia. Dobro jest bowiem tym, czego możemy nie chcieć. Tak samo wybaczenie jest tym, czego możemy odmówić”.
[Tytuł, śródtytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Oskarżam Terlikowskiego

Polityczne przesilenie w Polsce. Koniec ciszy przed burzą

Karol Gac: Wielki bój Orbána

Magdalena Okraska: W kulturze nadmiaru

Rafał Woś: Rządzą nami ludzie pozbawieni ekonomicznej wyobraźni






