Szukaj
Konto

"Jednooki wśród ślepców". Tuska ratuje tylko słabość koalicjantów

09.04.2026 17:53
"Jednooki wśród ślepców". Tuska ratuje tylko słabość koalicjantów
Źródło: Fotoserwis PAP | Autor: Piotr Nowak | Licencja: Fotoserwis PAP | Donald Tusk
Komentarzy: 0
Polityczna siła Donalda Tuska to w dużej mierze pochodna słabości jego koalicjantów. Czy jednak ta słabość to na pewno dobra wiadomość dla politycznego obozu premiera?
Co musisz wiedzieć:
  • Zdaniem autora polityczna siła Donalda Tuska wynika głównie ze słabości jego koalicjantów, którzy nie potrafią zbudować własnej wyraźnej tożsamości ani niezależności wobec lidera KO.
  • Zauważa on, że partie współtworzące rząd tracą polityczną podmiotowość, redukując się do roli słabszych partnerów lub narzędzi w koalicji.
  • Choć notowania rządu spadają, względna stabilność pozycji Tuska w elektoracie wynika z braku silnych alternatywnych liderów w jego obozie, co czyni go „jednookim wśród ślepców”.

Gdzie trzech jest słabych, tam czwarty korzysta

Gdy w mediach toczyła się dyskusja na temat działalności Romana Giertycha po publikacjach Wirtualnej Polski dotyczących jego współpracy z Getin Noble Bankiem oraz udziału kancelarii w sabotowaniu i opóźnianiu procesów z frankowiczami, premier Donald Tusk skomentował sprawę w sposób szokujący:

– Nie zajmuję się praktyką adwokacką pana Romana Giertycha. Niech on się sam tłumaczy ze swoich zawodowych dokonań, czy różnych tych okoliczności. To mnie nie interesuje. Mnie interesuje zachowanie pana Romana Giertycha jako posła.

Taka arogancja, połączona z brakiem elementarnej empatii premiera wobec sprawy, która uderza głównie w elektorat Koalicji Obywatelskiej, może się wydawać zaskakująca. Czyżby Donald Tusk aż tak bardzo czuł się pewny swojej silnej pozycji w tym elektoracie, że uważa, iż może sobie na takie wypowiedzi pozwolić? Badania dotyczące popularności obecnego rządu z pewnością nie powinny napawać rządzących optymizmem. Z marcowego sondażu CBOS wyraźnie wynika, że nie tylko stopniowo spada poparcie dla rządu, ale również rośnie liczba jego krytyków. Według badania 33 proc. ankietowanych deklaruje swoje poparcie dla obecnej ekipy, co oznacza drobny spadek względem poprzedniego miesiąca. Jednocześnie do 42 proc. wzrósł odsetek osób nastawionych krytycznie wobec działań obecnego rządu. W tym samym sondażu pozytywnie działania rządu ocenia 37 proc. respondentów, natomiast aż połowa badanych wystawia ocenę negatywną. Jednocześnie sondażownia odnotowała poprawę notowań premiera. Zadowolenie z faktu, że to Donald Tusk sprawuje funkcję szefa rządu, wyraziło w marcu 37 proc. badanych, co oznacza wzrost o 2 pkt proc., natomiast odsetek krytycznych opinii względem obecnego premiera wyniósł 53 proc., co oznacza spadek o 1 pkt proc.

Choć wszelkie przesunięcia są niewielkie, mieszczące się w granicach błędu statystycznego, to pewne tendencje są widoczne. Poparcie dla rządu stopniowo spada, jednocześnie pozycja Donalda Tuska wewnątrz własnego elektoratu wydaje się względnie stabilna. Można powiedzieć, że dla elektoratu obecnej ekipy coraz więcej działań i zaniechań rządu zdaje się problematyczna, jednocześnie jednak nie postrzega on szefa rządu w kategorii obciążenia. Ta postawa może dziwić, zważywszy na fakt, że obecny rząd, jego kształt i realizowana przez niego polityka jest w dużej mierze autorskim dziełem samego Tuska. Skąd więc tak relatywnie silna pozycja premiera w progresywno-liberalnym elektoracie? Odpowiedź na to pytanie zdaje się zawierać w starym powiedzeniu, że „wśród ślepców jednooki jest królem”. Obecna koalicja dochodziła do władzy, prezentując czterech silnych liderów reprezentujących różne wrażliwości i elektoraty. Oprócz Donalda Tuska był Włodzimierz Czarzasty, który miał prezentować silny, prospołeczny i progresywny kulturowo głos lewicowego elektoratu w koalicji, Władysław Kosiniak-Kamysz gwarantujący ochronę tradycji i nowoczesny patriotyzm oraz Szymon Hołownia, czyli obietnica wyjścia poza ramy toksycznej, plemiennej wojny i zaproponowania innej, bardziej merytorycznej polityki. Co dziś zostało z koalicjantów Tuska i ich obietnic? Warto się temu przyjrzeć.


Bezwzględne narzędzie w rękach Tuska

Włodzimierz Czarzasty po wyborze na marszałka nie zapowiada żadnej lewicowej rewolucji czy choćby tylko pojedynczych projektów legislacyjnych ważnych dla lewicowego elektoratu. Wszelkie tego typu projekty jak reforma Państwowej Inspekcji Pracy czy też postulowane przez środowiska LGBTQ prawne uregulowania statusu związków osób tej samej płci, jeśli w ogóle mają jakieś szanse uchwalenia, to tylko w mocno okrojonej, ogryzkowej formie. Sam Czarzasty, nawet w formie komunikacji, coraz mniej podkreśla swoją lewicową tożsamość (czy w ogóle ją ma, to temat na inny tekst), a coraz częściej kreuje nową tożsamość twardego antypisowskiego zakapiora gotowego w każdej chwili rzucić się na politycznych przeciwników.

– Jestem członkiem tej koalicji, wspieram tę koalicję i będę twardym, lojalnym, przewidywalnym elementem tej koalicji

– mówił Czarzasty po wyborze. Głównym celem politycznej działalności lidera NL nie jest jakakolwiek lewicowa polityka, lecz permanentna wojna z prezydentem Karolem Nawrockim. Głównym narzędziem tej wojny ma być tzw. marszałkowskie veto, czyli uzurpowanie sobie prawa do decydowania, które projekty ustaw są „szkodliwe”, i celowe nie nadawanie im numerów druku i nie poddawanie ich pod głosowanie. Oczywiście za „szkodliwe” obecny marszałek uznaje wszelkie projekty prezydenckie.

 

– pisała na X posłanka NL i bliska współpracowniczka Czarzastego, Anna Maria Żukowska.

 „Żaden marszałek tak otwartym tekstem nie powiedział, że to ON będzie decydował o tym, czy projekt jest słuszny, czy szkodliwy. Bo byłoby to złamanie art. 119 Konstytucji, który wyłączną decyzję o losach projektów ustaw sejmowych daje Sejmowi. I to posłowie i posłanki – w tak zwanym pierwszym czytaniu – decydują o dalszym procedowaniu lub odrzuceniu projektu ustawy. A nie marszałkowskie weto. Którego nie ma w Konstytucji”

– napisał na FB były wiceprzewodniczący SLD Wincenty Elsner. Jednak wszelkie legalistyczne głosy są w dzisiejszej Polsce permanentnie ignorowane. Niedawno marszałek Czarzasty zdecydował o nienadaniu numeru druku prezydenckiemu projektowi ustawy o Polskim Funduszu Inwestycji Obronnych, czyli tak zwany polski SAFE zero procent z powodu rzekomych „poważnych wątpliwości” co do konstytucyjności ustawy. Czy jednak zredukowanie samego siebie oraz swojej formacji do roli posłusznego i bezwzględnego narzędzia w rękach Donalda Tuska rzeczywiście opłaca się Włodzimierzowi Czarzastemu? Tu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony zwalczany niegdyś przez środowisko „Silnych Razem” jako „symetrysta”, czy nawet „PiS-owiec”, lider NL jest obecnie jednym z ulubionych polityków tego środowiska. Zmieniając Nową Lewicę w „Partię Silnych Razem”, obecny marszałek Sejmu zyskuje twardy elektorat. Jednocześnie jednak zamyka siebie i swoją formację w pułapce tego elektoratu – w gruncie rzeczy dość niszowego i toksycznego. Ponadto ustawiając samego siebie w pozycji „pięści Tuska”, Czarzasty przestaje być politycznym liderem, a staje się pomocnikiem lidera, kimś, kogo nie da się traktować jak realnego politycznego podmiotu. To z kolei trwale wasalizuje Nową Lewicę.

 

Polska 2050 bez kierunku

Pisząc o koalicjantach, nie sposób nie wspomnieć o Szymonie Hołowni. Przyznam, że nie sprawia mi dziś żadnej przyjemności dworowanie sobie z tego polityka. Po pierwsze – kopanie leżącego nie jest zbyt chwalebną dyscypliną. Po drugie – i w tej konkretnej sprawie ważniejsze, zdaję sobie sprawę, że Hołownia jest tak zaciekle niszczony z jednego powodu: bo dopuścił do inauguracji Karola Nawrockiego, zamiast spróbować ją zablokować przy pomocy instytucjonalnej przemocy i metod zbliżonych do zamachu stanu. Odwetem za to jest agresywne niszczenie tego polityka w mainstreamowych mediach. Ograniczając więc własną krytykę do koniecznego minimum, napiszę, że klęska polityczna Hołowni to efekt niedotrzymania przez niego obietnicy zastąpienia plemiennej polityki przez jej odnowioną, bardziej merytoryczną wersję.

Tu warto na chwilę się zatrzymać. Od dawna jedni próbują opisywać wojnę Jarosława Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem jako teatr, a inni jako starcie o wszystko. Osobiście bliższy jestem tej drugiej diagnozie. Choć w kolejnych starciach widzę dużo rytualności, przesadnie antagonistycznego języka, produktów kultury spektaklu, to jednocześnie jestem przekonany, że główne osie toczonego w naszym kraju politycznego konfliktu tworzą autentyczną, a nie wydumaną polaryzację. Jeśli więc ktoś chciałby obecną realną polaryzację zakwestionować, to musi przedstawić oś nowego podziału, która również jest realna. Hołownia tego nie potrafił. Co więcej, bardzo szybko zamiast walczyć z polaryzacją, były marszałek Sejmu sam ochoczo ją wzmacniał, występując często w roli posłusznego narzędzia w rękach Tuska. Dodatkowo Hołownia nie potrafił w żaden sposób uzasadnić własnej obecności w polityce, zbudować jakiegoś projektu czy choćby spójnej myśli, którą chciałby reprezentować.

Jest to także problem jego następczyni, obecnej liderki Polski 2050 – Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Nowa liderka miewa dobre polityczne odruchy. Jak wtedy, gdy podczas „Kongresu Nowego Otwarcia Polski 2050”, prezentując odnowiony program, krytykowała model gospodarki oparty na taniej sile roboczej. Tylko czy to nie jest ten model gospodarki, który przez lata propagował jej koalicjant? W tej samej wypowiedzi podkreśliła konieczność nowego modelu rozwoju Polski, tylko że Koalicja Obywatelska, której jednym z „osiągnięć” w obecnej kadencji jest wygaszenie wszelkich projektów rozwojowych, nie wydaje się najlepszym partnerem w dyskusji o modernizacji Polski. Poza tym ciągle nie wiemy, czy Pełczyńska-Nałęcz umie nakreślić własną wizję rozwoju, a także określić priorytety swojego ugrupowania, konkretne projekty ustaw, bez przyjęcia których Polska 2050 opuści koalicję. Bez wyraźnego zakomunikowania obu tych kwestii formacja ta nie będzie w stanie uzasadnić własnego istnienia na scenie politycznej. Szymon Hołownia nie zdał egzaminu z politycznego przywództwa, niełatwo będzie zdać go także jego następczyni.

 

PSL na krawędzi

Ogromny problem z uzasadnieniem sensu własnego istnienia ma również najstarsza partia na polskiej scenie politycznej. PSL w obecnej formie zdaje się być potrzebny jedynie swoim działaczom. Ogromna słabość tej formacji jest zastanawiająca tym bardziej, że w odróżnieniu od innych koalicjantów miała ona możliwość odwrócenia sojuszy i zawarcia nowej koalicji. Nawet sama ta możliwość mogła działać jak skuteczny polityczny straszak służący do wymuszenia na większym koalicjancie ustępstw programowych. Tylko kogo dzisiejszy PSL chce reprezentować? To jedno z wielu pytań dotyczących tej formacji, które ciągle pozostaje bez odpowiedzi. Pisałem już na łamach naszego tygodnika, że niezwykle trudno znaleźć choćby jedną rzecz, którą PSL osiągnęło lub chce osiągnąć dla swoich wyborców w obecnej koalicji – co im tak naprawdę chce dać. Jedyne, co bardzo dokładnie widać, to komu i co chce zabrać. Pod koniec marca na otwartej dla mediów części posiedzenia Rady Naczelnej PSL prezes partii Władysław Kosiniak- Kamysz powiedział, że jego formacja współtworzy rząd dla trzech podstawowych wartości: bezpieczeństwa, inwestycji i rozwoju.

– Te trzy sprawy w absolutny sposób kojarzą się dzisiaj z Polskim Stronnictwem Ludowym i jego rolą w Radzie Ministrów, parlamencie... Wywiązujemy się z tych zadań bardzo dobrze i skrupulatnie

– zaznaczył Kosiniak-Kamysz. Tylko trudno nie odnieść wrażenia, że cała ta narracja to jedynie zaklinanie rzeczywistości. A ta nie jest dla PSL-u optymistyczna. W żadnym marcowym sondażu realizowanym przez którąkolwiek z sondażowi partia ta nie przekracza progu wyborczego. Czy to skłoni ludowców do większej niezależności od większego koalicjanta? Niedawno partia przygotowała własny projekt ws. SAFE 0 proc. Kosiniak-Kamysz wyraził oczekiwanie, że będzie on procedowany na pierwszym posiedzeniu po świętach. Dodał, że Polskie Stronnictwo Ludowe nie odpuści w tej sprawie. Jedną z przyczyn obecnego fatalnego położenia, w jakim znalazło się PSL, było słabe i spolegliwe przywództwo polityczne. Czy to samo przywództwo będzie w stanie wybić się na polityczną niezależność? Najbliższe miesiące powinny przynieść odpowiedź na to pytanie.

 

Jednooki wśród ślepców

Kilka miesięcy temu pisałem na łamach „Tygodnika”, że uważam Donalda Tuska za duże obciążenie dla jego obozu i że zmiana przywództwa byłaby dla tego obozu korzystna. Nie zmieniłem zdania w żadnej z tych spraw. Tusk nie potrafi uprawiać innej polityki niż zanurzona w doraźności, nie umie ani nie lubi przedstawiać bardziej dalekosiężnych programów czy idei. Choć pozuje na twardego politycznego gracza, to nie ma się co oszukiwać – „Tusk-twardziel” to jedynie PR-owa kreacja stworzona przede wszystkim na potrzeby szukającego siły w niespokojnych czasach elektoratu. W rzeczywistości obecny premier jest politykiem bardzo pasywnym i w codziennym zarządzaniu państwem i w relacjach z innymi politycznymi liderami. Tusk bywa toksyczny w kontaktach z podwładnymi i współpracownikami, ale nie jest to w żadnym wypadku probierzem siły. To, co naprawdę dodaje obecnemu premierowi politycznej mocy, to okoliczności zewnętrzne. Obecne KO jest kadrowym cmentarzem wypełnionym pozbawionymi właściwości politycznymi aparatczykami niezdolnymi wykonać niczego bez woli lidera.

Niezwykła słabość i nieporadność cechuje również koalicjantów Tuska. Liderzy partii współtworzących rząd nie chcą lub nie potrafią wyjść z politycznego cienia premiera. Elektorat to wyczuwa, dlatego nie postrzega ciągle lidera KO jako największego problemu obecnego rządu. Bycie „jednookim wśród ślepców” jest z pewnością wygodną pozycją dla obecnego szefa rządu. Tylko czy to dobre rozwiązanie dla całego obozu? Obecnie tkwi on w pułapce braku wizji i politycznego podporządkowania wobec rewanżystycznych żądań najtwardszej części swojego elektoratu. Czy naprawdę ktoś wierzy, że obecny premier jest w stanie go z tych pułapek wyprowadzić?

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 09.04.2026 17:53
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 14/2026, oprac. Ludwik Pęzioł