Oskarżam Terlikowskiego

- Autor oskarża Tomasza Terlikowskiego o stosowanie podwójnych standardów w ocenie afer pedofilskich: surowych wobec Kościoła i łagodnych wobec środowisk politycznych związanych z Platformą Obywatelską.
- Autor krytykuje tezę Terlikowskiego, że nagłaśnianie afery kłodzkiej ma w swej intencji odwracanie uwagi od Kościoła i rodziny, a jako jej konsekwencje wskazuje spadek czujności społecznej.
- Zdaniem autora publiczna presja i nagłaśnianie skandali są konieczne, ponieważ zmuszają instytucje (także partie polityczne) do reagowania i podnoszenia standardów ochrony ofiar.
Nikt rozsądny nie oczekiwał, że takie media jak TVN czy „Gazeta Wyborcza” rzucą do Kłodzka zastępy dziennikarzy śledczych i zaleją odbiorców sensacyjnymi paskami i nagłówkami. Reguły gry są powszechnie znane i nikt nie miał złudzeń, że ktoś tu będzie kalał własne polityczne gniazdo. Jednak, by zachować pozory etyki, nie trzeba było wiele. Krótki materiał faktograficzny i kilka rytualnych zdań. Pewnie niektórzy czytelnicy powiedzą, że zamiatanie sprawy pod dywan było do przewidzenia, zaś autor jest naiwnym idealistą, skoro liczył na coś innego. A jednak będę twierdził, że można było mieć cień złudzeń. Zwłaszcza wobec tych dziennikarzy, którzy przez lata budowali swoją pozycję na tropieniu przestępstw pedofilskich w Kościele katolickim i z pasją analizowali aferę Epsteina. Można było przypuszczać, że choćby dla zachowania elementarnej wiarygodności zdobędą się na kilka zdań łagodnej krytyki czy choćby zgłoszenia wątpliwości, czy aby lokalne struktury PO zareagowały tak, jak powinny. Stało się inaczej. Wielu z nich sprawę przemilczało, inni zaś podjęli wysiłek jej ukrywania i bagatelizowania, żeby nie powiedzieć – tuszowania.
Osobliwy jest przypadek Andrzeja Stankiewicza, który w swoim programie odmówił rozmowy na ten temat, tłumacząc się… „wczesną godziną”. Powód ten brzmi tym bardziej kuriozalnie, że w przeszłości dziennikarz o tej samej porze nie miał podobnych oporów, gdy chodziło o komentowanie spraw dotyczących Karola Wojtyły czy afery Epsteina. Jeszcze bardziej wymowna była scena z programu „Tak jest” w TVN24. Gdy obecny w studiu wicerzecznik PiS Mateusz Kurzejewski pokazał zdjęcie skazanej członkini Platformy, realizator w pośpiechu próbował przykryć obraz innym materiałem, a prowadząca usiłowała zagłuszyć polityka, by informacja nie przebiła się do widzów. Z kolei człowiek, dla którego afery pedofilskie od wielu lat były głównym obiektem dziennikarskiego i reżyserskiego zainteresowania, czyli Tomasz Sekielski, „nagle” stracił głos, mimo że temperatura wydarzenia gwarantowała pokaźne zasięgi, o które dotychczas dbał z wielką pieczołowitością.
Oskarżenia mają konsekwencje
Zachowanie tych wszystkich osób, choć medialnie krótkowzroczne i uderzające w ich własny wizerunek, blednie jednak przy tym, co popełnił Tomasz Terlikowski. Tak, ten sam Tomasz Terlikowski, który w filmie „Franciszkańska 3”, w towarzystwie dziennikarzy wykonujących operację demontażu autorytetu polskiego papieża, z miną człowieka dźwigającego krzyż za grzechy całego Kościoła, firmował narrację opartą na domniemaniu współwiny hierarchów (w tym Karola Wojtyły) wobec skrzywdzonych. Ten sam, który latami opowiadał o empatii wobec ofiar i dociekał instytucjonalnych zaniedbań. Można więc było oczekiwać absolutnego minimum: nawet jeśli nie chciał uderzać w środowiska politycznie bliższe mediom, w których pracuje, mógł ograniczyć się do komentarza o losie pokrzywdzonych. Nie byłoby to zbyt konsekwentne, ale przynajmniej niesprzeczne z jego wcześniejszą postawą.
Zamiast tego wystosował zarzut, który jest intelektualnie kompromitujący. „Referując” przekaz prawicy na temat afery z Kłodzka, Terlikowski napisał:
„Wszystko to ma budować wrażenie, że problem pedofilii dotyczy elit politycznych, a nie Kościoła czy rodziny. Gniew generowany przez taki wniosek ma być skierowany przeciw Koalicji Obywatelskiej. Ta wściekłość – i to trzeba powiedzieć zupełnie jasno – w niczym nie pomaga skrzywdzonym seksualnie ani nie poszerza wiedzy na temat przestępstw wobec małoletnich”.
Jeśli przyjąć tok rozumowania Terlikowskiego, to samo nagłośnienie procederu tuszowania pedofilii przez inne instytucje niż sam tylko Kościół czy rodzina staje się podejrzane i ma na celu zanegowanie faktu, że problem występuje we wspomnianych instytucjach. To absurd, który łatwo obnażyć. Przez lata (w Polsce szczególnie intensywnie od kilkunastu) problem pedofilii był w dominującym przekazie medialnym niemal jednoznacznie kojarzony z Kościołem katolickim. Sprawy „pedofilów w sutannach” zmonopolizowały uwagę opinii publicznej: były nośne, emocjonalne i użyteczne w szerszych sporach światopoglądowych. Trudno uwierzyć, że Terlikowski tego nie dostrzegał. A przecież rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona. Tuszowanie przestępstw seksualnych wobec nieletnich nie „przynależy” do jednej instytucji. Występują wszędzie tam, gdzie istnieją ku temu stosowne warunki i idący za tym interes organizacji. Ograniczanie pola widzenia do dwóch wybranych obszarów jest jego poważnym zniekształceniem.
I tu dochodzimy do najpoważniejszej konsekwencji tez Terlikowskiego. Jeśli społeczeństwu przez lata wmawia się przez kolejne wysokobudżetowe filmy, książkowe bestsellery, nagradzane artykuły, wypowiedzi autorytetów etc., że problem pedofilii ściśle „przynależy” do Kościoła i rodziny, to automatycznie spada czujność wobec innych środowisk. Pojawia się fałszywe poczucie bezpieczeństwa: skoro problem istnieje „tam”, to „tu” go nie ma albo ma znaczenie marginalne i niegodne uwagi. W efekcie spada społeczna czujność w innych instytucjach: sygnały ostrzegawcze mogą być ignorowane, ofiary napotykać większy opór i niedowierzanie, a sprawcy działać w bardziej sprzyjających warunkach. A zatem Terlikowski oskarżeniem o próbę zanegowania problemu w instytucji Kościoła czy rodziny, nie tylko nie pomaga ofiarom, ale długoterminowo może realnie im szkodzić.
Podwójne standardy Terlikowskiego
W komentarzu Terlikowskiego pojawia się też inny zgrzyt. Z jednej strony przyznaje on uczciwie, że
„jeśli coś można lokalnym władzom Koalicji Obywatelskiej zarzucić, to fakt, że gdy o sprawie plotkowano i postawiono zarzuty partnerowi kobiety, powołano ją na pełnomocnika komitetu wyborczego kandydatki na burmistrza Kłodzka”.
Z drugiej jednak, na tym samym oddechu, stanowczo rozstrzyga, że członkini Platformy „nikt nie krył, nie przerzucał z miejsca w miejsce”, a jej działalność polityczna nie wpłynęła na bieg sprawy. Ta pewność jest zastanawiająca. Skąd ona się bierze? Dlaczego w przypadku duchownych Terlikowski uznaje za konieczne śledztwa, drobiazgowe analizy, docieranie do świadków i dokumentów, a w sprawie dotyczącej środowiska politycznego zaprzyjaźnionego z jego medialnymi pracodawcami wystarcza mu chwila, by wydać kategoryczny wyrok? Dlaczego tam obowiązuje zasada maksymalnej podejrzliwości, a tu domniemanie pełnej przejrzystości? Czy rzeczywiście nikt nie dysponował wiedzą, a wszysto ograniczało się do „plotek”? A może ktoś wiedział, ale milczał, by nie szkodzić partyjnemu szyldowi? Kolejna możliwość – czy afiliacje polityczne wpłynęły na niższy wyrok? W tej roli Terlikowski przypomina stereotypowego policjanta z amerykańskich filmów sensacyjnych, który odgania gapiów słowami: „Rozejść się, nie ma tu nic do oglądania!”.
Jeszcze dalej idzie jego teza, że zarzuty o tuszowanie przestępstw „nie pomagają skrzywdzonym” i „nie mają najmniejszego znaczenia profilaktycznego”. To twierdzenie jest sprzeczne z elementarną wiedzą o mechanizmach życia publicznego. Instytucje, w tym partie polityczne, rzadko oczyszczają się „same z siebie”. Najsilniejszym bodźcem do wprowadzania realnych standardów jest presja. To właśnie obawa przed utratą poparcia zmusza partie do reagowania, do weryfikowania kadr i do podnoszenia wewnętrznych standardów. Jeśli tego „bata” zabraknie, pojawia się pokusa bierności. Lepiej nie wiedzieć, nie drążyć, nie podejmować ryzyka. W tym sensie publiczne formułowanie zarzutów (także przez politycznych rywali) pełni funkcję kontrolną. Zmusza do większej czujności, do uważniejszego przyglądania się własnym szeregom, do reagowania na sygnały ostrzegawcze, zanim przerodzą się one w tragedie.
Terlikowski na pomoc Tuskowi
Trudno oprzeć się wrażeniu, że Terlikowski, tak chętnie i surowo osądzający w innych kontekstach, tutaj stosuje wyraźnie podwójne standardy. Dlaczego oskarża osoby informujące o aferze pedofilsko-zoofilskiej w Kłodzku o "polityczne pałkarstwo”, a nie oskarżał tych, którzy afer pedofilskich w Kościele używali jako takich samych “pałek” w walce ideologicznej czy posługiwali się nimi instrumentalnie w celu prób dechrystianizacji Polski (a nawet uzasadnienia postulatu delegalizacji Kościoła)? Albo tych, którzy zajmowali się nimi tylko w celu wypromowania się lub zarobienia pieniędzy?
W sprawie tak fundamentalnej jak przestępstwa seksualne taka asymetria nie jest jedynie intelektualnym błędem. Skłania raczej do pytania, czy priorytetem Terlikowskiego pozostaje jeszcze troska o prawdę i bezpieczeństwo potencjalnych ofiar, czy może już coś innego: dostarczanie amunicji intelektualnej jednej stronie politycznego sporu – tym bardziej skutecznej, że sygnowanej autorytetem człowieka, który przez lata występował jako rzecznik skrzywdzonych.
[Śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą redakcji]
Afera, której nikt nie chce zobaczyć

Michał Szczerba potencjalnym liderem KO na wybory. „To musi się udać”
Tego nie udało się przemilczeć. Gigantyczny zasięg afery pedofilskiej w Kłodzku









