Afera, której nikt nie chce zobaczyć

- Tekst krytykuje mechanizm unikania odpowiedzialności przez polityków, polegający na „odcinaniu się” od niewygodnych spraw i osób, mimo wcześniejszych powiązań.
- Przykładem jest reakcja Donalda Tuska na kontrowersje wokół Romana Giertycha, którą autor interpretuje jako świadome rozdzielenie roli politycznej od działalności zawodowej.
- Autor zarzuca także mediom stosowanie podwójnych standardów: eksponowanie powiązań partyjnych w jednych przypadkach i ukrywanie ich w innych, zależnie od kontekstu politycznego.
Serwis Wirtualna Polska przedstawił kulisy walki jednego z banków oferujących wcześniej kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich z klientami, którzy takie kredyty uzyskali, a później uznali, że zostali przez bank, mówiąc delikatnie, wprowadzeni w błąd. Jednak prawdziwym bohaterem publikacji jest znany adwokat, uchodzący obecnie za „szarą eminencję” głównej partii rządzącej koalicji. W sprawie pojawia się bliski współpracownik mecenasa-polityka, są miliony w ramach wynagrodzenia i działania budzące etyczne wątpliwości. Rzeczą naturalna było, że oczekiwano od przywódcy partii, będącego równocześnie premierem rządu i, prywatnie, byłym lub aktualnym klientem mecenasa, ustosunkowania się do przedstawionych wątpliwości. No i przywódca się ustosunkował.
– Mam poważne rzeczy na głowie, jak zauważyliście. Nie zajmuję się praktyką adwokacką pana Romana Giertycha. Niech on się sam tłumaczy ze swoich zawodowych dokonań czy różnych ich okoliczności. To mnie nie interesuje. Mnie interesuje zachowanie pana Giertycha jako posła
– wyjaśnił mediom Donald Tusk, wykonując zdecydowanie bardziej brawurową wersję mechanizmu, który opisałem na początku. Sprawnie oddzielił wpływowego polityka od znanego mecenasa, uznając, że tego drugiego po prostu nie widzi. Prawdę powiedziawszy, nie jest to pierwszy przypadek, gdy kierownictwo Platformy, czy też teraz Koalicji Obywatelskiej, bardzo sprawnie „oddzielało” ocenę swoich polityków od ich wcześniejszych zawodowych dokonań. Nie jest też niczym nowym, że Donald Tusk ma z reguły w takich przypadkach „poważne rzeczy na głowie”. No bo i czym jest kilku naciągniętych naiwniaków wobec tego, że „RobimyNieGadamy” i biliona na to i owo?
Nie ma problemu
Warto zauważyć, że umiejętność zdecydowanego oddzielania aktywności politycznej osób powiązanych z obecną władzą od działań, które nie tylko budzą wątpliwości etyczne czy moralne, ale są podstawą zarzutów karnych, posiadł nie tylko przewodniczący wspomnianej dużej partii politycznej. Tę „moc” posiadły także niektóre media, akcentujące dotąd polityczny szyld partii (z reguły opozycyjnej), z którą jakoś dało się połączyć sprawcę niezbyt chwalebnych, kompromitujących lub wręcz niegodziwych czynów. Byli to więc „byli radni”, „byli posłowie”, „byli ministrowie” z obowiązkowym wskazaniem nazwy partii. Nawet jeśli od posłowania, ministrowania czy zasiadania w radzie minęło wiele lat, przez które taki niegodziwiec zerwał powiązania albo nawiązał zupełnie inne.
No i teraz, po wybuchu obyczajowej afery w Kłodzku, dowiadujemy się, że jedna z jej „bohaterek” „nie była osobą anonimową w swoim mieście. Należała do DUŻEJ PARTII POLITYCZNEJ”. I ani jednej literki z szyldu partii, choć z „bohaterką” fotografowali się i rekomendowali ją czołowi politycy tej partii. Teraz pospiesznie zdjęcia i rekomendacje znikają i znów „duża partia polityczna” nie będzie miała problemu.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Byli opozycjoniści ponad podziałami w obronie Adama Borowskiego










