Tusk celowo zadłuża Polskę, by oddać suwerenność

- Tekst przedstawia tezę, że polityka Donalda Tuska polega na szybkim zadłużaniu państwa, co ma prowadzić do ograniczenia suwerenności Polski i utraty realnej sterowności.
- Autor wskazuje na pogarszające się wskaźniki gospodarcze, interpretując je jako efekt zarówno nieudolności, jak i możliwej świadomej strategii rządu.
- Kluczową ideą jest przekonanie, że rosnący dług może stać się narzędziem politycznego uzależnienia Polski od silniejszych państw UE, zwłaszcza Niemiec.
W marcu bieżącego roku deficyt budżetowy narastał w tempie 1,2 mld złotych dziennie, czyli 41,6 mln na godzinę. W pierwszych dwóch miesiącach roku rząd wygenerował 48,5 mld zł długu, co stanowi absolutny polski rekord wszechczasów. Jeszcze nigdy żaden premier nie wydawał w taki sposób nie swoich pieniędzy. W styczniu i lutym rząd zrealizował blisko 18 proc. rocznego deficytu. To także osiągnięcie bez precedensu. Dla porównania w 2025 r. było to 12,6 proc., w 2024 – 4,3 proc., w 2023 – 0,1 proc., w 2022 – 3,2 proc., w 2021 (po pandemii) – 3,2 proc. i w 2020 – 0,7 proc. Różnica jest więc bardzo widoczna.
Jeszcze dokładniej widać to, gdy porównamy roczne deficyty budżetu państwa. W 2025 r. było to 275, 6 mld zł, w 2024 – 210,9 mld, w 2023 – 85,5 mld, w 2022 – 12,4 mld, w 2021 – 26,3 mld i w 2020 (covid) – 85 mld.
Gdy zestawia się te liczby, nie sposób nie dostrzec sposobu działania. Pozostaje jedynie pytanie, czy wynika to jedynie z nieudolności, czy też z planowego działania? Odpowiedź jest kluczem do zrozumienia polityki Donalda Tuska.
Przeszacowane prognozy
Mimo oczywistej, nadciągającej katastrofy finansów publicznych premier Donald Tusk i minister finansów Andrzej Domański zdają się tryskać optymizmem. Przekonują, że nie ma żadnego zagrożenia, zadłużenie jest pod kontrolą i tylko defetyści oraz malkontenci wieszczą kryzys. Być może nawet te zapewnienia dałoby się brać za dobrą monetę, gdyby obok zatrważających danych o zadłużeniu nie pojawiły się rosnące od dziewięciu miesięcy bezrobocie (w przemyśle jedenaście miesięcy z rzędu) czy spadające od dwunastu miesięcy zamówienia w przemyśle. I nawet jeśli w ubiegłym miesiącu zakłady pierwszy raz od roku zwiększyły nieco produkcję, to i tak oznacza to w rzeczywistości wolniejsze popadanie w stagnację.
Na to wszystko nałożyła się spadająca ściągalność podatków – i to zarówno z VAT, jak i z CIT. Co prawda minister finansów próbuje przekonywać, że wpływy z podatków rosną, a niekorzystne wrażenie wynika z błędnie przyjętych założeń, ale to przecież tylko propaganda. Daniny odprowadzane do budżetu państwa rosną wolniej niż gospodarka, co musi świadczyć o tym, że system jest coraz bardziej dziurawy.
Ten stan znamy dokładnie z poprzedniej kadencji Donalda Tuska, gdy z budżetu wyciekały miliardy, a na wszystko brakowało pieniędzy. Wówczas premier dokonał skoku na OFE i w ten sposób podratował finanse publiczne, unikając konieczności drastycznych cięć socjalnych.
Teraz zamierzał dobrać się do rezerw Narodowego Banku Polskiego, wcześniej usuwając z fotela prezesa Adama Glapińskiego, ale z pomysłu tego musiał się wycofać. Ostro jego plany potępiła szefowa Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde, która podkreśla konieczność zachowania niezależności NBP od rządu. Skoro premier nie ma skąd rąbnąć kasy na zasypanie wygenerowanego przez siebie długu, zobowiązania narastają w zatrważającym tempie. Nic na to poradzi, gdyż stagnacja jest wpisana w jego plan rządzenia.
Wstrzymane inwestycje
Z jednej strony Donald Tusk nie chce i nie potrafi realizować dużych inwestycji w infrastrukturę czy energetykę, które napędzałyby koniunkturę oraz przyciągały inwestorów zagranicznych, ale też polskich. W końcówce rządów PiS widać było, że ogromne pieniądze na przykład na nowe elektrownie chcieli wyłożyć najbogatsi Polacy – Michał Sołowow oraz Zygmunt Solorz. Obecna ekipa skutecznie wybiła im to z głowy, blokując inwestycje.
Premier nie lubi zajmować się takimi kwestiami. Nudzą go i męczą. Jego zaangażowanie kończy się na ogłoszeniu planu przyspieszenia, przełomu czy czegoś podobnego, zorganizowania konferencji prasowej i kilku PR-owskich sztuczek.
Realizowanie wielkich przedsięwzięć wiąże się z odpowiedzialnością, egzekwowaniem terminów, tłumaczeniem się z opóźnień, ale przede wszystkim oddaniem w ręce fachowców – raczej nie partyjnych – części istotnych decyzji. Tego Tusk nie znosi. Nie ufa jajogłowym, którzy uważają, że wiedzą lepiej, i – co gorsza – mogą mieć rację. To ryzyko, którego nie zamierza ponosić.
Dla niego polityka to wyłącznie dojeżdżanie przeciwników. Tych z własnej partii, z koalicji, ale przede wszystkim z opozycji. To taka hobbesowska wojna wszystkich ze wszystkimi, w której on musi być zwycięzcą. Nie poprzez budowanie, ale destrukcję.
A więc bezrobocie, zamówienia dla przemysłu czy inne podobne dyrdymały mają dla niego znaczenie o tyle, o ile można się nimi pochwalić na konferencji prasowej lub nagrać krótki filmik okraszony prymitywnym „Łyso wam?” czy „Zrozumiano, zakute łby?”. W pozostałych przypadkach te kwestie go nudzą.
Nie drażnić sąsiada
Brak zacięcia do robienia czegoś pozytywnego jest idealnie dopasowany do wymagań, jakie stawia przed nim unijny establishment, którego poparciem się przecież cieszy. Ani Bruksela, ani Berlin, ani Paryż nie życzą sobie, by w Europie Środkowej wyrosło silne państwo o na tyle nowoczesnej gospodarce, by trzeba się było z nim liczyć. Polska, podobnie zresztą jak inne kraje Międzymorza – z wyjątkiem Austrii – są traktowane jako obszar eksploatacji. Te peryferie mają stanowić zaplecze dla centrum. Innej roli dla nich nie przewidziano.
Jak groźne mogą być ambicje nowych członków UE, świadczy choćby przebieg wojny na Ukrainie. Niemcy i Francja wcale nie były zainteresowane pomocą napadniętemu przez Rosję państwu. Uznawały Ukrainę za strefę wpływów Moskwy i bez większego problemu zaakceptowałyby – o czym dziś już wiemy – sukces Władimira Putina. Plany pokrzyżowała Warszawa, montując koalicję wspierającą Kijów. Polska ofensywa dyplomatyczna postawiła Niemcy w bardzo trudnej sytuacji, zepchnęła do defensywy i zmusiła do przeorientowania własnej polityki. Nie tylko wobec Rosji, ale przede wszystkim gospodarczej. Berlin musiał odejść od modelu rozwoju opartego na taniej energii z Rosji i tanich podzespołach kupowanych w Chinach. Broniąca się skutecznie Ukraina przerwała łańcuchy dostaw, zmieniała polityczny klimat i bliskiego sojusznika – jakim była Moskwa – zmieniła w nieprzyjaciela. Przynajmniej na pewien czas. Zamiast zysków są gigantyczne koszty.
Tusk skutecznie te polskie ambicje zredukował. Orlen nie kupuje stacji w Niemczech i Austrii, nie stawia także nowoczesnej fabryki, która dawałaby Polsce przewagę technologiczną nad niemieckimi zakładami. Nie powstaje elektrownia atomowa, CPK, a polski program rozwoju sztucznej inteligencji został odcięty od pieniędzy. Wcześniej zaś rządowi udało się zrazić do projektu najlepszych na świcie ekspertów.
Bez silnej gospodarki nie będzie rosnącej podmiotowości. Niemcy o tym wiedzą, dlatego będą utrzymywać Tuska u władzy, jak długo się da.
Dług, czyli najlepsza broń
Na Grecji, Hiszpanii i Włoszech Niemcy przetestowali też, jak silną bronią jest kredyt. Najlepiej na długi okres i w pełni kontrolowany politycznie. By nie mógł służyć rozwojowi, ale konsumpcji. Szybkiemu zdobyciu dóbr, najlepiej kupionych u niemieckich producentów. Tak właśnie skonstruowany był SAFE.
Taki kredyt jest jak smycz. Im większy, tym bardziej skuteczny. Tonąca w pożyczkach Grecja miała nawet własny plan, który mógł jej zapewnić wyjście z kryzysu. Po cichu popierali go nawet Francuzi i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Gdy jednak przyszło do realnych działań, zwyciężyła polityka i Grecję przejęła unijna administracja, co w praktyce oznaczało kontrolę Niemiec.
W Berlinie nie było wówczas żadnego sporu o strategię. Ówczesna kanclerz Angela Merkel uzgodniła ją z liderem opozycji Sigmarem Gabrielem. Grecja nie tylko została wyprzedana, ale tamtejszy rząd został pozbawiony możliwości podejmowania realnych decyzji. Chodził na niemieckim pasku, starając się ukryć skalę poniżenia.
Wierzyciel jest w stanie wywołać kryzys znacznie większy, niż wynika on z zadłużenia. W ten sposób duet Angela Merkel – Nicolas Sarkozy obalili rządy w Atenach, Madrycie i Rzymie. I to wielokrotnie. Wystarczy zgłosić konieczność spłaty lub domagać się dodatkowych zabezpieczeń z obawy o wypłacalność dłużnika. To powoduje efekt piorunujący. Wartość obligacji zaczyna rosnąć, ich wykup staje się droższy, a możliwości pozyskania pieniędzy na rynku spadają. Rządowi zaczyna brakować kasy.
Greckie doświadczenie
Tusk oczywiście o tym wie, ponieważ był premierem w czasie kryzysu greckiego i uczestniczył europejskich szczytach, na których wrzucano do kosza napisane w Atenach pomysły. Dla niego jednak znacznie większym zagrożeniem jest powrót do władzy PiS niż uzależnienie od Berlina czy Brukseli. I to zarówno w znaczeniu indywidualnym, jak i politycznym. Niemcy są dla niego gwarantem osobistej wolności, ale też europejskim liderem, z którym Polskę powinien wiązać najsilniejszy sojusz. Nawet jeśli oznacza to uzależnienie.
Dla niego Niemcy to dziejowa szansa na przynależność do Zachodu, a nie zagrożenie pełnego podporządkowania i dominacji. Sam przyznał, że dla ziem polskich wcielonych do Prus zabory oznaczały rozwój gospodarczy.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Gen. Wroński: Niemcy i Francuzi nie przyjdą nam z pomocą w sytuacji rosyjskiej agresji

Ambasador Niemiec zachwala Polakom Unię Europejską. Internauci odpowiedzieli
„Rz”: Kontrole na granicy, dopóki Berlin nie zmieni polityki

Rafał Woś: Rządzą nami ludzie pozbawieni ekonomicznej wyobraźni








