„Młody Waszyngton” – udane dzieło czy patriotyczna czytanka?

- „Młody Waszyngton” pokazuje przyszłego ojca założyciela USA.
- Film świadomie odrzuca współczesną tendencję do demitologizowania Waszyngtona.
- Produkcja wpisuje się w nurt filmów o młodości wielkich postaci.
Waszyngton i inni młodzi ludzie
Droga Jerzego Waszyngtona do pozycji ojca założyciela była znacznie mniej oczywista, niż sugeruje późniejsza legenda. Nie otrzymał europejskiego wykształcenia ani oficerskiej promocji w regularnej armii brytyjskiej, o której długo marzył; karierę zaczynał jako geodeta, zdobywając doświadczenie na słabo rozpoznanych zachodnich terenach Wirginii.
Jako bardzo młody oficer milicji kolonialnej uczestniczył następnie w konflikcie z Francją o dolinę Ohio. Misja dyplomatyczna z 1753 roku przyniosła mu pierwszą sławę, lecz już rok później dowodzona przez niego wyprawa zakończyła się starciem pod Jumonville Glen i upokarzającą kapitulacją w Forcie Necessity. Podczas ekspedycji generała Edwarda Braddocka w 1755 roku Waszyngton wykazał się natomiast odwagą i opanowaniem w obliczu katastrofalnej klęski Brytyjczyków. Właśnie ten okres – pełen ambicji, błędów, porażek i pierwszych dowódczych doświadczeń – stał się tematem filmu „Młody Waszyngton”.
Zburzone pomniki
Jerzy Waszyngton (1732–1799), pochodzący z rodziny wirginijskich plantatorów oficer i właściciel ziemski, podczas wojny o niepodległość stanął na czele Armii Kontynentalnej, a po zwycięstwie nad Wielką Brytanią przewodniczył konwencji, która przygotowała amerykańską konstytucję. W 1789 roku został jednogłośnie wybrany na pierwszego prezydenta USA i przez dwie kadencje tworzył podstawowe reguły funkcjonowania nowego urzędu. Dobrowolne odejście po drugiej kadencji wzmocniło jeszcze jego wizerunek przywódcy, który stawia republikę ponad osobistą władzę. W czasach poprawności politycznej i popularności ruchu „Black Lives Matter” pomnikowy obraz „ojca narodu” skomplikowały jednak jego przynależność do elity plantatorskiej oraz wieloletnie korzystanie z pracy ludzi zniewolonych.
Problem coraz mocniej zaznaczał się we współczesnych interpretacjach jego biografii. Podczas fali protestów po śmierci George’a Floyda w 2020 roku pomniki Waszyngtona były niszczone lub pokrywane napisami właśnie ze względu na jego udział w niewolnictwie, a czasem również jako symbol kolonializmu i przemocy wobec rdzennych mieszkańców. Najgłośniejszy przypadek zdarzył się w Portland w nocy z 18 na 19 czerwca: około dwudziestoosobowa grupa owinęła głowę posągu flagą USA, podpaliła ją, a następnie przewróciła monument. Relacje prasowe wiązały wybór Waszyngtona bezpośrednio z tym, że pierwszy prezydent był właścicielem niewolników.
Nie był to przypadek odosobniony. W Chicago na pomniku Waszyngtona pojawiły się napisy „Slave Owner” i „Burn Down the White House”, w Baltimore oblano go czerwoną farbą i dopisano „Destroy Racists”, natomiast przy jego posągu w Filadelfii namalowano hasło „committed genocide”. Erwin w to szaleństwo nie wchodzi, co zresztą nie podoba się części krytyki uważającej, że zbyt lekko prześlizguje się nad wątkami kłopotliwymi dla przepisujących historię w duchu współczesności.
Film swoich czasów
Zostawmy jednak fanów poprawności z ich obsesjami. „Młody Waszyngton” to bardzo klasyczny – dla mnie osobiście chyba odrobinę nawet zbyt powolny – film awanturniczy, stopniowo przeobrażający się w dziełko batalistyczne. Jerzy Waszyngton nie myśli tu jeszcze o Ameryce jako państwie, jego aspiracje obejmują służbę brytyjskiej koronie i wdarcie się do wyższych sfer pracą, wytrwałością i romantycznym porywem serca. Ponieważ jednak jego pozycja go do tego nie predestynuje, jeszcze przed pierwszą potyczką z czarnymi charakterami tej opowieści, Francuzami, stacza kolejne wojny i wygrywa bitwy, które nie są do wygrania, wchodząc na bal dla wyższych sfer, wstępując na służbę czy najmując się do pracy mierniczego. Od tej ostatniej tak naprawdę wszystko się zacznie, a z młodzieńczej awantury wybuchnie regularna wojna. Pokazana sprawnie i całkiem dynamicznie, choć według części krytyki jednak zbyt zachowawczo.
Recenzenci doceniali wybór mało znanego okresu życia przyszłego prezydenta, solidną realizację, aktorstwo oraz widowiskowe sceny bitewne, uznając film za przystępną, ale też staromodną opowieść historyczną. Najczęściej zarzucano mu jednak szkolną ilustracyjność, patetyczne dialogi i spłaszczenie bohatera: Waszyngton popełnia błędy, ale scenariusz przedstawia je przede wszystkim jako kolejne próby przygotowujące go do przyszłej wielkości. Część krytyków określała film jako hagiografię lub patriotyczną czytankę, która zachowuje podstawowe fakty, lecz unika moralnej niejednoznaczności związanej z niewolnictwem, kolonializmem i odpowiedzialnością młodego oficera za eskalację wojny. Publiczność reagowała na tę afirmatywną formułę wyraźnie cieplej, chwaląc inspirujący charakter opowieści, historyczną scenerię i motyw dojrzewania przywódcy poprzez klęski.
Galeria ojców założycieli
I choć nie sądzę, by Erwin do zrobienia takiego filmu potrzebował prezydentury Donalda Trumpa, w pewnym stopniu można go uznać za pewien symbol tych czasów. Nie ma tu ani dekonstrukcji, ani samobiczowania – nikt tu symbolicznie nie klęka i nie przeprasza. Umieszczenie przyszłego prezydenta niemal na początku jego drogi to ciekawy zabieg. Również dla twórcy, który może – w przypadku sukcesu – kontynuować swą opowieść, a Jon Erwin ma, jak się zdaje, takie plany.
Następnym projektem ma być „1776” – opowiadający już o wojnie o niepodległość, z Waszyngtonem jako centralną postacią większej galerii ojców założycieli. I na tym twórca nie planuje kończyć, wręcz przeciwnie, uważa, że Amerykanom trzeba na nowo opowiedzieć ich historię. W duchu bardziej superbohaterskim niż krytycznym, a więc jakby wracając do czasów Ronalda Reagana, do których wrócić chciałby przecież i Trump.
Młodzieńcze biografie
„Młody Waszyngton” wpisuje się w szeroki nurt filmów biograficznych, które zamiast opowiadać całe życie znanej postaci, koncentrują się na okresie jej formowania, zanim bohater zdobył władzę, sławę lub pozycję zapisaną później w podręcznikach. Jednym z klasycznych wzorów takiej opowieści jest „Młodość Lincolna” Johna Forda przedstawiająca przyszłego prezydenta jako prowincjonalnego prawnika, w którego codziennych decyzjach można już dostrzec sprawiedliwość, empatię i demokratyczny instynkt późniejszego przywódcy.
Podobny mechanizm zastosowano w „Młodym Winstonie” opartym na autobiograficznej narracji Churchilla: dziecięca potrzeba uznania, wojskowe przygody i pierwsze sukcesy polityczne układają się w historię człowieka niemal od początku przekonanego o własnym przeznaczeniu. Oba filmy nie tyle demontują narodowe legendy, ile pokazują ich rzekome początki, wybierając z młodości te doświadczenia, które zapowiadają znaną już widzowi wielkość.
Inaczej młodość wykorzystują „Dzienniki motocyklowe”. Film Waltera Sallesa cofa Ernesta Guevarę do czasu, gdy nie był jeszcze rewolucjonistą ani polityczną ikoną, lecz młodym lekarzem konfrontującym własne wyobrażenia z biedą i nierównościami Ameryki Łacińskiej. Jego podróż zostaje przedstawiona jako moment przebudzenia, zgodnie z zakłamanym mitem i pomijając późniejsze krwawe i niewygodne dla handlarzy tą ikoną działania Che.
Jeszcze inny wariant reprezentują „Tolkien”, „Mary Shelley” i „Zakochany Szekspir”, w których młodość ma przede wszystkim tłumaczyć narodziny dzieł. W „Tolkienie” szkolne przyjaźnie, miłość i doświadczenie wojny zostają przedstawione jako źródła późniejszej mitologii Śródziemia; niemal każdy epizod biografii zapowiada jakiś motyw znany z książek pisarza. „Mary Shelley” wyprowadza „Frankensteina” z doświadczeń straty, odrzucenia i walki młodej kobiety o prawo do własnego autorstwa. „Zakochany Szekspir”, choć nie jest ścisłą biografią, czyni z fikcyjnego romansu młodego dramaturga emocjonalne źródło „Romea i Julii”. W takich filmach twórczość przestaje być rezultatem długiej pracy, lektur i wpływów epoki, a staje się niemal bezpośrednim zapisem przeżyć bohatera. To atrakcyjny dramaturgicznie, lecz często nadmiernie upraszczający sposób opowiadania o artyście.
Klasyczna opowieść
Na tym tle „Młody Waszyngton” znajduje się najbliżej „Młodości Lincolna” i „Młodego Winstona”, a więc filmów mających swoje lata. Także tutaj punkt wyjścia stanowi próba uczłowieczenia postaci zastygłej w narodowej ikonografii: przyszły „ojciec narodu” zostaje pokazany jako ambitny, niedoświadczony i popełniający błędy młody oficer. Film nie prowadzi jednak do rzeczywistej demitologizacji, ponieważ każdą porażkę interpretuje jako lekcję przygotowującą bohatera do przyszłego przywództwa. Historia Waszyngtona zostaje uporządkowana zgodnie ze znanym finałem: pycha prowadzi do pokory, klęska do odpowiedzialności, a wojskowe niepowodzenia do narodzin wodza. Jest to więc biografia polityczna, budująca wspólnotę, ale i lekko moralizująca. Łatwo takie pomysły położyć, ale tym razem chyba się udało zrobić całkiem atrakcyjny film.
„Młody Waszyngton” (Young Washington), reżyseria: Jon Erwin, scenariusz: Jon Erwin, Diederik Hoogstraten, obsada: William Franklyn-Miller, Mary-Louise Parker, Andy Serkis, Ben Kingsley, gatunek: historyczny dramat wojenny, produkcja: USA 2026, czas: 121 minut.
Komentarze
Reżyser: AI nie daje pełnej kontroli nad procesem twórczym

Bóg w komiksie. Recenzja „Biblii” Sergia Cariella i Douga Maussa

Nie żyje legenda muzyki filmowej

Nie żyje legendarny aktor
Jak giganci streamingu uczą nas kochać inwigilację. Recenzja nowej „Wojny światów"








