Tak rodzi się nowy król horroru. Recenzja filmu "Obsesja"

- Autor ocenia „Obsesję” jako jeden z największych filmowych fenomenów roku.
- Film łączy skuteczne straszenie z opowieścią o toksycznych relacjach i problemach współczesnego pokolenia.
- Zdaniem autora sukces „Obsesji” może zapowiadać zmianę w kinie.
Siedemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Za tyle hollywoodzkie gwiazdy drugiego garnituru nawet nie wstają z łóżek, spece od efektów specjalnych łapią się za brzuchy ze śmiechu, a Polski Instytut Sztuki Filmowej dopytuje, czy we wniosku o dofinansowanie przypadkiem nie wskazano zaniżonej kwoty. Co ciekawe, z której strony nie patrzeć, „Obsesja” Curry’ego Bakera nie wygląda, jakby była zrobiona za garść orzechów. Zamknięta głównie we wnętrzach nie przytłacza powtarzalnością lokacji, nie męczy oczu statycznymi scenami, daleko jej do wizualnego stuporu niszowych form cierpiących na finansowe ograniczenia. Baker, wraz z autorem zdjęć Taylorem Clemonsem, strukturę obrazu ułożyli podobnie do innego horrorowego hitu ostatnich lat, czyli „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella.
Praca nad głębią kadru, inteligentna gra światłocieniem, aura zawieszona gdzieś w międzyczasie – jednocześnie współczesna i nostalgiczna. W obu filmach zdjęcia odpowiadają za połowę suspensu: sprawiają, że nieustannie wpatrujemy się w ekran, szukając zagrożenia, które przychodzi równie niespiesznie, co bezwzględnie. Wynik tego równania jest jasny: na imponującą ekonomię budżetu składa się iloczyn talentów sprzed i zza kamery, a także chwytliwy i wieloznaczny pomysł wyjściowy.
Podróż przez krainę zakazów
Bear (Michael Johnston) od jakiegoś czasu podkochuje się w swojej przyjaciółce Nikki (Inde Navarrette), ale nie starcza mu odwagi, by wprost wyznać, co czuje. Gdy za namową kolegi postanawia w końcu się otworzyć, odwiedza lokalny sklepik z marzeniami i w ramach prezentu nabywa tajemnicze pudełko z jednym życzeniem. Instrukcja jest banalna: wystarczy tylko głośno wypowiedzieć najskrytsze pragnienie i złamać gałązkę ze środka. Potem do akcji wkracza magia, ale czarnej proweniencji.
Wzięty z tego samego imaginarium, co tytułowa „Substancja” Coralie Fargeat czy gipsowy odlew dłoni z „Mów do mnie!” braci Danny’ego i Michaela Philippou, nadprzyrodzony rekwizyt, znakomicie sprawdza się zarówno jako fabularny zapalnik, jak i pojemna metafora. Błyskotliwy, pełnometrażowy debiut Bakera można nazwać nie tylko wiwisekcją toksycznego związku, lecz także – w szerszej skali – filmem o skomplikowanej materii dzisiejszych relacji damsko-męskich; podróżą przez gąszcz konwenansów, krainę zakazów i przyzwoleń, rumowe piaski stawiania granic, walki o władzę lub wymuszania uległości. Terytoria, w których obie strony bywają równie zagubione, i nadużycia, których wspólnie doświadczają.
Horror dawno przestał być gatunkiem skupionym wyłącznie na straszeniu i wsadzaniu widza w odpowiednik domu strachu z wesołego miasteczka. Współczesny film grozy łączy wątki pozarozumowe z rozbudowaną psychologią, wprowadza warianty sennych koszmarów zapożyczonych z podświadomości, karmi się naszymi lękami, obawami i wadami charakteru. W sprawnych dłoniach zdolnego reżysera to też wyjątkowo plastyczne tworzywo na odwzorowanie tu i teraz: zapis pokoleniowych traum, socjologicznych spostrzeżeń i wewnętrznych dramatów wystawionych na światło dzienne. „Obsesja” nie zarabia tak dużo (już ponad trzysta milionów dolarów) dziełem przypadku, to dzieło, które żywo rezonuje z widownią, szczególnie z generacji Z.
Ostatnie życzenie
Niewątpliwym plusem jest też czytelność przekazu. Baker nie wymyśla koła na nowo, korzysta ze sprawdzonych środków wyrazu: szeptów, krzyków, nienaturalnych, gwałtownych ruchów zniewolonego ciała czy nagłych jump scare’ów. Wysoka jakość artystyczna „Obsesji” to efekt dużego wyczucia filmowej materii oraz inteligentnie napisanego scenariusza. Napięcie między dwojgiem głównych bohaterów (ustawione na kolizyjnym kursie nieśmiałości i pewności siebie) i smutne następstwa fabularnych decyzji mają wyjątkowo ludzkie, emocjonalne podłoże. Piekło jest tu wybrukowane dobrymi chęciami. Łatwo można wskazać zarówno winnego, jak i ofiarę, ale orzeczenie – dla obu stron – będzie wyjątkowo gorzkie. U Bakera bowiem nie ma przebacz – choć „Obsesja” wychodzi z bezpiecznej pozycji cięższej wariacji takiej „Dramy” Kristoffera Borgliego, to jej kluczowe partie spowija mrok, z którego trudno się otrząsnąć. To horror podszyty nie tyle dramą, co dramatem, emocjonalnie zdolny rozłożyć od środka.
Młody debiutant nie brał jeńców i nikomu się nie kłaniał. Zrobił dokładnie taki film, jaki chciał, a publiczność poszła za nim, dostrzegając pomysł, talent i precyzję wykonania. Po burzy, która przeszła przez krajobraz amerykańskich kin, prawdopodobnie wyłoni się nowy porządek: bite od sztancy, bezmyślne i bezduszne superprodukcje zostaną odrzucone, pierwszeństwo w kolejce do kas będą miały oryginalne, kreatywne teksty realizowane przez zapaleńców, którzy kino filtrowali przez nowe media i nigdy nie przedłożą wrodzonej odwagi nad kalkulator i tabelki w Excelu. Wielkie studia przejdą przemianę, zaczną inwestować w proces twórczy kosztem coraz bardziej sztucznej grafiki komputerowej (CGI). Znikną dziesiąte części tych samych franczyz, w ich miejsce wejdą nowe, oryginalne historie. Wiem, że to nie tylko moje życzenie.
„Obsesja” (Obsession), reżyseria: Curry Baker, scenariusz: Curry Baker, obsada: Michael Johnston, Inde Navarrette, Cooper Tomlinson, Megan Lawless, gatunek: horror, produkcja: USA 2025, czas: 108 minut.
Komentarze
„Odwdzięczam się Bogu za to, że mnie uratował”. Rozmowa z Marcinem Kwaśnym

Nie żyje znana aktorka teatralna i filmowa

Nieukończony wątek w „Na Wspólnej”. Co postanowią scenarzyści?

Horror późnego kapitalizmu. O „Dzwonieniu” Kiyoshiego Kurosawy







