Jak giganci streamingu uczą nas kochać inwigilację. Recenzja nowej „Wojny światów"

- Giganci streamingowi (np. Amazon) nie tylko odzwierciedlają lęki współczesności, ale też promują narracje korzystne dla własnych interesów.
- Nowa „Wojna światów” (2025) zamiast krytykować inwigilację, przedstawia ją jako problem zależny od tego, kto sprawuje kontrolę, pomijając rolę korporacji technologicznych.
- Autor alarmuje, że popkultura, która kiedyś ostrzegała przed kontrolą (np. „Matrix”), dziś może oswajać widzów z utratą prywatności i skłaniać ich do akceptacji systemów nadzoru.
W jednej z najlepszych scen wybitego filmu Francisa Forda Coppoli „Rozmowa” z 1974 roku Harry Caul (Gene Hackman), introwertyczny mężczyzna pracujący jako ekspert od podsłuchów, będąc w swoim domu, odbiera telefon. W słuchawce słyszy spokojny głos:
„Wiemy, że pan wie, panie Caul. Dla własnego dobra proszę się w to dalej nie angażować. Będziemy pana obserwować”.
Następnie widzimy, jak bohater, wcześniej spokojny i opanowany, niczym w amoku przetrząsa swój dom w poszukiwaniu podsłuchów. Rozbiera na części pierwsze telefon, zdejmuje żyrandol, niszczy meble, zrywa tynk ze ścian oraz listwy z podłogi. Obraz bohatera siedzącego na środku zniszczonego mieszkania staje się zarazem obrazem zaszczucia, jak i gorzką metaforą samotności człowieka w świecie zdominowanym przez powszechną inwigilację. Coppola doskonale uchwycił, że jedną z największych obaw współczesnego człowieka jest lęk przed ingerencją w prywatność, dlatego, mimo upływu lat, jego film w dalszym ciągu przeraża. Figura bezbronnej jednostki żyjącej w państwie kontrolującym obywateli i ograniczającym ich wolność powracała w kinie wielokrotnie.
Wraz z rozwojem nowoczesnych technologii, internetu i mediów społecznościowych nastąpiła nie tylko swoista redefinicja relacji społecznych, lecz także, z nową mocą, powróciły pytania o zakres inwigilacji w czasach, gdy jest ona łatwiejsza niż kiedykolwiek. Nowa adaptacja klasycznej powieści H.G. Wellsa pt. „Wojna światów” z 2025 roku zdaje się być produkcją chcącą być głosem w tej właśnie dyskusji. Znakiem czasu jest fakt, że o ile dawne wersje były głosami twórców z różnych powodów zatroskanych kondycją ludzkiej wspólnoty, o tyle nowa jest już głosem streamingowego giganta zatroskanego własnym biznesem.
Odbicie rzeczywistości
Jak słusznie zauważył niezależny krytyk filmowy Maciej Niedźwiedzki w swojej recenzji na portalu Filmweb, kolejne adaptacje „Wojny światów” zawsze były sformatowane przez lęki czasów, w których powstawały.
„Orson Welles diagnozował gęstniejące nastroje poprzedzające wybuch II wojny światowej, a Byron Haskin w 1953 roku odtwarzał globalne pobojowisko. Dla Spielberga świeże były wspomnienia zamachów na wieże World Trade Center i ciągle wtedy trwający zamach sprzymierzonych sił Zachodu na kraje Bliskiego Wschodu”
– pisze Niedźwiedzki. To, że nowa wersja „Wojny światów” porusza takie kwestie, jak chaos współczesnego świata informacji wywołany przez natłok cyfrowych bodźców, uzależnienie od technologii czy strach przed inwigilacją i dezinformacją, nie jest więc w tym kontekście niczym zaskakującym.
Głównym bohaterem jest Will Radford (Ice Cube) – analityk bezpieczeństwa cybernetycznego w strukturach Homeland Security. W swojej codziennej pracy tropi on zagrożenia w internecie i masowym nadzorze danych, zaś w wolnych chwilach inwigiluje prywatne życie swoich dzieci: będącej w zaawansowanej ciąży córki Faith (Iman Benson) oraz nastoletniego syna Davida (Henry Hunter Hall). Uczynienie bohatera filmu nie ofiarą inwigilującego obywateli systemu, lecz kogoś, kto pełni funkcje strażnika i nadzorcy tego systemu, jest pierwszym ciekawym pomysłem twórców nowej wersji „Wojny światów”. Kolejnym jest strona formalna filmu. Zrealizowany jest on jako tzw. screenlife – widz śledzi wydarzenia przez Zooma, komunikatory internetowe i nagrania wideo. To chyba pierwsza produkcja, która chciała pokazać inwazję wrogo nastawionych istot z innej planety w ten sposób. Przyznam, że to całkiem intrygujący pomysł. Niestety, ta ambitna koncepcja rozmija się z wykonaniem.
Nieudany film
Debiutujący jako reżyser Rich Lee znany był wcześniej głównie z kręcenia teledysków dla artystów takich jak Eminem, Black Eyed Peas czy Lana Del Rey. Niedoświadczenie i braki warsztatowe widać, niestety, w nowej „Wojnie światów” na każdym kroku. Lee nie umie prowadzić aktorów, kreślić w sposób przekonujący relacji między nimi ani budować filmowego napięcia, co w tego typu produkcji bardzo szybko się mści. Jeśli dodamy do tego fatalnie napisane dialogi i kiepski, pozbawiony elementarnej logiki scenariusz, to obraz produkcji, która w sposób niezamierzony prezentuje się jako gatunkowy autopastisz, jest w pełni widoczny. Przyznanie filmowi 5 Złotych Malin – amerykańskiej antynagrody filmowej – we wszystkich „najważniejszych” kategoriach nie powinno nikogo dziwić.
Tu pojawia się pytanie: po co pisać o kolejnym kiepskim filmie? Nieudanych produkcji SF tworzy się dziś całkiem sporo, po co więc zawracać sobie głowę kolejną z nich? Najciekawszy (i zarazem najbardziej niepokojący) element filmu nie leży jednak w kiepskiej realizacji czy drewnianych dialogach, lecz w tym, jak sprytnie giganci streamingowi, tacy jak Amazon, wykorzystują swoje produkcje do kształtowania naszego światopoglądu.
Oswoić kontrolę
„Wojna światów” (2025) udaje, że jest głosem za wolnością jednostki przeciwko wizji świata opartej na masowej kontroli i inwigilacji społeczeństwa przy użyciu nowoczesnych technologii, lecz tak naprawdę sam ten obraz oswaja nas z taką rzeczywistością. Film kreśli obraz świata, w którym problemem nie jest tyle sama inwigilacja, lecz to, czy kontrolują ją „właściwi” gracze. Wszelkie ostrza krytyki kierowane są wyłącznie pod adresem rządów i biurokracji – nigdy zaś pod adresem wielkich platform technologicznych, które zbierają te same dane, tylko znacznie skuteczniej i w celu czysto komercyjnych zysków. W filmie nie usłyszymy ani słowa o tym, że rządy, przynajmniej w świecie Zachodu, mają demokratyczną legitymację i możemy je w procesie wyborczym odwołać, podczas gdy zbierające o nas informacje międzynarodowe korporacje działają często poza demokratyczną kontrolą.
„Mam ważniejsze rzeczy na głowie niż śledzenie zakupów na Amazonie”
– mówi w pewnym momencie „odmieniony” Radford. Mówiąc brutalnie, dane zbierane przez Amazona są dla Amazona i nikomu nic do tego. Państwo zawodzi, jest nieudolne, a nawet niebezpieczne, podczas gdy prywatne korporacje ułatwiają codzienne życie i na swój sposób opiekują się obywatelami.
Film Lee udaje, że „chwyta prawdę czasów”, a tak naprawdę ją zakłamuje. Oczywiście obraz ten jest na tyle nieudolny, a jego przesłanie wyłożone w tak nachalnie łopatologiczny sposób, że szczerze wątpię, by mógł on na kogokolwiek skutecznie oddziaływać. To jednak nie znaczy, że z czasem nie będą pojawić się inne, dużo lepsze pod kątem warsztatowym produkcje, których możliwości oddziaływania będą już dużo większe. Współczesny Harry Caul nie musi już odbierać telefonu w swoim pokoju, by dowiedzieć się, że jest obserwowany. Sam klikając w różne regulaminy stron i usług w internecie, zgadza się, by rozmaite firmy kierowane przez ludzi, o których nawet nie słyszał, zbierały o nim dane. Czyż najlepszą inwigilacją nie jest taka, na którą sami dajemy zgodę?
Kultura i popkultura, przestrzegając nas przed zagrożeniami współczesności, mogła działać jak sole trzeźwiące. Dziś, kiedy coraz bardziej stają się narzędziem w rękach kapitału, mogą też być obsadzone w funkcji wielkiego anestezjologa znieczulającego społeczną percepcję zagrożeń. W 1999 roku wypełniony rebelianckim duchem SF „Matrix” wzywał odbiorców do kwestionowania współczesności i zrywania „kajdan kontroli”. W 2025 roku nowa wersja „Wojny światów” daje nam korporacyjny coaching pt. „Jak pokochać własną klatkę?”.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Nagły zwrot ws. właściciela TVN. Jest komunikat Warner Bros. Discovery
„Claret” – poruszający film o wierze w czasach prześladowań. Recenzja

Powstaje film o "Ince". Rozmowa z dyrektorem gdańskiego IPN - dr Markiem Szymaniakiem

Druga młodość, ostatnia podróż. Jak wypada Dalej jazda 2?








