Jak "żydocentryzm" zniekształca myślenie o świecie

- „Żydocentryzm” to rosnące w części prawicy przekonanie, że Izrael jest kluczem do zrozumienia całej polityki światowej, co prowadzi do zniekształconych ocen interesów geopolitycznych.
- Narracja ta opiera się na selektywnych faktach, uproszczeniach i teoriach spiskowych (np. wokół wypowiedzi Marco Rubio), ignorując realne mechanizmy działania państw takich jak Stany Zjednoczone.
- „Żydocentryzm” pełni także funkcję tożsamościową i emocjonalną, prowadząc do sprzecznych, często irracjonalnych ocen wydarzeń międzynarodowych.
Mówiąc nieco zgryźliwie, w ostatnich tygodniach mogliśmy zaobserwować na tzw. skrajnej prawicy zjawisko nagłego przypływu współczucia, empatii i zrozumienia dla wartości humanitarnych. Związani z jej środowiskami politycy i publicyści, którzy dotąd milczeli na temat rosyjskich ludobójstw i przemysłu porywania ukraińskich dzieci, a czasem nawet ochoczo dołączali do kopania napadniętych, nagle zaczęli szlochać nad losem zaatakowanych z powietrza Irańczyków. Cóż takiego się stało, że jeszcze niedawno nie robiła na nich większego wrażenia dziejąca się niedaleko inwazja nastawiona na wyniszczenie i okupację, a teraz jedna kampania powietrzna na innym kontynencie wystarczyła, by zabrzmiał donośny głos sprzeciwu i moralnego oburzenia? Dla kogoś, kto nie miał dotąd wiele do czynienia ze „skrajną prawicą”, odpowiedź może brzmieć nieintuicyjnie: chodzi o to, że w jednym z tych ataków uczestniczyli Żydzi, a ci w jej wyobraźni urastają do znacznie groźniejszego i paradoksalnie bliższego przeciwnika niż „przegadana” Rosja.
Izraelski wytrych
Jeszcze niedawno wydawało się, że dopatrywanie się wszędzie utajonej ręki żydowskiej jest raczej domeną odklejonych staruszków, których wywody skutecznie uprzykrzają każdą rodzinną imprezę, wśród młodszego pokolenia zaś takie myślenie stanowi synonim intelektualnego obciachu. Od kiedy jednak większą rolę zaczął odgrywać internetowy obieg medialny, który za punkt honoru obrał sobie różnienie się w dosłownie każdej kwestii od obrzydłego „mainstreamu”, to myślenie zaczęło reprodukować się także w młodszych pokoleniach.
W efekcie znaczna część (zwłaszcza młodszej) pozapisowskiej prawicy w Polsce kieruje się w swoim rozumieniu polityki międzynarodowej wytrychem w postaci Izraela. Państwo, które niewątpliwie jest bardziej wpływowe, niż wskazywałyby na to jego rozmiary czy populacja, i które dzięki swojej lokalizacji, soft power oraz sprawności wywiadowczej pełni pewną rolę w geopolitycznej układance, urasta w ich oczach do rangi głównego rozgrywającego polityki światowej. Jak to bywa w tego typu rozumowaniach - opierają się one na przemilczeniach, przekłamaniach, ale również na informacjach prawdziwych, którym nadaje się znaczenie dalece nieadekwatne do ich realnej wagi.
Supeł żydocentryzmu
Żydocentryczna narracja skrajnej prawicy to istny węzeł gordyjski, z którym nie można uporać się jednym prostym cięciem, a jego mozolne rozplątywanie nie przyciąga tyle uwagi co sensacyjne teorie spiskowe. Sytuację dodatkowo utrudnia fakt, jaki koszt niesie rezygnacja z żydocentrycznej wizji świata dla osoby, która dotychczas ją wyznawała. Odejście od tezy, że Izrael „trzęsie” Stanami Zjednoczonymi, oznaczałoby dezintegrację skrupulatnie budowanego przez lata obrazu rzeczywistości, bez którego umysł „żydocentrysty” pogrążyłby się w chaosie i dezorientacji. No bo jak to? Wszystko było już perfekcyjnie jasne – wiedzieliśmy, że każde wydarzenie wynika z przestawienia wajchy przez „pejsatego”, że to on jest odpowiedzialny za wojny, kryzysy i rewolucje kulturowe. Jeżeli nie jest on tak silny i nie steruje hegemonem tego świata, nagle geneza tych wszystkich zjawisk niknie w niepokojącej pustce.
Co gorsza, każdy, kto by się tego dopuścił, musiałby liczyć się z wykluczeniem z dotychczasowej sieci znajomości, w której podobny sposób widzenia polityki stanowi podstawowe spoiwo. Bo „żydocentryzm” to już nie tylko spojrzenie na układ sił na świecie, ale również zbiorowa tożsamość. Dodajmy do tego prężnie rozwijający się przemysł resentymentu wobec Żydów (książki, czasopisma, portale, eventy) żywo zainteresowany, by podtrzymywać wśród swych konsumentów żydocentryzm. Bo to on wywołuje złudzenie, że wszystko, co związane z Żydami, w najwyższym stopniu nas dotyczy, i warto za tę „wiedzę” płacić.
Stąd właśnie bierze się poczucie pewnej beznadziei przy setnym z rzędu przywoływaniu tych samych faktów przeczących tezie o Izraelu jako „ogonie machającym amerykańskim psem”. Wyliczyłem je już zarówno w „Tygodniku Solidarność”, jak i w innych mediach: sprzedawanie przez USA broni państwom wrogim Izraelowi, publiczne potępianie wielu praktyk wojennych i osadnictwa na Zachodnim Brzegu, przetrzymywanie w amerykańskich więzieniach izraelskich szpiegów mimo sprzeciwu Tel Awiwu czy wielokrotne odmawianie pomocy militarnej na prośbę bliskowschodniego sojusznika. Liczne fakty świadczące, że Waszyngton pomaga Izraelowi warunkowo i dopiero po uprzednim przekalkulowaniu własnego interesu (zwykle w kontekście rozgrywki z Chinami), zwyczajnie nie budzą zainteresowania. W tego typu środowiskach ważniejsza od trafności diagnozy jest bowiem przynależność do żydocentrycznej subkultury internetowej i poczucie wyższości nad „zjadaczami przekazu głównego nurtu”.
Kazus Rubio
Przekłamanie motywacji udziału USA w nalotach na Iran jest idealnym przykładem kolejnego guza na żydocentrycznym suple. Za sprawą wyrwanego z kontekstu fragmentu wypowiedzi sekretarza stanu USA Marca Rubia, który błyskawicznie stał się internetowym viralem, „żydocentryści” otrzymali rzekomo żelazne potwierdzenie tezy o „Stanach Zjednoczonych chodzących na pasku Izraela”. W krążącym w sieci fragmencie nagrania miała pojawić się informacja, że USA zaatakowały Iran, ponieważ wcześniej miał zrobić to Izrael. W ten sposób powielano urywek wypowiedzi Rubia opatrzony „odpowiednimi” podpisami typu: „Rubio przyznał, że Izrael rządzi USA” albo „Izrael zmusił USA do ataku”. Powielaniu wprowadzającego w błąd materiału towarzyszyła ze strony wielu wręcz misyjna żarliwość do „otwierania ludziom oczu”, czym można wytłumaczyć jego zasięg.
Efekt jest taki, że w późniejszych rozmowach z „żydocentrystami” na stwierdzenie, że atak był suwerenną decyzją Stanów Zjednoczonych, można było usłyszeć, że „przecież Rubio sam się przyznał, że zrobili to na polecenie Izraela”. Problem polega na tym, że Rubio nie powiedział niczego podobnego. Wyjaśnił jedynie, że Waszyngton wiedział o planowanym izraelskim ataku na Iran, zdawał sobie również sprawę, że irańska odpowiedź automatycznie obejmie amerykańskie wojska w regionie. W tej sytuacji (jak tłumaczył) administracja USA zdecydowała się działać wyprzedzająco w celu minimalizacji strat. Dla uniknięcia kontrowersji dodał przy tym, że starcie z Iranem i tak było nieuniknione, a więc spór dotyczył raczej momentu uderzenia niż samej decyzji. Jak jednak można się było spodziewać – profilaktyka nie zadziałała, kazus Rubia zaś zasilił zbiór przypadków, w których wyrwany z kontekstu strzęp cytatu staje się „dowodem” na istnienie globalnej żydowskiej dźwigni sterującej polityką Stanów Zjednoczonych.
Realistyczne dwójmyślenie
Uderzające jest to, że „żydocentryści” niemal w stosunku jeden do jednego pokrywają się z grupą określającą się mianem „realistów geopolitycznych”. W ich deklaracjach w międzynarodowym układzie sił liczą się przede wszystkim twarde zasoby: potencjał gospodarczy i militarny, liczba ludności, położenie geograficzne czy dostęp do surowców. Cała reszta: ideologie, wartości, symbolika, charaktery narodowe, psychika przywódców etc. mają być rzekomo domeną romantyków i naiwnych idealistów. Ów „realizm” ma dubeltowe znaczenie, bo wyznacza również strategię postępowania danego państwa: nie można być ckliwym ani moralnym, rację ma ten, kto jest silniejszy, a dzień bez powtórzenia maksymy „państwa nie mają przyjaciół, tylko interesy” jest dniem straconym.
Jednak w przypadku Izraela i Żydów wszystkie te twarde deklaracje nagle ulegają zawieszeniu. Trudno bowiem o większy ładunek emocjonalny od tego, który pojawia się u „realistów” właśnie tematach żydowskich. Jak pokazano wcześniej na przykładzie porównania ich reakcji na wojnę na Ukrainie i naloty na Iran, chłodna kalkulacja bardzo szybko ustępuje manifestacjom solidarności z reżimem muzułmańskim, a nawet zachwycaniu się jego dopuszczającym pedofilię i mordującym nawróconych chrześcijan ustrojem. W sytuacji, gdy przez lata „skrajniacy” opluwali wszelkie wyrazy solidarności z zaatakowaną Ukrainą, sami stali się ponurą karykaturą polskiego zrywu proukraińskiego z początku rosyjskiej inwazji.
Co więcej, wspomniane „miękkie” czynniki, których wpływ na politykę „realiści” bagatelizują lub wręcz wyśmiewają, okazują się w przypadku Izraela kluczowe. Bo jak inaczej wyjaśnić rzekomo niemal nieograniczony wpływ państwa, które pod względem demograficznym, gospodarczym i terytorialnym pozostaje graczem średniej wielkości? Bez przekazu kulturowego, symbolicznego, lobbingu, zjednania sobie wpływowych osób etc. tego zrobić się przecież nie da. W praktyce oznacza to, że „realizm geopolityczny” obowiązuje tylko do momentu, w którym jego wnioski nie kolidują z żydocentrycznym obrazem świata.
"Żydowski zdrajca" Trump
I dokładnie to samo dzieje się w kwestii amerykańskiej. Jeszcze niedawno „skrajniacy” fetowali podpisywanie przez Donalda Trumpa licznych dekretów ograniczających wpływy światowego lewactwa oraz wycofywanie się pod jego presją kolejnych firm z praktyk spod znaku WOKE. Dziś ci sami ludzie nagle oznajmiają, że „Trump zdradził!”, i ręka w rękę z obozem „uśmiechniętych” miotają w niego kolejnymi gromami. Trudno o bardziej wymowny dowód emocjonalnego spojrzenia na politykę.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Trump: Chiny zgodziły się nie wysyłać broni do Iranu

Polska wchodzi w wiek dojrzewania wobec USA
Co dalej z rozejmem USA–Iran? Trump zabiera głos

Rafał Woś: Trumpofobia i totalne odrzucenie

Bardzo mi przykro, ale Trump znowu wygrał







