Tȟašúŋke Witkó: Stare grzechy mają długie cienie

- Autor komentuje zamach w Berlinie z 25 lipca 2026 r., w którym – według tekstu – sprawca wjechał furgonetką w uczestników parady równości, a następnie zaatakował ludzi ostrym narzędziem.
- Główną tezą felietonu jest krytyka niemieckich mediów i klasy politycznej, którym autor zarzuca odwracanie uwagi od problemu islamskiego terroryzmu oraz skupianie się na krytyce prawicowej opozycji.
- Autor odwołuje się również do wydarzeń z sylwestrowej nocy w Kolonii w 2015 roku, przedstawiając je jako przykład błędów niemieckiej polityki migracyjnej i argumentując, że ich konsekwencje są odczuwalne do dziś.
Był to Abdul B., człek urodzony w Niemczech w roku 2005, posiadający niemieckie obywatelstwo i libańskie korzenie, do tego sympatyzujący z Państwem Islamskim. Wyznawca Allaha zabił jedną kobietę, trzy dziesiątki innych osób ciężko poranił, a sam – po intensywnej obławie – został zastrzelony przez policję.
Wydawałoby się, że po takim akcie terroru wszystkie redakcje zdecydowanie zażądają od obozu władzy radykalnych posunięć, czyli masowych deportacji stwarzających zagrożenie śniadolicych radykałów, prawda? Otóż, tak stałoby się w państwie normalnym, tradycyjnym, ale nie w oszalałych na punkcie poprawności politycznej Niemczech!
Dezinformowanie przez dezorientowanie
„Celem mediów w żadnym wypadku nie jest informowanie obywateli o czymkolwiek istotnym, tyczącym posunięć władzy. Celem mediów jest dezinformowanie społeczeństwa w tych obszarach, w których posunięcia władzy są dla ludzi niekorzystne”. Owo piękne zdanie, zasłyszane przeze mnie kilka lat temu od pewnego mądrego człowieka, wróciło do mego mózgu natychmiast po tym, kiedy tylko przeczytałem pierwsze opinie o zamachu, klecone przez teutońskich publicystów, szczególnie z tych redakcji, które idą pod rękę z obozem rządzącym.
Wiecie Państwo, przed kim i przed czym ci rzeźnicy umysłów przestrzegali najżarliwiej? Przed wykorzystywaniem aktu terroru przez polityków radykalnej Alternatywy dla Niemiec (AfD) i ich sympatykami, których profilaktycznie nazwali wprost „podżegaczami”. Zanim ktokolwiek kompetentny zaproponował jakikolwiek pakiet rozwiązań pozwalających uniknąć w przyszłości podobnych zbrodni, prestidigitatorzy pióra i klawiatury zaatakowali opozycję i jej admiratorów, zarzucając im nabijanie sobie słupków poparcia na ludzkiej tragedii. Zaczęło się publicystyczne ględzenie o „prawicowym populizmie”, „narodowym radykalizmie”, „niewrzucaniu wszystkich do jednego worka” oraz „zaletach społeczeństwa otwartego i niedyskryminującego”. Po godzinie przeglądania głównych niemieckich stacji telewizyjnych i radiowych, a także lekturze prasy ogólnokrajowej, zdezorientowany człowiek zaczyna zastanawiać się, czy ów zamach nie został przypadkiem dokonany przez jakiegoś białego, ciężko pracującego, do tego sumiennie płacącego podatki Hansa, który – jak większość takich osobników, w ocenie prorządowych pismaków – nienawidzi każdej różnorodności czy inności i dlatego chce głosować na Alternatywę?
Niestety, lewicowo-liberalny przekaz jest wciąż na tyle silny i przekonywujący, że tylko wyrobiony obserwator życia publicznego potrafi mu się oprzeć. Istnieje jednak duża szansa, że takowe otumanienie zagości w ludzkich umysłach na krótko i z czasem tak zwana „milcząca większość” zrobi wszystko, by zagwarantować sobie biologiczne i finansowe przetrwanie, a stąd już tylko mały kroczek do społecznego buntu.
Stare grzechy mają długie cienie
Pamiętacie Państwo, naturalnie, słynną sylwestrową noc w Kolonii, tę z roku 2015, prawda? Wówczas to, w okolicach głównego dworca kolejowego gromady ciemnolicych mężczyzn dopuszczały się ataków seksualnych na świętujące nadejście nowego roku młode, białe kobiety. Sprawa została starannie zatuszowane przez sam urząd kanclerski oraz będących na każde jego skinienie redaktorów naczelnych wiodących mediów.
Na szczęście dla ogółu i nieszczęście dla samej siebie, Angela Merkel, osoba starej daty, nie doceniła potęgi sieci internetowej. Pomimo uporczywego milczenia tradycyjnych tytułów i stacji, już rankiem 1 stycznia 2016 roku cała Europa wiedziała, co wydarzyło się w Niemczech, a to wszystko dzięki mediom społecznościowym. Oburzenie za Odrą było tym większe, że pomimo setek zachowań przemocowych skierowanych przeciwko kobietom, rząd nie wykonywał żadnych ruchów. Dopiero 6 stycznia roku 2016, tydzień bo napadach, władza wszczęła jakieś niemrawe śledztwo, zakończone dosłownie niczym.
„Duże dziś” jest pokłosiem „małego wczoraj”, więc obecna sytuacja w Niemczech zdaje się być efektem spolegliwości Teutonów sprzed dekady. Być może, gdyby wtedy rozpoczęły się masowe ruchawki, to Merkel nie rządziłaby koleje lata i nie sprowadziłaby do kraju kolejnych milionów wyznawców islamu? Niestety, na tym przykładzie widać najlepiej, że stare grzechy mają długie cienie. Nie powielajmy więc błędów społeczeństwa zza Odry!
Howgh!
Tȟašúŋke Witkó, 7 sierpnia 2026 r.
[Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Miłośnik kawy w dużym kubku ceramicznym – takiej czarnej, parzonej, słodzonej i ze śmietanką. Samotnik, cynik, szyderca i czytacz politycznych informacji. Dawniej nerwus, a obecnie już nie nerwus]
Komentarze
Jarosław Kaczyński wraca do sprawy reparacji. „To kwestia naszego honoru”

Niepokojące dane z Niemiec. Padła granica 3 mln

Niemcy utrzymają kontrole na granicach

Niemiecki tygodnik zachwyca się Polską. „Dawno wyprzedziła Niemcy”


