Szukaj
Konto

Władza KO idzie na rympał

Donald Tusk
Źródło: fot. YouTube / Donald Tusk – kanał oficjalny
To ostatni moment, by zmobilizować zniechęconych i zawiedzionych wyborców, którzy domagali się rozliczeń i nigdy nie wybaczą uległości wobec PiS. Lider KO musi pokazać, że ciągle ma siłę, by walczyć i poniewierać przeciwnikami.
Co musisz wiedzieć:
  • Artykuł przedstawia scenariusze działania premiera Donalda Tuska, który wobec spadających słupków poparcia będzie sięgał po coraz bardziej radykalne formy zwalczania opozycji i siłowo przejmował państwo
  • Premier próbując odwrócić uwagę opinii publicznej od złego rządzenia skupia się na próbach siłowego przejęcia TK i aferą Zondacrypto
  • Jego pozycji nie sprzyjają zmiany polityczne w Europie, gdzie w najważniejszych dla Polski krajach, jak Niemcy władzę zaczyna przejmować prawica. 

Donald Tusk nie jest politykiem obdarzonym szczególną finezją. Działa z prostotą kibola, a jego żywiołem są zemsta, pozerstwo i destrukcja. To wystarcza, by zyskać poparcie wyborców z wielkich miast, oderwanych od rzeczywistości elit akademickich i artystycznych, aspirujących do wyższej warstwy pracowników korporacji oraz małomiasteczkowych elit, które najbardziej gardzą środowiskami, z których się wywodzą. Ci ludzie wybaczą Tuskowi wyższe ceny energii, afery i kompromitacje, a nawet rosnące bezrobocie, które dotyka ich rodziny. Za nic jednak nie darują mu kapitulacji wobec prezydenta Karola Nawrockiego, prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego czy byłego premiera Mateusza Morawieckiego.

Dalsza część artykułu przeznaczona jest dla osób z subskrypcją premium

 

Kamień na kamieniu

Zasada jest prosta: jeśli Tusk nie może przejąć jakiejś instytucji, musi ją zniszczyć. Szczególnie gdy uważa ją za przyczółek prawicy. Stąd właśnie wzmożenie ataków na Trybunał Konstytucyjny i próba ostatecznego skompromitowania tej instytucji poprzez wysłanie tam Macieja Berka. Premier doskonale wie, że prezydent Karol Nawrocki nie przyjmie ślubowania od niedawnego jeszcze ministra. I nie chodzi nawet o to, że Berek jest niemal czynnym politykiem, ale nie spełnia wymogów formalnych – wystarczająco długo nie był czynnym radcą prawnym. Dla premiera nie jest to jednak wada jego „prawej ręki”, lecz ogromna zaleta.

Wysłanie do TK osoby, która kompletnie się tam nie nadaje, pokazuje, że szef rządu odmawia Trybunałowi nawet najmniejszej powagi. Traktuje go wprost jako polityczny łup, stara się odebrać mu wszelkie znaczenie prawne i należną powagę.

Wcześniej Donald Tusk przyznał przecież, że wysłał tam „swoich” sędziów – całkowicie ich zresztą ośmieszając – oraz od dłuższego czasu wstrzymuje pieniądze na działalność tej kluczowej z punktu widzenia ustroju państwa instytucji. 

Nadzieja na odbicie Trybunału najprawdopodobniej w umyśle premiera zgasła, pozostał więc tylko wariant destrukcyjny. Szef rządu doskonale wie, że interwencja policji i siłowe wprowadzenie jego sędziów do TK odbiłoby się szerokim echem w kraju i za granicą, dlatego postanowił tę instytucję ostatecznie rozbić.

Maciej Berek, który obrywa dziś na każdym kroku, pełni tu tylko rolę zderzaka czy może raczej tarana. Jego zadaniem jest ostateczne skompromitowanie instytucji sędziego Trybunału Konstytucyjnego.

Polityczne śledztwo

Strategia pozostawienia po sobie wypalonej ziemi jeszcze bardziej widoczna jest w przypadku śledztwa w sprawie Zondacrypto. Głębokie zaangażowanie w sprawę Romana Giertycha, odczytywanie zeznań świadka – nie wiadomo zresztą którego i czy prawdziwych – z sejmowej mównicy, które mają insynuować jakieś zaangażowanie prawicy w aferę czy zapowiedzi serii aresztowań, nie mogą pozostawić wątpliwości, że chodzi o śledztwo polityczne. Schemat zresztą został zaczerpnięty z mrocznych czasów komunizmu. 

To roztaczanie atmosfery grozy, teatralne i groteskowe słowa Tuska o tym, że prezydent Karol Nawrocki i PiS proponowali kompromis ze złem w czystej postaci, to nie jest tylko pasza dostarczona farmom trolli, którzy podają dalej ten kłamliwy przekaz. To także próba udowodnienia, że premier ciągle nie odpuszcza PiS-owcom, oraz jednocześnie zabezpieczenie na przyszłość.

Coraz więcej faktów wskazuje na to, że szef rządu i jego rodzinny adwokat po prostu kłamią, a afera dotyczy przede wszystkim polityków Koalicji Obywatelskiej i obecnej władzy. Maksymalne upolitycznienie śledztwa i skierowanie go na tory partyjnych porachunków odbierają mu powagę i wiarygodność. Wkrótce każdy wyborca będzie mógł sobie wybrać wersję zgodną z jego poglądami. Prawda nie będzie miała żadnego znaczenia, gdyż tylko osoby najgłębiej zaangażowane w rozwikłanie tego oszustwa będą znały fakty.

Tusk stosuje więc sprawdzoną metodę służb specjalnych – miesza wątki prawdziwe z kłamstwem, fakty zastępuje insynuacjami, a winnych odziewa w szaty ofiar.

Takie zamieszanie powoduje, że prawdziwi oszuści nigdy nie zostaną ukarani. Nawet jeśli zmieni się władza i prokuratura zacznie dochodzić prawdy, śledztwo będzie skażone polityką i wzajemnymi oskarżeniami. Wyborcy nie będą już chcieli słuchać żadnych wyjaśnień. Uznają, że kolejne dochodzenie ma na celu jedynie polityczny rewanż, a nie ukaranie odpowiedzialnych za przekręt.

Atak na prezydenta

Ta metoda działania dotyczy także bezpośrednio politycznych przeciwników. Zwłaszcza tych, którzy najbardziej krytycznie recenzują obecną władzę. Na celowniku prokuratury i służb specjalnych znaleźli się – według nieoficjalnych informacji – Mateusz Morawiecki i Zbigniew Bogucki. To politycy, którzy mogą dziś Tuskowi najbardziej zagrozić. Były premier ma ambicje przyciągnąć wyborców z centrum, którzy zawiedli się Szymonem Hołownią, co ostatecznie odebrałoby obecnej koalicji możliwość utrzymania władzy. Szef Kancelarii Prezydenta nie dość, że ma największe szanse, by po przyszłorocznych wyborach zostać premierem, to jeszcze systematycznie ośmiesza obecnego szefa rządu. Uderzenie w niego byłoby jednocześnie ciosem zadanym prezydentowi, którego szef rządu obawia się najbardziej.

Wplątanie tych dwu polityków w aferę Zondacrypto – a taki jest jeden z głównych celów tego śledztwa – ma wzbudzić w zwolennikach obecnej władzy przekonanie, że jeszcze nie wszystko zostało stracone. Że Tusk ma ciągle na tyle siły, by posyłać za kratki, a przynajmniej na długie przesłuchania, swoich największych wrogów. Może nimi poniewierać i ich poniżać.

Postawienie przed prokuratorem Tusk zapowiedział Boguckiemu zresztą z mównicy sejmowej. To zachowanie daleko odbiegające od standardów państw demokratycznych, gdyż w sposób oczywisty uwidacznia, że szef rządu nie tylko zna szczegóły śledztwa, ale bez problemu może na nie wpływać.

W istocie to polityczny skandal, ale dla zwolenników Tuska nie ma to żadnego znaczenia. Oni domagają się niszczenia prawicy wszelkimi sposobami. Normy, konwenanse i elegancja są uznane za oznakę słabości.

Znikąd ratunku

Wszystkie sondaże pokazują dziś jednoznacznie, że obecna koalicja straci władzę po przyszłorocznych wyborach. Choć oczywiście nic nie jest jeszcze przesądzone, ta tendencja jest dla obecnego premiera wyjątkowo niekorzystna. Co więcej, przechył na prawo widać w niemal całej Europie, więc trudno się spodziewać, by Polska okazała się wyjątkiem. Zwłaszcza że obecnej władzy nic nie wychodzi: deficyt budżetowy narasta w zastraszającym tempie, zapaść w służbie zdrowia postępuje, ceny rosną coraz szybciej, bez pracy jest ponad dziewięćset tysięcy Polaków, realna płaca spada, a dodatkowo koalicję kompromitują kolejne skandale i afery.

Donald Tusk zdaje sobie sprawę, że skutkiem nadciągającej klęski może być dla niego proces i więzienie. Tak wiele razy złamał prawo, że trudno mu będzie się z tego wszystkiego wywinąć. Szczególnie że niełatwo będzie mu znaleźć protektorów w Niemczech czy Brukseli, bo tamtejsze elity mają znacznie ważniejsze rzeczy na głowie.

Niemiecki establishment drży ze strachu przed utratą wpływów, gdyż do władzy wielkimi krokami zmierza AfD, unijna biurokracja zaś stara się zabezpieczyć przed obcięciem uprawnień, które może nastąpić, gdy w Paryżu zacznie rządzić Marine Le Pen, a w Berlinie Alice Weidel. W tym wszystkim Tusk i jego problemy przestają mieć dla europejskich przywódców jakiekolwiek znaczenie. On sam natomiast zdaje się być zbędny. 

Podpalony rów z benzyną

Jedyną nadzieją na utrzymanie władzy jest więc wzbudzenie jeszcze silniejszej polaryzacji i ostateczne zlikwidowanie centrum, które odwraca się od obecnej władzy. Można to zrobić jedynie poprzez pogłębienie i tak sporych społeczno-politycznych podziałów. Mówiąc obrazowo, Donald Tusk zamierza wykopać między obecną opozycją i ugrupowaniami tworzącymi układ władzy jeszcze głębszy rów niż dotychczas, wypełnić go benzyną i podpalić. By nie były możliwe żadne sojusze czy nawet negocjacje między podzielonymi stronami.

Jego celem jest odebranie politykom pokroju Szymona Hołowni, Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz czy Władysława Kosiniaka-Kamysza jakiegokolwiek pola manewru. Nie chodzi jedynie o zagonienie ich na wspólną listę w wyborach do parlamentu, ale także o stworzenie sytuacji, w której wygrana prawicy będzie dla nich oznaczała spadek w niebyt. Nawet jeśli nie trafią za kratki, mają być pozbawieni szans na wejście do Sejmu.

Im bardziej Tusk będzie wikłał obóz władzy w kolejne represje i destrukcję instytucji państwa, tym mniej będą mogli dystansować się od niego i jego metod. Jest to szczególnie istotne po doświadczeniach z wyborów prezydenckich, które przyniosły dotkliwą i brzemienną w skutki porażkę Koalicji Obywatelskiej.

Kampania wyborcza, kolejne debaty i budowanie własnych, odrębnych od KO programów siłą rzeczy będą musiały skończyć się dystansowaniem od samego Tuska i zrzucaniem na niego całej odpowiedzialności za łamanie prawa i niezliczone skandale. To byłaby dla niego prosta droga do klęski. Wzmożenie politycznych represji i zaangażowanie w to całej koalicji ma wywołać efekt współodpowiedzialności. Lider KO ma być dla nich jedyną szansą na przetrwanie: albo z nim jako przywódcą pokonają PiS wszelkimi metodami, albo przyszłość dla nich nie istnieje.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 15.09.2026 06:00
Źródło: Tygodnik Solidarność 37/2026