Szukaj
Konto

Clint Eastwood lubi Polaków?

Clint Eastwood lubi Polaków?
Źródło: YouTube | Autor: Zrzut z YouTube | Licencja: Zrzut z YouTube | Clint Eastwood
Polskie wątki w hollywoodzkich filmach zazwyczaj nie były dla nas pochlebne. Polaków przedstawiano jako alkoholików, prymitywów albo wręcz jako współpracowników niemieckich współodpowiedzialnych za Holokaust. Wyjątkiem są jednak bohaterowie filmów wyreżyserowanych przez Clinta Eastwooda. W jego dziełach wyraźnie czuć sympatię dla naszego narodu.
Co musisz wiedzieć:
  • Clint Eastwood jako jeden z nielicznych hollywoodzkich twórców przedstawia bohaterów polskiego pochodzenia w pozytywnym świetle.
  • Autorka przeciwstawia filmy Eastwooda dominującym w Hollywood i części polskiego kina stereotypom Polaków.
  • Zdaniem autorki sympatia Eastwooda do polskiego charakteru wynika z podobnego światopoglądu.

Z czego to wynika?

„Już od dzieciństwa drażnili mnie ludzie, którzy mi mówili, jak mam żyć”

– powiedział wybitny amerykański reżyser i aktor w wywiadzie dla magazynu „USA Weekend”. Być może właśnie te cechy charakteryzujące Polaków, czyli buntownicza natura i umiłowanie wolności, na tyle spodobały się Eastwoodowi, że postanowił je uwiecznić w swoich filmach.

„Ostatnio wszyscy po cichu mieli dosyć politycznej poprawności. Żyjemy w pokoleniu całującym wszystkim tyłki. Żyjemy w pokoleniu ciot. Wszyscy chodzą po skorupkach jajek. Ludzie oskarżają się o bycie rasistami. Gdy ja dorastałem, pewne rzeczy nie były nazywane rasizmem”

– powiedział kilka lat temu reżyser. Także i ta konstatacja brzmi nieco „po polsku” i równie dobrze możemy wyobrazić sobie, że sformułował ją nie Clint Eastwood, ale pan Mieczysław z Lubelszczyzny.

 

Chłopska mądrość kowboja

To połączenie „chłopskiej mądrości”, szorstkiego języka, ale i zdrowego rozsądku oraz kryjącego się pod maską twardziela dobrego serca to wypisz wymaluj cechy Walta Kowalskiego, głównego bohatera głośnego i bardzo dobrze przyjętego filmu Eastwooda pt. „Gran Torino”. W rolę Kowalskiego, Amerykanina o polskich korzeniach, wcielił się zresztą sam reżyser i odegrał ją tak przekonująco, że trudno nie odnieść wrażenia, iż po prostu sprawiało mu to przyjemność. Filmowy Kowalski to weteran wojny w Korei, sfrustrowany i „zdziadziały” konserwatysta, mający nawet opinię rasisty, z niechęcią wypowiadający się o „czarnych” i „żółtkach”. Po śmierci ukochanej żony zamyka się w sobie, pije piwo na tarasie i odpędza potencjalnych intruzów, strasząc ich strzelbą. Jedyną pasją Kowalskiego staje się jego wypieszczone auto, tytułowy Ford Gran Torino.

Pod tym szorstkim wizerunkiem kryje się jednak człowiek prawy i szlachetny, a nawet heroiczny. Kiedy życie stawia przed nim dramatyczne wyzwania, nie waha się ani chwili, by zaryzykować wszystkim w obronie słabszych. Dla młodego, zagubionego chłopaka, którego poznaje na swojej drodze, staje się wzorem męskości, ucząc go, co znaczą niemodne we współczesnym świecie, a jednak zapewniające życiowy azymut pojęcia, takie jak honor, odpowiedzialność czy odwaga. Walt Kowalski to także przykład człowieka, któremu trudno nawinąć makaron na uszy. Swoje wie. Nie ulega modom, nie zależy mu na dobrej opinii otoczenia. Bywa nieznośny, męczący, uparty, ale, kiedy życie mówi: sprawdzam, staje na wysokości zadania i zdaje egzamin z człowieczeństwa.

 

„Chcę, żeby ludzie czerpali z kina coś więcej”

Podobne cechy jak Walt Kowalski z „Gran Torino” wykazuje inny, tym razem drugoplanowy bohater kolejnego świetnego filmu w reżyserii Eastwooda. „Przysięgły nr 2” to film z 2024 roku, który niedawno trafił na platformę Netflix. Przyjemnie jest obejrzeć dzieło nie tylko dobrze wyreżyserowane i zagrane, ale przede wszystkim dające do myślenia, niebanalne, dotykające głębi moralnych dylematów, a nie skupiające się jedynie na zapewnieniu widzowi dawki adrenaliny, a reżyserowi – pieniędzy.

Na marginesie, Clint Eastwood, choć, nie ukrywajmy, nie jest człowiekiem biednym, nie traktuje sztuki filmowej jako środka do osiągnięcia celu finansowego. Dzieje się raczej odwrotnie – sukces komercyjny jest tutaj raczej „produktem ubocznym” świetnego efektu artystycznego. Reżyser jest zresztą znany z tego, że budżety na jego filmy nie są nigdy rozdęte i że zazwyczaj nie tylko ich nie przekracza, ale wręcz nie wypełnia.

„Film kosztował 31 milionów dolarów? Mając takie pieniądze, mógłbym dokonać inwazji na jakiś kraj”

– zażartował kiedyś amerykański reżyser. Odnosząc się do tematyki swoich dzieł, powiedział z kolei:

„Nie chcę kopiować bieżących trendów ani robić kina dla nastolatków. Chcę, żeby ludzie czerpali z kina coś więcej”.

I tak jest w istocie. „Przysięgły nr 2” to film dotykający najgłębszych kwestii – rozumienia tego, czym jest człowieczeństwo, co to znaczy odpowiedzialność, jakie są konsekwencje naszych wyborów i jak bardzo nasz fasadowy wizerunek może różnić się od tego, co ukrywamy wewnątrz. Tytułową rolę w filmie Eastwooda zagrał (i to świetnie!) Nicholas Caradoc Hoult znany z kultowej komedii romantycznej „Był sobie chłopiec”. Z kolei w rolę Harolda Chicowskiego, Amerykanina polskiego pochodzenia, wcielił się Jonathan Kimble Simmons. Chicowski to w „Przysięgłym nr 2” bohater drugiego planu, jednak kluczowy dla rozwoju akcji i dla puenty filmu. To emerytowany policjant, facet po przejściach, niekoniecznie brylujący na świeczniku, raczej działający zakulisowo, ale bardzo skutecznie. Widać w nim te same cechy, którymi Eastwood obdarzył Kowalskiego z „Gran Torino” – pozorną szorstkość, niezbyt magnetyczną aurę, a jednocześnie uczciwość, bystrość i bezkompromisowość w ważnych sprawach.

Wydaje się, że Eastwood zauważył w Polakach to, czego my samy często nie tylko nie doceniamy, ale co często wręcz traktujemy jak wadę i czego się wstydzimy. Amerykański reżyser świetnie wyłapał tę zadziorną, czasem irytującą, nutkę polskiego „kowboja” i uwiecznił ją w swoich filmach, umiejscawiając nas tym samym w pewien sposób w „tradycji westernowej”, do której polska dusza i historia pasują wręcz idealnie.

 

„Nieznana wojna Hollywood”

Tej samej nuty zdają się wstydzić rodzimi reżyserzy, z uporem maniaka próbując kupić sobie „przepustkę do wielkiego świata” kreśleniem filmowego wizerunku Polaka buraka, prymitywa, a najlepiej rasisty czy antysemity. Taką „gębę” dorabiała nam „Ida” Pawła Pawlikowskiego, podobne przesłanie niosła „Zielona granica” Agnieszki Holland. W najbardziej znanych produkcjach Hollywood polskie wątki praktycznie nie istnieją w oderwaniu od wątków żydowskich, jak choćby w filmie „Wybór Zofii”, w „Liście Schindlera”, „Niepokonanym” czy „Pianiście”. Hollywood to nie tylko przemysł rozrywkowy, ale także potężny ośrodek polityki historycznej mający moc kształtowania PR-u oraz budowania i obalania stereotypów narodowych. Po II wojnie światowej w Hollywood nakręcono około 440 filmów o Holokauście. Niestety w niektórych z nich pojawiały się krzywdzące dla Polski i Polaków stereotypy, wobec których nasz kraj pozostawał przez długie lata bezbronny, nie mając żadnych możliwości PR-owych jako obszar de facto okupowany przez ZSRR i zdradzony przez jałtańskich „sojuszników”.

Co ciekawe, antypolska propaganda w Hollywood istniała już w czasie II wojny światowej, o czym pisze w książce „Nieznana wojna Hollywood przeciwko Polsce 1939–1945” historyk i politolog z Central Connecticut State University profesor Mieczysław B. Biskupski. Badacz wskazuje, że antypolska propaganda była wówczas potrzebna Stalinowi, z którym zachodnie władze zawarły pakt kosztem naszego kraju.

Po wojnie amerykański przemysł filmowy chętnie wchłaniał polskie talenty, pod warunkiem jednak, że będą realizować cele Hollywood. Marzenia polskich konserwatystów o tym, żeby w amerykańskiej wytwórni powstawały filmy opowiadające o najważniejszych wydarzeniach polskiej historii z amerykańskim rozmachem, wydają się nie uwzględniać wspomnianego wyżej faktu, iż Hollywood nie jest de facto niezależną wytwórnią filmową, ale gigantyczną machiną PR-ową o wieloletniej historii. Coś jednak z polskiego ducha niejako „niechcący” się tam przebiło, o czym świadczą choćby wątki z filmów Clinta Eastwooda.

Inna sprawa, że Hollywood przeżywa raczej swój zmierzch niż erę świetności, także nie ma chyba sensu walczyć o znalezienie tam swojego miejsca. Nie zmienia to faktu, że polska historia jest kopalnią inspiracji dla twórców, szczególnie tych, którzy zmęczeni wszechobecną propagandą i polityczną poprawnością zafascynują się polskim duchem, w którym walka o wolność ma domieszkę ułańskiej fantazji, dobroć miesza się z naiwnością, a pozorny upór potrafi dać pierwszeństwo odruchowi serca.

[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 30.07.2026 09:59
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 30/2026, oprac. Ludwik Pęzioł