Marcin Bąk: Jak wyjść żywym z wojny

Ostatni wielki zbrojny zryw narodowy w naszych dziejach, jakim było Powstanie, stanowił ciężkie wyzwanie dla ludności cywilnej stolicy. Akcja przewidziana na trzy do czterech dni przeciągnęła się na długie dwa miesiące walk. Nie wszędzie Powstanie trwało dwa miesiące oczywiście ale tak to mniej więcej wyglądało na Śródmieściu, które dotrwało aż do początków października. Tak jak struktury konspiracyjne Armii Krajowej w Warszawie nie były przygotowane na dwumiesięczne, mordercze walki z Niemcami, tak nie była, bo i nie bardzo mogła być, przygotowana ludność miasta. Pochylenie się nad losami warszawiaków w 1944 i porównanie ich z podobnymi doświadczeniami ludzi chociażby ze współczesnej Ukrainy daje wiele do myślenia. Jeśli chodzi o źródła do interesujących nas kwestii, to istnieją oczywiście materiały Delegatury Rządu, istnieją raporty dowódców oddziałów Armii Krajowej i istnieją przede wszystkim niezliczone wspomnienia uczestników tych wydarzeń. W moim przypadku są to wspomnienia z Żoliborza, Bielan i Powązek, z którymi to rejonami Warszawy moja rodzina była związana jeszcze przed wojną.
Jak sobie radzono?
Gdy czytamy relacje z czasów powstania, gdy ja sam przypominam sobie wspomnienia moich Dziadków i ich znajomych, jeden motyw powtarza się dość często. Warszawiacy, choć nie byli przygotowani na konkretne działanie w postaci dwumiesięcznego Powstania, to mieli już za sobą niezłą, kilkuletnią okupacyjną szkołę przetrwania. Bo okupacja w Warszawie była nie tylko straszna. Była też zimna, głodna i chłodna. Polacy musieli nauczyć się nie tylko tego, jak unikać łapanek na ulicach, jak strzec się szpiclów ale też jak rozsądnie gospodarować skromnymi zapasami żywności, jak przygotowywać posiłki z tego co jest, jak radzić sobie bez prądu elektrycznego. Te doświadczenia okazały się niezwykle przydatne podczas dni i tygodni Powstania. Trzeba pamiętać, że Warszawa z lat okupacyjnych wyglądała zgoła inaczej niż nasze miasto w XXI wieku i nie chodzi tylko o zniszczoną, nie istniejącą już dzisiaj zabudowę. Wiele terenów zielonych, wiele ogródków rekreacyjnych i skwerów, zamienionych zostało w grządki uprawne. To była smutna, wojenna konieczność. Warszawiacy uprawiali ziemniaki, pomidory, marchew, kapustę i wiele innych jadalnych roślin, które wzbogacały skromny, wojenny jadłospis. W szczególnie uprzywilejowanej pozycji znajdowały się zewnętrzne dzielnice miasta, czasem nazywane Zieloną Warszawą, mające nieraz półwiejski charakter. Tam hodowano krowy, króliki czy drób. Do takich dzielnic należały między innymi Powązki czy Marymont, których okupacyjną i powstańczą rzeczywistość znam nie tylko z książek ale i ze wspomnień członków mojej rodziny. Znacznie gorsza sytuację pod tym względem mieli mieszkańcy „kamiennego” Śródmieścia, które zresztą walczyło najdłużej. Niemniej i tam starano się podczas okupacji zagospodarować każdy nadający się do tego skrawek ziemi. Umiejętność zdobywania pożywienia, zdobywania opału by go przygotować, robienia przysłowiowej zupy na gwoździu bardzo się podczas Powstania przydawała. Podobnie było z wodą – wodociągi błyskawicznie przestały działać, przez prawie dwa miesiące nie padał deszcze. Działające przy domach studnie i pompy abisynki ratowały sytuację. Do rangi symbolu urosły miejsca, z których czerpano artykuły spożywcze. Takim miejscem były do połowy sierpnia magazyny na Stawkach, do końca Powstania browar Haberbusha zapewniał dla Śródmieścia ziarno i słód jęczmienny. Na Marymoncie podobną rolę odgrywała Olejarnia, z której olej spożywczy stanowił ważny element jadłospisu mieszkańców Żoliborza.
Współpraca
Niezwykle ważna w sytuacjach kryzysowych a taką było bez wątpienia Powstanie, jest umiejętność współpracy i działania w grupie. Trzeba jasno zaznaczyć, że człowiek podlega tu dwóm różnym, przeciwstawnym tendencjom. Z jednej strony jest w nas myśl – „Ratujmy siebie i swoją rodzinę, niech cały świat się wali, ja jestem najważniejszy”, z drugiej chęć szukania ratunku i pomocy w grupie. Tam, gdzie ta druga tendencja zwycięża, rezultaty są na ogół dla wszystkich lepsze. Mamy ogromną liczbę przykładów wspaniałej współpracy warszawiaków z tych dwóch heroicznych miesięcy. Komitety blokowe, organizacje samopomocy, wsparcie ze strony takich instytucji jak harcerstwo czy przedstawicielstwo Delegatury Rządu, czyli administracji. Wspaniałą kartę zapisali przedstawiciele Kościoła, księża i osoby konsekrowane.
Wojna kiedyś, wojna dzisiaj
Tych przykładów funkcjonowania w trudnej, wojennej rzeczywistości jest oczywiście znacznie więcej, nie sposób ich wymienić w krótkim felietonie. Warto natomiast porównać doświadczenia warszawiaków z 1944 roku z tym, co dzieje się od czterech lat na terenie Ukrainy. Realia wojny zmieniły się, pojawiły się nowe wyzwania ale i nowe możliwości. Coraz więcej jest na rynku materiałów ukazujących życie Ukraińców w sytuacja ciągłego zagrożenia, nalotów, dronów, permanentnych braków zaopatrzenia i energii. Wydanych zostało już kilka książek, w tym polskich autorów, którzy całkiem nieźle, również na podstawie własnych obserwacji, opisują realia życia i przeżycia w ogarniętym wojna kraju. Warto wyciągać wnioski i uczyc się na doświadczeniach naszych przodków i współczesnych doświadczeniach Ukraińców. Nie przyda się ta nauka na nic bo nie będzie wojny – to i dobrze. Ale jakby co... to zawsze lepiej taką wiedzę i umiejętności
Komentarze
Dmitrij Medwiediew: Obywatele krajów UE, spokojny sen dobiegł końca

Zmasowane ataki Izraela na Liban

Polskie tiry tracą unijny rynek

Jan Wróbel: Ile dywizji ma demokracja

Piotr Skwieciński: Rosja szykuje propagandę pozornego zwycięstwa?







