Szukaj
Konto

Rząd coraz częściej mówi o zagrożeniu wojną. A co w tej sprawie robi?

Wnętrze schronu obrony cywilnej w Przemyślu
Źródło: Wikipedia | Autor: 9Monter1 | Licencja: CC BY-SA 4,0 | Wnętrze schronu obrony cywilnej w Przemyślu
Polskie władze coraz częściej ostrzegają przed zagrożeniami związanymi z wojną Rosji przeciwko Ukrainie. Jednocześnie kolejne incydenty z rakietami i dronami pokazują problemy z alarmowaniem ludności, a dostęp do pełnowartościowych schronów pozostaje ograniczony. Państwo przeznaczyło jednak blisko 34 mld zł na Program Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej. Sprawdzamy, co rzeczywiście zmieniło się w przygotowaniu Polski na kryzys i gdzie nadal pozostają największe luki.
Co musisz wiedzieć:
  • Rosyjskie działania przeciwko Polsce stanowią realne zagrożenie dla bezpieczeństwa. ABW informuje o nasileniu operacji wywiadowczych, dywersyjnych i dezinformacyjnych, a kolejne incydenty z rosyjskimi rakietami i dronami ujawniły problemy z ostrzeganiem ludności.

  • Państwo uruchomiło Program Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej o wartości blisko 34 mld zł na lata 2025–2026. Pieniądze mają finansować m.in. schrony i miejsca ukrycia, systemy alarmowania i łączności, wyposażenie służb oraz przygotowanie ludności na sytuacje kryzysowe.

  • Kontrola NIK w 2024 wykazała, że miejsca w schronach i ukryciach wystarczały dla mniej niż 4 proc. mieszkańców Polski, a znaczna część sprawdzonych obiektów nie spełniała wymaganych warunków technicznych.

 

Polska w pułapce wojennej retoryki

W nocy z 29 na 30 lipca na pole pod Tarnawą-Kolonią na Lubelszczyźnie spadła rosyjska rakieta Ch-101. Wybuch wyrwał krater na dziesięć metrów. W powiecie kraśnickim syreny się spóźniły, bo pracownik odpowiedzialny za ich włączenie próbował dodzwonić się do przełożonego. W wielu wsiach ludzie dowiedzieli się o zagrożeniu rano, z mediów.

Sześć tygodni później, 10 września, premier Donald Tusk ogłosił w Bratysławie, że otrzymał „dość precyzyjny raport bezpośrednio od szefa CIA”, który ostrzega go przed wojną. Tydzień później otoczenie prezydenta twierdziło, że raportu nie było. 30 września minister koordynator służb uznał pytanie o jego formę za absurdalne. Tego samego dnia wiceminister Ireneusz Raś mówił w radiu, że w razie wojny wybory w 2027 roku „się nie odbędą”.

W ostatnim miesiącu ilość wojennych komunikatów w wypowiedziach polityków partii rządzącej gwałtownie rośnie, jednocześnie zawierają coraz bardziej radykalne stwierdzenia i wnioski. Dodatkowo zaobserwować można zmęczenie alarmami. Gdy system wysyła zbyt wiele ostrzeżeń, a żadne nie mówi, co zrobić, ludzie przestają je czytać. Państwo polskie właśnie wpada w pułapkę: słów o wojnie jest coraz więcej, przy jednoczesnym wolnym tempie wprowadzania realnych zmian systemu obrony państwa.

 

Zagrożenie ze strony Rosji jest realne

Zacznę od tego, w czym rząd ma rację: zagrożenie jest realne i poważniejsze niż cztery lata temu. Nie chodzi o liczbę incydentów, bo ta się prawie nie zmienia. Od 2022 roku rosyjskie rakiety i drony naruszają naszą przestrzeń powietrzną od jednego do trzech razy w roku. Zmienia się to, że te incydenty są skoordynowane z działaniami w państwach ościennych oraz jakościowo zmienia się ich możliwość eskalacji.

W grudniu 2022 roku pod Bydgoszczą spadła rakieta Ch-55, która zamiast głowicy bojowej niosła betonowy balast. Był to wabik, mający odciągać ukraińską obronę od prawdziwych celów. We wrześniu 2025 roku nad Polskę wleciało dziewiętnaście rosyjskich dronów, a nasze myśliwce po raz pierwszy w historii NATO zestrzeliły rosyjskie maszyny nad terytorium Sojuszu. W lipcu 2026 roku prokuratura potwierdziła, że w szczątkach Ch-101 spod Tarnawy-Kolonii był materiał wybuchowy. W 2022 roku Rosja rzucała w naszą stronę betonem, później styropianem a w 2026 to jest już trotyl.

To samo widać w pracy kontrwywiadu. Według jawnego raportu ABW w latach 2024–2025 Agencja prowadziła ponad 60 postępowań dotyczących szpiegostwa, z czego 48 wszczęto w 2025 r.. Część tego wzrostu wynika z rozbudowy samej służby, która w 2024 roku odtworzyła dziesięć delegatur. Ale nawet z tą poprawką trend jest jednoznaczny: rosyjskie działania przeciwko Polsce się nasilają. Skoro tak, należy zdać pytanie co z tą wiedzą zrobiliśmy?

 

34 mld zł na ochronę ludności. Co już zrobiono?

Uczciwie trzeba przyznać, że państwo coś zrobiło. Od 2025 roku obowiązuje ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej, a rządowy program na lata 2025–2026 to blisko 34 miliardy złotych. Zakłada on, że miejsce we wszystkich obiektach zbiorowej ochrony będzie miała połowa mieszkańców miast i jedna czwarta mieszkańców wsi.

Ile osób rzeczywiście może znaleźć schronienie?

Tyle mówi papier i decyzja budżetowa. A konkrety? Najwyższa Izba Kontroli policzyła w 2024 roku, że miejsce w schronach i ukryciach ma około 1,4 miliona osób, czyli niecałe 4 procent Polaków. W prawdziwych schronach tylko około 1 procenta. Dwie trzecie istniejących schronów NIK oceniła jako będące w złym stanie technicznym. Od wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie żaden rząd — ani poprzedni, ani obecny — nie oddał do użytku ani jednego publicznego schronu. Pierwsze budowy ruszyły dopiero latem 2026.

Co oznacza „Gdzie się ukryć”?

Rząd chętnie podaje inną liczbę: aplikacja „Gdzie się ukryć” wskazuje ponad 81 tysięcy punktów, które mieszczą 62,8 procent ludności. Tylko że w ogromnej większości to miejsca doraźnego schronienia — piwnice, garaże podziemne, przejścia, stacje metra. Chronią przed odłamkami i złą pogodą, ale nie przed rakietą z głowicą bojową.

Zestawmy te dwie rzeczy. Premier mówi o raporcie CIA i o krytycznych miesiącach, które nas czekają. Jednocześnie od celu „połowa mieszkańców miast w ukryciu” dzieli nas kilkadziesiąt punktów procentowych. Jeśli zagrożenie jest tak poważne, jak mówi premier, to właśnie ta liczba powinna padać na każdej konferencji prasowej. Bo tylko ona coś znaczy dla matki z Chełma czy emeryta z Białej Podlaskiej.

 

Milczenie władz w sytuacjach kryzysowych

Drugi problem jest mniej widoczny, ale równie groźny. Kiedy coś naprawdę spada na Polskę, państwo najpierw milczy, a potem tłumaczy. I nie jest to przypadłość jednej ekipy.

  • W grudniu 2022 roku, za rządów PiS, rakieta Ch-55 wleciała nad Polskę i spadła w lesie pod Bydgoszczą. Poszukiwania przerwano po trzech dniach. Znalazła ją w kwietniu przypadkowa kobieta podczas przejażdżki konnej. Minister obrony obwinił dowódcę operacyjnego, że nie poinformował ani jego, ani Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Obywatele przez cztery miesiące nie wiedzieli nic.
  • We wrześniu 2025 roku, za rządów obecnej koalicji, w czasie nalotu dronów uszkodzony został dom w Wyrykach. To nie rząd, tylko „Rzeczpospolita” ujawniła publicznie, że najprawdopodobniej trafiła w niego polska rakieta wystrzelona z F-16.
  • W lipcu 2026 roku alarm pod Tarnawą-Kolonią objął siedemnaście powiatów. Według wojewody lubelskiego syreny zgodnie z planem włączono w siedmiu. Alertu RCB z wyjaśnieniem nie wysłano — premier przyznał później, że powinien był zostać wysłany.

Zmieniają się ministrowie, nie zmienia się schemat działania. To nie jest nie tylko problem tej czy innej partii, ale dotyka istoty państwa, które nie ma standardu mówienia obywatelom prawdy w czasie kryzysu. A tam, gdzie państwo milczy, ktoś inny zaczyna mówić.

 

Polacy przestają wierzyć urzędnikom?

Część komentatorów twierdzi, że wojenna retoryka ma społeczeństwo zastraszyć, a zastraszonym społeczeństwem łatwiej sterować. Jednak w sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” w kwietniu 2024 roku 27,3 procent Polaków obawiało się, że wojna przeniesie się do Polski. We wrześniu 2026 roku tak twierdziło już tylko 15,6 procent. Zagrożenie rośnie, a strach maleje.

Nie sądzę, żeby Polacy się uspokoili. Sądzę, że przestają wierzyć słowom urzędników. Chłopiec z bajki, który wołał „wilk!”, nie zastraszył wioski. Sprawił, że nikt nie przyszedł, kiedy wilk naprawdę się pojawił. Do tego dochodzą alerty RCB: mieszkańcy wschodniej Polski dostają SMS-y o nalotach na Ukrainę, z którymi nie mogą nic zrobić. Alarm bez instrukcji nie jest ostrzeżeniem, lecz wyłącznie wprowadza niepotrzebny szum.

W tę próżnię wchodzą teorie spiskowe. Od 24 września w sieci krąży film o rzekomej „tajnej umowie Tuska z Zełenskim”, na mocy której rząd miałby wpuszczać rosyjskie drony, żeby straszyć Polaków. Autor nie pokazał żadnego dokumentu. Nawet portal sprzyjający tej tezie przyznał, że dowodu nie ma. Tu natomiast warto natomiast przytoczyć, co o celach Rosji napisała ABW w swoim jawnym raporcie, w którym czytamy, że chodzi o podważanie zaufania do państwa, polaryzację i zastraszanie społeczeństwa. Do tego nie potrzeba żadnej tajnej umowy. Wystarczy, że państwo dużo mówi, wolno buduje, a w nocy, gdy spada rakieta, milczy. Wystarczy próżnia informacyjna.

 

Wojna jako treść komunikacji politycznej

Z powyższym wiąże się jeszcze jedno zjawisko i ono jest kluczem do zrozumienia fiaska komunikacyjnego. Wojenne wypowiedzi premiera i ministrów nie spełniają roli jaką aparat państwa powinien pełnić w sytuacji zagrożenia. Są raczej komunikacją polityczną ubraną w troskę o bezpieczeństwo Polski.

Dla koalicji rządzącej ma ona jedną wielką zaletę: prowadzenia komunikacji wokół zagrożeń bezpieczeństwa pozwala pomijać lub niwelować pytania o inne obszary życia politycznego. Obywatel jest mniej skłonny pytać o afery w Służbie Zdrowia, zarzuty kryminalne wobec posła lub przekroczenie uprawnień przez Rzecznika Praw Dziecka. Jest bardziej skory znosić wysokie ceny paliw na stacjach czy podwyżki prądu. Mamy więc do czynienia z przesunięciem uwagi obywateli na inny, w rzeczywistości pozorny problem.

Ostatnia wypowiedź wiceministra sportu doskonale wpasowuje się w tą strategię. W wyborcach opozycji może wywołać wrażenie, że KO chce faktycznie zakłócić normalny tryb wyborczy, choć bez udziału Prezydenta jest to niemożliwe. Pan poseł Raś nie jest anonimowym działaczem partii, tylko prominentnym politykiem należącym do struktury władzy. Należy więc jeszcze raz podkreślić, że taka strategia polityczna naraża Polskę na niebezpieczeństwo i wpisuje się w Rosyjską strategię destabilizacji Polski. Jeśli obywatel nie będzie ufał swojemu rządowi, to czy będzie chciał walczyć „za polityków”?

 

Cztery rzeczy do zrobienia przed zimą

Zima to czas, w którym Rosja wraca do zmasowanych nalotów na ukraińską energetykę. Każdy taki nalot to setki rakiet i dronów, a każda z nich może zboczyć z kursu. Przed zimą państwo powinno zrobić cztery rzeczy.

  • Po pierwsze, jawny licznik schronów. Co kwartał, dla każdego powiatu, publiczna liczba miejsc w prawdziwych schronach i ukryciach — nie w piwnicach z aplikacji. Obok niej roczny, jawny rejestr incydentów, wzorem majowego raportu ABW. Mniej konferencji o raportach, więcej tej jednej liczby.
  • Po drugie, po każdym incydencie komunikat w określonym, z góry znanym terminie, w formule: co wiemy, czego nie wiemy, co robić. Jeśli państwo czegoś nie wie, niech to powie. Obywatel wybaczy niewiedzę, milczenia lub kłamstwa nie wybaczy.
  • Po trzecie, alert tylko z instrukcją. SMS RCB powinien przychodzić wtedy, gdy obywatel ma coś zrobić, i mówić, gdzie się schować. Informacje o nalotach na Ukrainę mogą trafiać do mediów, a nie do polskich telefonów o trzeciej w nocy.
  • Po czwarte, oddzielić pytania od dezinformacji. Pytanie „dlaczego nie było alertu?” albo „czy raport CIA istniał?” to nie rosyjska propaganda, tylko obywatelskie prawo. Państwo, które odpowiada na trudne pytania, odbiera paliwo teoriom spiskowym.

 

Źródła

 

[O autorze: Jakub Krysiewicz jest założycielem Instytutu Suwerenności. Od lat analizuje kwestie polskiej niezależności cyfrowej, energetycznej i obronnej]

[Tytuł, lead, sekcja "Co musisz wiedzieć" i niektóre śródtytuły od Redakcji]

 

Komentarzy: 0
Data publikacji: 01.10.2026 17:53
Źródło: ABW/ BBN/ NIK/ WP/ RP/ Forsal/ PR24/ Strefa Obrony/ Defene24/ Pressmania