Szukaj
Konto

Liberalni foliarze. Gdy reptilian zastępują PiS-owcy

Liberalni foliarze. Gdy reptilian zastępują PiS-owcy
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Krzysztof Karnkowski | Licencja: Tygodnik Solidarność | Tomasz Wiejski, Jan Piński, Eliza Michalik
Foliarstwo nie posiada barw politycznych. Choć w powszechnym odbiorze kojarzy się głównie z prawicą i jej opowieściami o szczepionkowej depopulacji, globalnych elitach czy tajnych planach Nowego Porządku Świata, sam mechanizm myślenia jest znacznie bardziej uniwersalny.
Co musisz wiedzieć:
  • Liberalne foliarstwo pokazuje, że wiara w ukryte siły sterujące światem nie jest domeną prawicy.
  • W tej narracji PiS nawet będąc w opozycji tworzy wszechpotężne „tajne państwo”, stanowiące główny ośrodek władzy w Polsce.
  • Politycy i dziennikarze, którzy nie realizują oczekiwań liberalnych foliarzy, stają się podejrzanymi o agenturę.
  • Foliarstwo może realnie radykalizować politykę.

Środowiska liberalne od lat przedstawiają się jako przeciwwaga dla „irracjonalnej prawicy”. To one miały reprezentować oświeceniowe ideały: naukę, rozum i przywiązanie do faktów, podczas gdy ich przeciwnicy mieli poruszać się w świecie mitów, pseudonauki i spisków. Wystarczy jednak trochę lepiej przyjrzeć się środowisku liberałów, aby dostrzec, że wiara w ukryte złowieszcze siły rządzące światem nie jest zarezerwowana dla jednej strony ideowego sporu.

 

Witamy w uniwersum

Mapa liberalnego foliarstwa w Polsce jest rozległa i obejmuje zarówno polityków, ludzi mediów, influencerów, jak i osoby związane niegdyś ze służbami. Łączy ich podobny zestaw poglądów politycznych i – co ciekawsze – podobny sposób interpretowania rzeczywistości. Dla nich polityka rzadko bywa wynikiem konfliktu interesów, nieudolności czy – broń Boże – przypadku. Znacznie częściej staje się elementem większego planu, w którym ktoś zza kulis pociąga za wszystkie sznurki.

Jedną z centralnych postaci tego środowiska jest Roman Giertych. To przy nim wyrosły całe zastępy tropicieli kolejnych „afer”, ukrytych powiązań i tajnych operacji. Orbitują wokół niego rozmaite konta społecznościowe – od zwykłych hejterskich profili po rozbudowane kanały komentatorskie. Nie chodzi przy tym o sam poziom ich politycznego fanatyzmu. Fanatyk nie musi być przecież foliarzem. Foliarstwo zaczyna się dopiero tam, gdzie pojawia się przekonanie, że za „oficjalną” rzeczywistością zawsze musi kryć się jakaś ukryta siła.

W przypadku liberalnych mediów nestorem foliowego dziennikarstwa pozostaje redaktor Tomasz Piątek, którego działalność przez lata opierała się na słynnym „rysowaniu strzałek”, czyli tropieniu mniej lub bardziej prawdopodobnych powiązań politycznych, biznesowych i wywiadowczych. Dziś został jednak wyprzedzony przez młodszych, zdolniejszych i bardziej radykalnych. Wśród najbardziej rozpoznawalnych przedstawicieli tego środowiska dziś znajduje się „wielka trójca”: Eliza Michalik, Tomasz Wiejski i Jan Piński. Choć nie są obecni w największych instytucjonalnych mediach, dzięki własnym kanałom komunikacji zbudowali liczne audytoria, a wręcz całe wspierające się społeczności.

Osobną kategorię stanowią samozwańczy eksperci odwołujący się do swojej przeszłości w służbach lub przekonujący, że posiadają szczególną wiedzę o funkcjonowaniu państwa – jak Tomasz Szwejgiert czy pułkownik Piotr Wroński. Jest też cała galeria internetowych osobliwości pokroju Aleksandry Sarny – psycholog występującej przed kamerą w zmysłowych nocnych koszulach i jednej z głównych popularyzatorek teorii o „geju Kaczyńskim”.

 

PiS ciągle rządzi

Typowym elementem foliarskiego myślenia jest przekonanie, że „oficjalna rzeczywistość” stanowi jedynie starannie przygotowane przedstawienie. Politycy, których oglądamy w telewizji, są wyłącznie aktorami odgrywającymi przypisane im role, podczas gdy reżyser znajduje się poza polem widzenia niewtajemniczonego obserwatora. W klasycznych teoriach spiskowych za kulisami stoją żydzi, masoni, globaliści, elity czy (w bardziej „odlotowych” wersjach) reptilianie czy inne "Anunnaki". W krajowej, liberalnej wersji tej opowieści rolę wszechpotężnego ośrodka sterowania odgrywa Prawo i Sprawiedliwość – nawet wtedy gdy formalnie znajduje się w opozycji.

Według tej narracji osiem lat rządów Zjednoczonej Prawicy wystarczyło do zbudowania tajnego (w innych wariantach: równoległego, podziemnego) państwa – sieci wpływów tak głębokiej, że przetrwała zmianę władzy. Jeśli więc „siły demokratyczne” nie potrafią zrealizować swoich obietnic, nie jest to efekt własnej nieudolności czy lenistwa. Odpowiedź jest mniej oczywista: PiS nadal kontroluje państwo. Nie można więc rozliczać Donalda Tuska ze słabych rządów, ponieważ rzeczywista władza nie leży w jego rękach. Jednak z braku likwidacji „tajnego państwa PiS”, które jest właśnie tym ukrytym ośrodkiem, jak najbardziej.

Skąd wiemy jednak o jego istnieniu? Dowodem mają być między innymi informacje pojawiające się w prawicowych mediach. Skoro Telewizja Republika albo inne nieprzychylne rządowi redakcje publikują materiały niewygodne dla gabinetu Donalda Tuska, nie mogą one – według foliowej logiki – pochodzić ze zwykłej pracy dziennikarskiej. Muszą być przeciekami ze służb, a skoro służby „przeciekają”, oznacza to, że nadal pozostają pod kontrolą PiS.

 

Stan wyjątkowy pilnie potrzebny

W ten sam sposób tłumaczy się fakt, że część polityków PiS wciąż funkcjonuje w życiu publicznym, a instytucje państwowe nie zostały natychmiast podporządkowane nowej większości. Skoro przeciwnik nie został definitywnie wytrzebiony, to znaczy, że nadal dysponuje ukrytą władzą. Może ona wynikać z obecności „pisowskich” urzędników, ale również z postawy tych, którzy formalnie należą do „obozu demokratycznego”. Dlaczego jednak mieliby oni sabotować własny rząd? Odpowiedź jest prosta: ponieważ PiS zgromadziło na nich kompromitujące materiały za pomocą tzw. Pegasusa i teraz skutecznie ich szantażuje.

W tej opowieści jednym z głównych podejrzanych stał się Tomasz Siemoniak. Jako minister spraw wewnętrznych i administracji był wielokrotnie krytykowany za brak dostatecznie radykalnych zmian w służbach, co tłumaczono teorią, że jest on zakładnikiem układu PiS. Podobne oskarżenie spotyka (niewystarczająco krwawego) prokuratora krajowego Dariusza Korneluka, którego część komentatorów zaczęła przedstawiać jako kolejnego „ukrytego PiS-owca”.

Najciekawsze są jednak polityczne konsekwencje takiego sposobu myślenia. Skoro PiS nie jest zwyczajną partią opozycyjną, lecz elementem rosyjskiej wojny hybrydowej przeciwko Polsce, zwykłe reguły demokratycznej gry przestają obowiązywać – konstatuje Tomasz Wiejski, by później zasugerować, że Donald Tusk powinien rozważyć wprowadzenie stanu wyjątkowego, aby siłowo wymienić kadry w służbach specjalnych i środowisku prawniczym – nawet kosztem ograniczenia swobód obywatelskich.

 

Krety i agenci

Na kolejną cechę liberalno-foliowego światopoglądu składa się obsesja na punkcie zdrady i agentury. W uniwersum konspiracjonistów najgorszy nie jest bowiem otwarty przeciwnik. Groźniejszy jest ten, kto pozostaje niewidoczny, a najgroźniejszy – ten, kto udaje sojusznika: wróg w przebraniu, człowiek podstawiony, agent wpływu.

Etatowym „PiS-owskim kretem” w publicystyce Elizy Michalik pozostaje Szymon Hołownia (zaraz za nim: Adam Bodnar i Władysław Kosiniak-Kamysz). Nie jest on przedstawiany jako polityk prowadzący własną grę czy popełniający błędy. Każda jego decyzja ma świadczyć o realizacji ukrytego planu. Gdy apeluje o przestrzeganie procedur – chroni PiS. Gdy opóźniają się rozliczenia – daje czas Jarosławowi Kaczyńskiemu. Gdy łagodzi polityczny konflikt – świadomie ratuje poprzednią władzę. Nawet jego chwilowe wycofanie z życia publicznego i problemy zdrowotne zostały zinterpretowane jako element operacji wizerunkowej mającej uwiarygodnić go przed kolejnym etapem realizacji „misji”. W podobny sposób kwestionowano chorobę Zbigniewa Ziobry (ochrzczoną przez Pińskiego „ziobrotworem”).

Przekupni symetryści

Podobny schemat dotyczy pojęcia „symetrysty”. W normalnym świecie jest to ktoś, kto sprzeciwia się tzw. dziennikarstwu tożsamościowemu i stara się rozdawać „razy” po równo każdej ze stron. Jednak w świecie liberalno-foliarskim symetrysta jako współczesny Judasz staje się postacią nawet gorszą od zadeklarowanego PiS-owca. To człowiek, który doskonale wie, że PiS „niszczy Polskę”, a mimo to nie walczy z nim z odpowiednią zaciekłością. Skoro więc nie zachowuje się tak, jak powinien – przekonuje Eliza Michalik – musi mieć w tym interes. Albo został kupiony, albo liczy na przyszłe korzyści, albo po prostu wykonuje czyjeś polecenia.

W tej logice podejrzane stają się również niemal wszystkie media. Kanał Zero nie jest po prostu projektem realizującym swoje cele biznesowe, lecz elementem większej operacji politycznej, przy którego założeniu „kręcili się” ludzie służb (teza Jana Pińskiego). Podobnie TVN – przez lata uznawany za sztandarową telewizję liberalnego establishmentu – zostaje okrzyknięty „telewizją prawicową, tylko w trochę lepszych garniturach”. Na tym jednak lista się nie kończy. W zależności od bieżących potrzeb do grona podejrzanych trafiają również Wirtualna Polska, Goniec czy konkretni dziennikarze, tacy jak Patryk Słowik czy Szymon Jadczak, a nawet Bartłomiej Węglarczyk. Warunek jest jeden: jeśli publikacja nie potwierdza oczekiwanej przez uniwersum konspiracjonistów narracji, to najwidoczniej jej autor pracuje dla przeciwnika.

Czasem poszukiwanie zdrajców idzie jeszcze dalej. Po wyborze Mariusza Haładyja na prezesa Najwyższej Izby Kontroli w felietonie Elizy Michalik pojawiły się sugestie, że skoro kandydat uzyskał poparcie również części osób spoza obozu rządzącego, w zmowie z PiS pozostaje również Koalicja Obywatelska. Innymi słowy: wrogiem jest każdy, kto znajduje się poza wąskim kręgiem foliowej libko-sfery.

 

Foliarz zawsze wygrywa

Choć na pierwszy rzut oka liberalne foliarstwo wydaje się zaledwie politologiczną ciekawostką, praktyka pokazuje, że w sprzyjających okolicznościach potrafi wywierać realny wpływ na politykę. Tym bardziej że jego przedstawiciele nie należą do bezwarunkowego elektoratu Donalda Tuska. Popierają obecną władzę tylko tak długo, jak długo wierzą, że bezwzględnie rozprawia się z PiS-em.

To właśnie dlatego temu środowisku trzeba co jakiś czas zapłacić odpowiednią „daninę”. Głośne zatrzymanie, spektakularne postawienie zarzutów czy nominacja osoby cieszącej się jego zaufaniem pozwalają na pewien czas rozładować narastającą frustrację. W ten sposób liberalni foliarze stają się swoistym lodołamaczem obecnej władzy – przesuwają granice radykalizmu i wywierają presję na rząd, by ten posuwał się coraz dalej.

Jednak, jak uczy doświadczenie, mechanizm, który napędza takie środowiska, często obraca się przeciwko nim samym. Skoro wszędzie można dostrzec agentów i zdrajców, prędzej czy później zaczną oni pojawiać się również we własnych szeregach. I tak historia ruchów opartych na teoriach spiskowych pokazuje, że podejrzenia z czasem nieuchronnie obejmują własnych liderów, co prowadzi do mniej lub bardziej zabawnych schizm. Dzisiaj „kretem” jest Hołownia, jutro może zostać nim Giertych, Piński albo każdy, kto przestaje nadążać za rozpędzonym radykalizmem. Kwestią czasu wydaje się więc podział środowiska.

Lecz nawet jeśli rozpadnie się środowisko, idea nie umrze. Skoro każde wydarzenie potwierdza foliarską teorię, a każdy dowód przeciwny staje się dowodem na skuteczność spisku, foliarz zawsze wygrywa.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć"]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 17.08.2026 12:15
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 32/2026, oprac. Ludwik Pęzioł