Dojechać sygnalistę. Dziennikarska lista hańby

- Autor twierdzi, że po ujawnieniu afery Szpitala Południowego prorządowe media zamiast weryfikować zarzuty skupiły się na podważaniu wiarygodności sygnalisty, doktora Emila Jędrzejewskiego.
- Do dyskredytacji lekarza wykorzystywano m.in. przemilczenia, insynuacje, sugestie politycznych powiązań.
- Tego typu medialne działania mogą prowadzić do utrzymywania się patologii zagrażających życiu pacjentów.
Gdy reflektor mediów skupił się na doktorze Emilu Jędrzejewskim – sygnaliście, który opowiadał w Kanale Zero o zabójczych (dosłownie) skutkach kolesiostwa i nepotyzmu w służbie zdrowia, Donald Tusk opublikował w mediach społecznościowych zakamuflowaną instrukcję mówiącą, że z tego faceta trzeba zrobić osobę niewiarygodną. Sposób, w jaki próbowano ten polityczny „prikaz” wykonać, ujawnił niemal pełny katalog metod medialnego odstrzału stosowanych przez chłopców (i dziewczęta) od brudnej roboty.
I choć pisano i wygłaszano rzeczy, do których jesteśmy już przyzwyczajeni, tym razem te praktyki budziły szczególne obrzydzenie. Czym innym jest bowiem bezwzględna walka z politykiem, dziennikarzem czy nawet upolitycznionym celebrytą, który świadomie wszedł na pole medialnej bitwy, a czym innym jest próba zniszczenia człowieka prawdopodobnie kierującego się poczuciem lekarskiego obowiązku.
„Niewinne” przemilczenia
Pominięcie kluczowych informacji, bez których odbiorcy otrzymywali całkowicie fałszywy obraz sygnalisty, było chyba najmniej niegodziwą z zastosowanych metod. Ponieważ jednak kampania przeciwko Jędrzejewskiemu z dnia na dzień stawała się coraz brutalniejsza, warto zacząć od początku i prześledzić, jak eskalowała.
Odmowa składania zeznań przez sygnalistę w prokuraturze, dzień po występie w Kanale Zero, została w mediach prorządowych przedstawiona jako koronny dowód jego niewiarygodności. Przekaz był prosty: prokurator zadawał pytania, Jędrzejewski milczał, więc gdy przyszło co do czego, nie potrafi wziąć odpowiedzialności za swoje wczorajsze słowa, ergo – u Stanowskiego słyszeliśmy pozbawiony wartości bełkot. Istotny szczegół w tym przekazie pojawił się dopiero później (o ile w ogóle się pojawił).
Otóż pytania prokuratorzy zadawali mimo wcześniejszej deklaracji Jędrzejewskiego, że nie będzie składał wyjaśnień bez obecności pełnomocnika, więc to raczej oni doprowadzili sytuację do absurdu. Portal fakt.pl nie omieszkał jednak sugerować, że winien jest lęk lekarza. Tymczasem zachowanie Jędrzejewskiego było całkowicie racjonalne. W sprawie uwikłanej politycznie, prowadzonej przez prokuraturę podległą Waldemarowi Żurkowi, ostrożność była raczej przejawem instynktu samozachowawczego niż dowodem niewiarygodności. Tego kontekstu zabrakło jednak w wielu komentarzach.
Dziennikarka Dominika Długosz jako jedna z pierwszych podjęła narrację zgodną z polityczną instrukcją Tuska: Jędrzejewski jest niewiarygodny, bo nie chciał zeznawać bez pełnomocnika, którego w dodatku nie miał przy sobie, choć powinien. Innych przyczyn nieobecności prawnika Długosz nawet nie rozważała, bo przecież komu chciałoby się przeprowadzać poważną analizę.
Drugim zmieniającym sens wydarzeń przemilczeniem było pomijanie w artykułach i materiałach medialnych (między innymi w Onecie czy TVN) informacji, że relację Jędrzejewskiego potwierdzali informatorzy oraz istotna część lekarzy ze Szpitala Południowego. Bez tego elementu cała historia sprowadzała się do wygodnego dla rządzących obrazu: oto jeden człowiek rzuca niesprawdzone oskarżenia. I właśnie taki obraz konsekwentnie próbowano utrwalić.
Desperacja i dyskredytacja
Od powszedniego grzechu mediów, czyli przemilczenia, przejdźmy do działań znacznie bardziej agresywnych.
Gdy tylko Jędrzejewski publicznie oskarżył Dawida Kacprzyka, Wojciech Czuchnowski na łamach „Gazety Wyborczej” zaczął eksponować jego kontakty ze środowiskiem bokserskim, w którym pojawiał się również Karol Nawrocki. Nie przedstawił żadnego dowodu przesądzającego znajomość lekarza z ówczesnym szefem IPN-u. Wystarczyło jednak samo zasugerowanie takiego tropu z nadzieją, że za jego pomocą uda się skleić lekarza z obozem PiS-u. W rezultacie zamiast dyskutować o przedstawionych faktach, mieliśmy mówić o politycznych intencjach osoby, która je ujawniła. Ta próba nie przyniosła jednak większych rezultatów. Nawet media zwykle przychylne rządowi nie rozwinęły szerzej wątku rzekomych politycznych koneksji Jędrzejewskiego z prezydentem. Najwyraźniej szybko zdano sobie sprawę, że słaby z Jędrzejewskiego pisowiec i zbyt grube nici musiałyby pójść w ruch, by ktoś to „łyknął”.
Skoro nie udało się skutecznie przypisać sygnaliście politycznej motywacji, rozpoczęto poszukiwanie innych sposobów. Jednym z nich było tworzenie (pod z góry przyjętą tezę) psychologicznego portretu człowieka o rzekomo wątpliwym charakterze, niewiele różniącego się od samego Dawida Kacprzyka. I tak właśnie dziennikarze TVN24 Iga Dzieciuchowicz i Jakub Stachowiak, bazując na anonimowych źródłach, opisali Jędrzejewskiego jako osobę „arogancką”, „potrafiącą manipulować ludźmi” i „lubiącą blichtr”. Nieco inną metodę zastosowano w Onecie. Nagłówek: „Media: niejasna przeszłość sygnalisty ze Szpitala Południowego. Handel dyplomami w tle” był skonstruowany z ostrożnością procesową, ale jego zamierzenia były łatwe do odczytania: Jędrzejewski to oszust, a może i przestępca. Nawet jeśli późniejsza lektura nie prowadziła do równie jednoznacznych wniosków, to pierwsze wrażenie zostało już wytworzone.
"Kontrowersyjny doktor"
W podobnym kierunku szedł również tekst Piotra Halickiego z Onetu przedstawiający Jędrzejewskiego niemal wyłącznie przez pryzmat relacji i opinii dla niego niekorzystnych. Krytyczne hipotezy, insynuacje i negatywne oceny nie zostały zestawione z materiałem, który pozwalałby czytelnikowi samodzielnie wyrobić sobie opinię. „Kontrowersyjny doktor”, mętna przeszłość, niewyjaśnione sprawy... takiemu facetowi przecież nie można ufać. Problem polegał jednak na tym, że żaden z tych zarzutów (podobnie jak przywoływanie sporu, jaki doktor miał ze szpitalem) nie przekreślał prawdziwości jego słów. Nawet człowiek kierujący się chęcią zemsty za przeszłość może przecież wskazywać prawdziwe fakty.
Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że wszystko to było wymyślane naprędce, pod ogromną presją czasu. W pierwszych dniach afery najważniejsze nie było przecież rozstrzygnięcie, kto tu mówi prawdę, lecz zwycięstwo w konkurencji o obsadzenie aktorów spektaklu w roli czarnego charakteru. Dlatego w kolejnych publikacjach wyraźnie widać gorączkowe poszukiwanie czegokolwiek, co mogłoby sygnalistę obciążyć: niewygodnej znajomości, dawnego konfliktu, niepochlebnej opinii czy choćby najsłabszej poszlaki pozwalającej zasugerować jego związki z PiS. Operacja się jednak chyba nie powiodła – badanie Res Futura Data House pokazało, że 74% komentarzy w internecie uznawało Jędrzejewskiego za wiarygodnego sygnalistę, zaś 26% za niegodnego zaufania mściciela, co oznacza, że nie udało się go skutecznie oczernić nawet przed wszystkimi wyborcami KO.
Uniwersum konspiracjonistów
Osobną kategorię w podejściu do Jędrzejewskiego i całej afery szpitalnej stanowili publicyści i komentatorzy, którzy całą aferę interpretowali przez pryzmat wielkiej politycznej zmowy. W ich opowieści niemal każde wydarzenie stawało się elementem planu mającego doprowadzić do powrotu PiS do władzy. Były to osoby, które już od dawna posługiwały się schematem dobrze znanym z „filmów z żółtymi napisami”,w którym tylko reptilian zastąpowali pisowcy, masonów – Opus Dei, a Nowy Porządek Świata konserwatywna Agenda Europe.
Dobrym przykładem były wideokomentarze Elizy Michalik. Zamiast zastanawiać się nad meritum zarzutów dotyczących Szpitala Południowego, przekonywała, że Koalicja Obywatelska w ogóle nie powinna się z nich tłumaczyć „PiS-owcom”. Ta rekomendacja dziennikarki dla rządzących na pierwszy rzut oka mogła dziwić, bo przecież nikt się żadnym „pisowcom” nie tłumaczył. Jej wierni widzowie wiedzieli jednak, że pod pojęciem „pisowców” dziennikarka rozumiała... Kanał Zero. Poza tym Michalik argumentowała, że skoro PiS ma na koncie znacznie poważniejsze afery, odpowiadanie na pytania dotyczące sprawy wartej marne 1,6 mln zł przypominałoby (jak obrazowo ujęła) pozwolenie seryjnemu mordercy i gwałcicielowi rozliczać starszą kobietę, która z głodu ukradła bułkę. Jej zasadnicza rada była prosta: nie wyjaśniać, tylko skuteczniej zarządzać przekazem.
Podobny sposób myślenia prezentował Jan Piński. Aferę określił jako „pryszcz na d... dinozaura”, jednocześnie sugerując, że odpowiedzialności należy szukać przede wszystkim wśród ludzi związanych z poprzednią władzą, ponieważ Narodowym Funduszem Zdrowia wciąż kieruje osoba powołana za ministra Adama Niedzielskiego. W tej samej opowieści Kanał Zero przedstawiony został jako projekt powiązany z ludźmi CBA i element szerszej operacji mającej doprowadzić do zmiany demokratycznej władzy w Polsce. Wynika z tego jasno, że Jędrzejewski to człowiek na ten czy inny sposób „podstawiony” przez służby.
Jeszcze dalej poszedł Tomasz Wiejski, którego kanał śledzi ponad 150 tysięcy subskrybentów. Według niego afera Szpitala Południowego stanowi współczesny odpowiednik afery podsłuchowej, która doprowadziła do osłabienia rządów Platformy Obywatelskiej przed wyborami w 2015 roku. Najbardziej zaskakującym elementem tej konstrukcji było jednak umieszczenie po jednej stronie właściwie wszystkich dużych mediów: od TV Republika i „Gazety Polskiej”, przez Rzeczpospolitą i Wirtualną Polskę, aż po TVN i „Gazetę Wyborczą”. Sam fakt, że media przychylne obecnej władzy ośmieliły się zadawać politykom KO jakiekolwiek pytania o aferę, został przedstawiony jako dowód istnienia szerokiej zmowy, którego ostatecznym celem miałby być powrót PiS do władzy. A dlaczego miałoby na tym zależeć TVN-owi, „Gazecie” czy „Newsweekowi”? Bo za Tuska wielu z tych dziennikarzy straciło pracę i pieniądze, więc liczą, że wszystko zmieni się po powrocie Kaczyńskiego (sic!).
Lista hańby
Pod tymi ślepymi strzałami wymierzonymi w kierunku sygnalisty kryło się coś jeszcze gorszego od standardowego „przyprawienia gęby” – przekonanie, że ludzie na SOR-ach mogą umierać sobie dalej, byle władzy nie spadło w sondażach. Skoro bowiem nie próbujemy ustalić, jak było naprawdę, lecz zamiast tego świadomie dyskredytujemy informatora, trudno wyciągnąć inny wniosek. I właśnie dlatego nazwiska, które padły w tym tekście, mogą (nawet jeśli brzmi to nieco patetycznie) zapisać się na liście hańby polskiego dziennikarstwa.
Tagi
Komentarze
Tede uderza w działaczy KO: "Jestem wku****ny! Chcą mi katapultować koncert"

Cezary Krysztopa: Los pacjenta bez legitymacji Koalicji Obywatelskiej

Trzaskowski ogłosił dymisje. Tak zareagowała sieć: "Krytyka 9 do 1"

Czy afera w Szpitalu Południowym zatopi rząd Donalda Tuska?

Po rezygnacji zastępców prezydenta radni PiS chcą kolejnych dymisji







