Rafał Woś: Wir politycznej identyfikacji

- Autor twierdzi, że w aferze Szpitala Południowego większą rolę niż same fakty odgrywa walka o podważenie wiarygodności osób i mediów, które ujawniły sprawę.
- Według tekstu część mediów i środowiska dziennikarskiego funkcjonuje w zamkniętym obiegu, premiując „swoich”.
- Zdaniem autora algorytmy i polaryzacja polityczna wzmacniają emocje oraz podział na „naszych” i „ich”.
Kiedy wybucha polityczna afera, pierwszym pytaniem coraz rzadziej jest: „Czy to prawda?”. Znacznie częściej pada inne: „Kto to ujawnił?”. Jeżeli materiał opublikowało medium uznawane za „nasze”, jest wiarygodny, nawet gdy opiera się na anonimowych źródłach. Jeśli zrobiło to medium przypisane do „tamtych”, automatycznie staje się propagandą, niezależnie od jakości dowodów. W ten sposób dziennikarstwo przestaje być metodą dochodzenia do prawdy, a staje się kolejnym polem wojny plemiennej.
Same media zresztą bardzo dbają o to, żeby trzymać właściwy kurs, i regularnie wewnętrznie się oczyszczają. Już lata temu doszło do zjawiska, które nazywam uwłaszczeniem się na polskiej opinii publicznej. Nieprzypadkowo przez lata dziennikarze odpowiednich redakcji liberalnych stworzyli pewien własny, zamknięty obieg dziennikarski polegający na tym, że nagrody dziennikarskie, wyróżnienia, splendory, książki, stypendia trafiały wyłącznie do tych, którzy publikują w słusznych, certyfikowanych mediach. Wszyscy ci, którzy ten układ liberalny w jakikolwiek sposób krytykowali, na początku dostawali żółtą, potem czerwoną kartkę, a jak już wypadali poza ten światek, tracili właściwie prawo do nazywania siebie dziennikarzami.
Liczy się reakcja
W tak uporządkowanym świecie dziennikarskim w chwili wybuchu kryzysu takiego jak w Szpitalu Południowym, zamiast dyskutować o faktach, zaczyna się dyskusja o autorze. Kim jest? Z kim się spotyka? Gdzie pracował? Co pisał pięć lat temu? Kto go finansuje? To stary chwyt retoryczny: nie obalić argumentu, lecz podważyć wiarygodność człowieka, który go przedstawia.
I tak mamy do czynienia nie tylko z podważaniem wiarygodności samego informatora, ale także medium i dziennikarzy, którzy całą sprawę ujawniają. Najgorzej, że w przypadku Szpitala Południowego to nie jest jednoznaczne „medium prawicowe”. Wtedy sprawa byłaby prosta. W obecnej sytuacji cała machina propagandowa ruszyła w kierunku wykazania, że tak naprawdę to medium „kryptoprawicowe”, czyli takie, które udaje obiektywizm, ale tak naprawdę jest tą straszną prawicą.
Media od dawna wiedzą, że emocje są bardziej dochodowe niż analiza. Algorytmy tylko ten mechanizm spotęgowały. Nie premiują materiałów najrzetelniejszych, lecz te, które wywołują największą reakcję. Oburzenie, śmiech, gniew albo satysfakcję z tego, że „nasz znowu wygrał”. W efekcie każda kolejna informacja natychmiast zostaje wciągnięta w wir politycznej identyfikacji.
Paradoks naszych czasów
Oczywiście trudno udawać, że istnieje pełna obiektywność. Każda redakcja ma własną hierarchię tematów, własną wrażliwość i własne ograniczenia. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy selekcja faktów staje się ważniejsza od samych faktów, a lojalność wobec własnego obozu okazuje się cenniejsza niż lojalność wobec czytelnika.
Jednym z paradoksów współczesnego dziennikarstwa jest to, że nigdy wcześniej nie dysponowaliśmy tak ogromną liczbą źródeł informacji, a jednocześnie tak łatwo zamykamy się w informacyjnych gettach. Nie potrzebujemy już cenzury. Wystarczy przekonanie, że prawda zawsze jest po naszej stronie.
[Tytuł, śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Tede uderza w działaczy KO: "Jestem wku****ny! Chcą mi katapultować koncert"

Cezary Krysztopa: Los pacjenta bez legitymacji Koalicji Obywatelskiej

Trzaskowski ogłosił dymisje. Tak zareagowała sieć: "Krytyka 9 do 1"

Czy afera w Szpitalu Południowym zatopi rząd Donalda Tuska?

Po rezygnacji zastępców prezydenta radni PiS chcą kolejnych dymisji







