Szukaj
Konto

Polaryzacja zabija dziennikarstwo. Wywiad z Jackiem Żakowskim

Polaryzacja zabija dziennikarstwo. Wywiad z Jackiem Żakowskim
Źródło: wikipedia | Autor: Wikipedia | Licencja: Wikimedia Commons | Jacek Żakowski
– Dziennikarz, który nie ma głębokiej wiedzy, a został zatrudniony głównie dlatego, że jest medialny i dobrze czyta z promptera, zaprasza do studia gości, o których niewiele wie. Aby program był widowiskiem, dobiera ich tak, by się spektakularnie kłócili. Co widz z takiej kłótni rozumie? Tylko tyle, że „może jest tak, a może jest inaczej”, czyli nic nie jest pewne i nikomu nie można ufać. Ten proces nieuchronnie spycha nas ku autorytaryzmowi. Bo jeśli rzeczywistość staje się całkowicie płynna i niezrozumiała, ludzie zaczynają szukać figury silnego ojca, który się nimi zaopiekuje – mówi Jacek Żakowski w rozmowie z Markiem Nowakiem.
Co musisz wiedzieć:
  • Jacek Żakowski twierdzi, że polaryzacja i dziennikarstwo tożsamościowe sprawiły, że media coraz częściej nie szukają prawdy.
  • Mówi też, że zastąpienie merytorycznego sporu moralizowaniem i polityką „dobrych oraz złych ludzi” niszczy debatę publiczną
  • Rozmówca przekonuje, w chaosie informacyjnym, w którym zanika zaufanie do faktów, rośnie potrzeba poszukiwania silnych przywódców.

Marek Nowak (Tygodnik Solidarność): Co jest największym problemem współczesnego dziennikarstwa w Polsce?

Jacek Żakowski: Problemów mamy masę, ale najgorsze są polaryzacja i paralelizm, czyli związek mediów z grupami politycznymi i biznesowymi. Większość odbiorców potrafi z bardzo dużym prawdopodobieństwem określić, z którym ośrodkiem politycznym związane jest medium czy konkretny dziennikarz. Co gorsza, znaczna część opinii publicznej oczekuje od nas reprezentowania konkretnej strony sporu – tej, z którą ktoś jest związany. Odbiorcy na ogół nie szukają bezstronnego przekazu. Bezstronność pogardliwie nazywa się „symetryzmem”.

 

– Opisywanie świata w całej jego złożoności przy zachowaniu intelektualnej uczciwości nazywa się dziś „symetryzmem”, choć kiedyś było to po prostu esencją dziennikarstwa. Uważa Pan, że odbiorcy nie oczekują już tego od mediów?

– Wielu tego nie chce. Wiem to z doświadczenia. Uważam, że język i polityka rządów Prawa i Sprawiedliwości były złe, a w wielu sprawach groźne. Zwłaszcza w kwestii praworządności, praw człowieka, w relacjach międzynarodowych. Ale potrafię pochwalić tamtą władzę za wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej, szybkie podnoszenie płacy minimalnej, program 500 plus. Za każdym razem, gdy mówię to lub piszę, osoby, które – jak ja – stały w opozycji do PiS-u, zarzucają mi szkodzenie demokracji. Kiedy pisałem regularnie do prasy drukowanej, pod moimi tekstami wylewała się fala komentarzy: jedni wyzywali mnie od „PiS-owców”, drudzy od „komuchów”. Te dwa określenia nieustannie ze sobą rywalizowały. Coraz liczniejszym odbiorcom nie mieściło się w głowie, że można suwerennie myśleć i wypowiadać się szczerze. To jest głęboka zmiana kulturowa. Ludzie coraz rzadziej sięgają po media, by ich informowały, a coraz częściej po to, żeby ich utwierdzały w poglądach i sympatiach. Media ulegają tym oczekiwaniom.

 

– A czego dokładnie oczekują?

– Odbiorcy coraz rzadziej pytają „Czy to prawda?”, a częściej „Komu służy?” jakaś opinia albo informacja. Jeśli sprzyja partii, którą popierają, są zadowoleni. A jak uderza w ich ugrupowanie, mają do dziennikarzy pretensje, że to ujawniają.

 

Dziennikarstwo tożsamościowe

– Pretensje w tym zawodzie to rzecz naturalna, jednak kluczem powinno być zachowanie niezależności.

– Dla większości dziennikarzy mojego pokolenia to jest oczywiste. Bo pamiętamy jeszcze czasy partyjnych PRL-owskich mediów. W naszym sprzeciwie wobec tamtego systemu osobista wolność i niezależność redakcji były wartościami fundamentalnymi. Potem przyszli młodsi, którzy wolność zastali jako coś oczywistego i systemowo zagwarantowanego. Trudniej im było poczuć, jak ważna jest to zdobycz. I jak krucha. Nie byli już skłonni płacić za jej obronę. Kiedy więc pojawiały się różnego rodzaju naciski – nie tylko polityczne, ale też biznesowe czy menedżerskie – młodsze pokolenia nie zawsze stawiały opór. A presje rosły. Od 1989 r. model polskich mediów przeszedł ogromną ewolucję zgodną z globalnym trendem.

 

– Ma Pan na myśli tzw. dziennikarstwo tożsamościowe?

– Także. Między latami 70. a 90. w Stanach Zjednoczonych narodził się wcześniej nieznany model medium tożsamościowego. Jego istotą jest świadoma rezygnacja z ambicji docierania do ogółu społeczeństwa na rzecz trafiania do „swoich”. W praktyce chodzi o budowanie zamkniętych społeczności odbiorców, które wypracowują swoje specyficzne języki i podzielają własne wersje „prawdy”. Dla dziennikarstwa to jest rujnujące.

Do Polski ten trend przyszedł z falą polaryzacji i populizmu, mniej więcej w okolicach afery Rywina. Wtedy zaczęła rodzić się nowa norma: duża część odbiorców przestała oczekiwać bezstronnego opisu rzeczywistości. Zamiast tego zażądali „naszego opisu”. To spycha dziennikarzy coraz mocniej w stronę partyjnej lojalności. Oczywiście, tradycja kontynentalnego dziennikarstwa XX wieku w dużej mierze była tradycją dziennikarstwa zaangażowanego – mieliśmy prasę socjalistyczną, konserwatywną, liberalną, nacjonalistyczną. Wiadomo było, kto wokół jakich idei się gromadzi. Jednak dziennikarstwo tożsamościowe przesunęło dawną „prawdę idei”, czyli wizji świata, w stronę bezkrytycznie klepanych, doraźnych użytecznych „prawd” konkretnej partii lub konkretnego lidera. Ewolucja dziennikarstwa zaangażowanego prowadziła nas do dziennikarstwa spętanego partyjnie.

 

– Czy jednak zjawisko mediów, które zamiast kontrolować system, stają się jego aktywnymi uczestnikami, nie towarzyszy nam od początku transformacji? Jeśli cofniemy się do czasów upadku komunizmu i budowy III RP, ogromna część ówczesnego środowiska medialnego postrzegała siebie jako kreatorów nowej rzeczywistości. Istniało silne przekonanie, że młoda demokracja jest słaba, niestabilna i potrzebuje obrońcy oraz stabilizatora w postaci mediów. Główne redakcje weszły w tę rolę i choć nie było to jeszcze klasyczne dziennikarstwo tożsamościowe, miało wiele jego cech. Proszę zauważyć, że w latach 90. o związkach zawodowych mówiło się w mainstreamie źle albo wcale, a wszelkie protesty społeczne były z góry delegitymizowane. Pierwszym medium, które pokazało niskie pensje jako realny problem społeczny, nie była żadna z dużych, opiniotwórczych gazet, lecz „Super Express”. Istniał jasny podział na tematy prawomyślne i nieprawomyślne. Myślę, że późniejszy sukces klasycznych mediów tożsamościowych w dużej mierze wynikał z hasła: „U nas usłyszysz o tym, o czym główne media milczą”.

– To nie jest takie proste. Media „tożsamościowe” dają życie prawdom „przemilczanym”, ale też kłamstwom i paranojom, które sieją chaos. To prawda, że system medialny III RP wyrastał z mediów, które nazwałbym „batalistycznymi”. Ludzie tacy jak ja, związani z antykomunistycznym podziemiem i publikujący w drugim obiegu, byli w PRL nauczeni, że nasza praca ma służyć zmianie systemu. Ale my służyliśmy idei budowy wolnego państwa, a nie konkretnej partii czy grupie interesów.

Jest zasadnicza różnica między tamtymi latami a współczesnością. Ówczesny podział ostro dzielił kraj na „nas” i na „nich”, ale wewnątrz naszego obozu znajdowali się ludzie o bardzo różnych poglądach – konserwatywnych, socjalistycznych, liberalnych, nacjonalistycznych. Po 1989 roku ta różnorodność była w mediach szanowana. „Gazeta Wyborcza”, która generalnie afirmowała linię Tadeusza Mazowieckiego, Leszka Balcerowicza, Bronisława Geremka, czuła się w obowiązku drukować teksty autorów z zupełnie innych nurtów opozycji antykomunistycznej, takich jak Leszek Moczulski albo Ryszard Bugaj.

 

Zwycięstwo populistów

– Trudno sobie wyobrazić, by dzisiejsza „Gazeta Wyborcza” zrobiła coś podobnego. Co się zatem zmieniło?

– To się zdarza rzadziej. Na tym polega wielki sukces populistów. Udało im się zmienić kulturę debaty na taką, w której spór merytoryczny został zastąpiony przez moralizowanie. W liberalnych demokracjach spieraliśmy się o „coś”. W demokracjach populistycznych spieramy się przede wszystkim „z kimś”. I jest to spór manichejski: walka dobrych ze złymi, mądrych z głupimi, sprawiedliwych z podłymi. Kategoria prawdy jako bezstronnego opisu rzeczywistości straciła na znaczeniu. Kto się trzyma starej dziennikarskiej zasady bezstronności, tego większość uważa za szkodnika lub wroga. Jak w klasycznej formule stalinowskiej: „Kto nie z nami, ten przeciw nam”.

Myślę, że gdyby o moich audycjach w TOK FM porozmawiał Pan dziś z Donaldem Tuskiem i z Jarosławem Kaczyńskim, usłyszałby Pan mniej więcej to samo, czyli że szkodzę Polsce. Część słuchaczy też reaguje oburzeniem, wysyłając pełne pretensji wiadomości. Wczoraj w sklepie zaczepiła mnie starsza pani. Podeszła nieśmiało i drżącym głosem powiedziała: „Nie krytykujcie tak tego Tuska, bo przegramy”. To idealnie obrazuje problem: odbiorcy oczekują od mediów odpowiedzialności za wynik wyborczy, a nie za wierność faktom. Ludzie od prawdy wolą informacje, które przysłużą się ich obozowi politycznemu. To fundamentalna zmiana kulturowa, którą populistom udało się w Polsce przeprowadzić.

 

– Zatem dlaczego druga, niepopulistyczna strona uległa populistom?

– Wie Pan, moim zdaniem, pojęcie „drugiej strony” straciło rację bytu. Populizm nie jest już cechą przypisaną wyłącznie jednemu obozowi politycznemu. W okolicach afery Rywina wszystkie siły polityczne odkryły moralizatorstwo jako niezwykle użyteczne narzędzie. Wtedy zmienił się język. Polityka przestała być sporem o lepsze lub gorsze rozwiązania systemowe, a stała się opowieścią o dobrych i złych ludziach. To zjawisko wyssało racjonalność z debaty publicznej i wpompowało w nią czyste emocje.

Oczywiście, to nie jest tylko polska przypadłość. Trend polaryzującej moralizacji niszczy wiele zachodnich demokracji. Proszę spojrzeć na Stany Zjednoczone. Tam ten mechanizm rozwija się znakomicie po obu stronach barykady. Z jednej strony mamy moralizatorstwo ruchu MAGA, a z drugiej – kulturę poprawności politycznej, która również jest silnie moralizująca. To globalne zjawisko i globalne nieszczęście.

 

– Skoro mówimy o zjawisku globalnym, spróbujmy zdefiniować jego genezę.

– Myślę, że u podstaw leży – wielokrotnie już opisywana przez socjologów i politologów – utrata sprawczości przez państwa narodowe. Niezależnie od tego, czy u władzy są akurat nacjonaliści, czy internacjonaliści, zakres ich realnego wpływu na losy społeczeństw drastycznie się kurczy pod wpływem procesów integracyjnych. Współzależności międzynarodowe są tak potężne, że nawet supermocarstwo pokroju USA nie jest w stanie dyktować innym warunków. W dużym stopniu ze względu na rolę Chin. Kiedy Amerykanie atakują Iran, nagle chwieje się globalna równowaga i nawet największa potęga militarna musi się cofnąć, gdy skalkuluje ryzyko. Bo nie jest w stanie odnieść pełnego sukcesu – przynajmniej w granicach kosztów, które jest skłonna ponieść. Podobnie kiedy Rosja napadła Ukrainę, sieć międzynarodowych powiązań tak ją docisnęła, że nie potrafi wygrać mimo gigantycznej przewagi potencjałów.

Ponieważ państwa tracą kontrolę nad własnym losem, politycy, którzy nie potrafią już rozwiązywać realnych problemów strukturalnych, szukają innych sposobów na zdobycie i utrzymanie władzy. Dlatego przestają rozliczać się z tego, co załatwili dla obywateli. Zamiast tego obiecują brutalnie załatwić przeciwników. Slogan „zreformuję służbę zdrowia” ustępuje hasłom typu „rozliczymy Tuska” albo „rozliczymy PiS”. Merytoryczna dyskusja zostaje zastąpiona przez moralne manifesty, które albo ludzi uwodzą, albo przerażają. Ten mechanizm działa w kampaniach wyborczych, ale nie rozwiązuje kryzysów rzeczywistości, przez co one się z roku na rok radykalizują.

 

Dryf ku autorytaryzmowi

– Naszkicowaliśmy diagnozę systemu politycznego. Jaką rolę pełnią w nim współczesne media?

– Media, podobnie jak polityka, zawsze miały w sobie element spektaklu. Ich naczelną zasadą jest najpierw przykuć uwagę odbiorcy, a potem przekazać mu informacje. Starych i nowych mediów zrobiło się jednak tak dużo, że walka o uwagę pochłania większość energii redakcji. Wystarczy spojrzeć na programy informacyjne: często zaczynają się od tego, że prezenter wykonuje efektowny, trzydziestosekundowy pasaż w studiu. Często pomiędzy wirtualnymi statkami kosmicznymi albo samolotami. W latach 90. nazwaliśmy to infotainmentem – miksem informacji z rozrywką. Dziś w Polsce infotainment wchłonął już niemal wszystko. To szopka i cyrk, a nie dziennikarstwo.

W konsekwencji nasz zawód przestaje wymagać merytorycznych kompetencji. Skoro poszliśmy w stronę czystej rozrywki, dziennikarze-eksperci i znawcy tematów przestali być w redakcjach niezbędni. Dziennikarz, który nie ma głębokiej wiedzy, a został zatrudniony głównie dlatego, że jest medialny i dobrze czyta z promptera, zaprasza do studia gości, o których niewiele wie. Aby program był widowiskiem, dobiera ich tak, by się spektakularnie kłócili. Co widz z takiej kłótni rozumie? Tylko tyle, że „może jest tak, a może jest inaczej”, czyli nic nie jest pewne i nikomu nie można ufać.

Ten proces nieuchronnie spycha nas ku autorytaryzmowi. Bo jeśli rzeczywistość staje się całkowicie płynna i niezrozumiała, ludzie zaczynają szukać figury silnego ojca, który się nimi zaopiekuje. Część społeczeństwa widzi tego ojca w politykach prawicy, jak Karol Nawrocki czy Jarosław Kaczyński, inni w szowinistycznych populistach, jak Grzegorz Braun, a jeszcze inni w Donaldzie Tusku. Polityka zamienia się w wielki proces adopcyjny. Prawda traci znaczenie. Liczy się to, by polityczny „ojciec” uratował nas przed naszymi lękami i niestabilnością świata.

 

– Myśli Pan, że właśnie dlatego wspomniana starsza pani miała do Pana pretensje w sklepie? Ponieważ nie szukała w mediach prawdy, lecz ratunku?

– Tak uważam. I nie mam o to do tej pani najmniejszego żalu.

 

Menedżeryzm

– Ludzie w niestabilnych czasach szukają oparcia. Dlaczego jednak sami dziennikarze godzą się na redukowanie swojej roli do pozycji politycznych kibiców? Dlaczego sami sobie to zrobiliśmy?

– Dziennikarz też człowiek. Ma lęki jak inni. I nie mówiliśmy jeszcze o menedżeryzmie, który zdominował wiele dziedzin życia, w tym media. Coraz więcej menedżerów – kierowników, wydawców, redaktorów naczelnych, prezesów firm mediowych – uważa, że ma prawo wymuszać na podwładnych przekazywanie nakazanej interpretacji świata. Wynika to częściowo ze wspomnianego napływu do zawodu ludzi pozbawionych silnych kompetencji merytorycznych, ale w znacznie większym stopniu z dominującej kultury zarządzania. Menedżerowie w korporacjach przestali być integratorami kompetencji zespołu, a stali się autorytarnymi, narcystycznymi dyktatorami.

Ta kultura zarządzania przeniknęła do mediów wraz z ogólną zmianą społeczną. Proszę zwrócić uwagę, jak powszechna w polityce stała się dziś fraza, że np. minister został odwołany, ponieważ „premier stracił do niego zaufanie”. Czy osobiste zaufanie przełożonego powinno być kluczowym kryterium zatrudnienia urzędnika państwowego? Jak ryzykowne to jest kryterium? Czy zgoda na takie kryterium nie powoduje, że budujemy świat, w którym znikają ludzie stawiający opór? To systemowo antydemokratyczne. Czy media, których fundamentalną misją jest przecież publiczne poszukiwanie prawdy, patrzenie władzy na ręce i ochrona wolności, mogą dobrze funkcjonować w oparciu o takie autorytarne schematy?

 

– Widzi Pan szansę na wyjście z tego kryzysu?

– Tak. Prędzej czy później z niego wyjdziemy. Kluczem jest codzienne stawianie oporu i konsekwentne pokazywanie, że rzetelne dziennikarstwo, lepsza polityka, lepszy świat są możliwe – nawet jeśli dziś wydają się odległe.


BIO:
Jacek Żakowski jest publicystą, kierownikiem Katedry Dziennikarstwa i Nowych Mediów Uniwersytetu Civitas w Warszawie, prowadzącym piątkowe audycje publicystyczne „Poranek Radia TOK FM”.

[Śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 16.07.2026 11:38
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 28/2026, oprac. Ludwik Pęzioł