Zniewalanie myśli. Media od PRL do dziś

- Autorka przekonuje, że przejmowanie mediów przez władzę prowadzi do osłabienia społecznej kontroli nad rządzącymi.
- Tekst pokazuje, że po 1989 r. wolność mediów stopniowo zaczęły ograniczać zależności polityczne i właścicielskie.
- Zdaniem autorki współczesne media coraz rzadziej chronią dziennikarzy śledczych.
Indyferentni
Niesłusznie – sposoby zniewalania umysłów wciąż pozostają te same. Głównym tego narzędziem są media, o niezawisłość których walka toczy się od kilkudziesięciu lat z różnym skutkiem. W Polsce dwóch najbardziej spektakularnych zamachów na środki masowego przekazu i ich przejęcia przez siły, które aktualnie dorwały się do władzy, dokonano w grudniu 1981 i w grudniu 2023 r. Momenty wybrane nieprzypadkowo: przed Bożym Narodzeniem rodacy są pochłonięci przygotowaniem do świąt. Poza tym jest zimno, ciemno i tłok w sklepach. Mało komu chce się w takich warunkach wychodzić na barykady. Zresztą w imię czego? Żeby mieć dostęp do „prawdy”? Ale ona nie wszystkim jest potrzebna. Konstatuję to ze smutkiem – jest na nią coraz mniejsze zapotrzebowanie.
W porównaniu z latami 70. i 80. w III RP Polacy stali się indyferentni wobec nadużyć władzy. Coś, co kiedyś mogło zaowocować gniewnym, strajkowym wzmożeniem, teraz kwituje się wzruszeniem ramion. Na górze kradną, to i nam wolno. Może dlatego z mediów głównego nurtu zniknęli dziennikarze śledczy? Gatunek dla szefów medialnych korporacji zbyt ryzykowny, dla mediaworkerów zbyt czasochłonny, więc nieopłacalny. W dodatku niedawny przypadek Leszka Kraskowskiego tropiącego grube przekręty Romana Giertycha, osadzonego w areszcie na trzy miesiące (zwolnionego po miesiącu dzięki kaucji wpłaconej przez redaktora TV Republika Tomasza Sakiewicza) może stanowić skuteczne zniechęcenie do zajmowania się „wszystkimi ludźmi premiera”. Znamienne były zwłaszcza reakcje prorządowych mediów – wzięto pod lupę nie temat główny, lecz małżeńskie relacje redaktora. Że podobno przemocowiec – to mniejsza z tym, co ujawnia, o zajęcie się czym apeluje od lat.
Najsłynniejsze afery świata
Jeszcze pół wieku temu „czwarta władza”, czyli media (głównie poczytne, wysokonakładowe gazety), była prawdziwą potęgą, stawianą w szeregu obok władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowej. Nawet więcej – ta czwarta władza sprawowała kontrolę nad trzema pozostałymi, więc de facto była w demokratycznych krajach organem nadrzędnym. Oczywiście chodziło o środki masowej komunikacji niezależne od przekazu narzucanego przez polityków czy biznes. Bodaj największą rolę wolne media spełniły w USA. Chyba każdy słyszał o aferze Watergate, w efekcie której prezydent Richard Nixon ustąpił ze stanowiska. Szwindle ekipy prezydenta ujawnili dwaj dziennikarze „The Washington Post” na bieżąco relacjonujący odkrycia. Kiedy udało im się przekonać szefów, dostali od nich pełne wsparcie, dodatkową kasę na śledztwo oraz pierwsze strony gazety.
Wspomniani dziennikarze cały przebieg wydarzeń spisali w książce, na podstawie której Alan Pakula nakręcił obraz „Wszyscy ludzie prezydenta”. Ten film z 1976 r. obsypano Oscarami i innymi prestiżowymi nagrodami, ale nie to było najważniejsze – o wiele bardziej istotne stało się ośmielenie dziennikarzy w ujawnianiu nadużyć i korupcji wśród polityków. Wydaje się, że właśnie początek lat 70. i ciągnąca się beznadziejna wojna w Wietnamie pod rządami Nixona okazały się przełomowym momentem dla wyznaczania nowych dziennikarskich standardów. Problemem walki o wolność prasy zajął się też Steven Spielberg w filmie „Czwarta władza” (2017). Tym razem chodziło o aferę zwaną „Pentagon Papers” dotyczącą oszust związanych z wojną w Wietnamie. Znów „The Washington Post”, w skrócie „Post” (z tym samym naczelnym Benem Bradleem), stał się pozytywnym bohaterem, sprzeciwiając się zakazom federalnych władz i upubliczniając przekręty.
Drugi obieg czwartej władzy
Przenieśmy się na nasze podwórko. W PRL-u wszystkimi oficjalnymi mediami zawiadowali partyjni szefowie, choć czołowe pisma były bardziej „po linii i na bazie”, a różne niskonakładowe, mniej poczytne periodyki miały pewną pulę swobody. Podobnie w radiu i telewizji: tubą rządową był I Program Polskiego Radia, Trójka zaś uchodziła za wolnościowy wentyl. I znów – telewizyjna Jedynka mocniej przykręcała ideologiczną śrubę, w Dwójce zaś czasem powiewało Zachodem.
W latach 70., po powstaniu KOR (Komitet Obrony Robotników), pojawiły się pisma podziemne, takie jak „Biuletyn Informacyjny” czy „Robotnik”, wydawane domowym sumptem w niewielkim nakładzie. Plusem było nieingerowanie w treści cenzury. Po ogłoszeniu stanu wojennego i delegalizacji Solidarności drugi obieg dosłownie eksplodował. W latach 80. pojawiło się ok. 2 tys. tytułów drukowanych na powielaczach w zakładach pracy, przez studentów, w regionach, aż po tytuły ogólnokrajowe (z naszym „Tygodnikiem Solidarność” na czele). Co ciekawe, wciąż wychodziły oficjalne periodyki, np. adresowane do ludzi zainteresowanych sztuką i designem, w których w aluzyjny sposób manifestowano niezgodę na polską rzeczywistość. Sztandar wizualnego buntu niósł magazyn „Projekt” (powstały w 1956 r. na fali odwilżowego poluzowania), grafikami na okładkach dający do zrozumienia, co redakcja sądzi o bezprawiu w kraju. Niektórzy członkowie redakcji będący w opozycji do władz (Andrzej Osęka, Danuta Wróblewska) skrzykiwali podobnie myślących w nieistniejącej już galerii Forma (Warszawa, oficyna przy ul. Jasnej). Władze z pewnym opóźnieniem zareagowały na te prowokacje, po kilku miesiącach takiej samowolki redakcję periodyku rozwiązano, a galeria Forma zniknęła na zawsze z mapy Warszawy.
Weryfikacja podatności na korupcję
O wiele szybciej rządzący zabrali się za dziennikarzy głównego nurtu. Czystki stanu wojennego nazwano elegancko „weryfikacją”. Redaktorzy byli wzywani na rozmowę prowadzoną przez komisję weryfikacyjną złożoną przez ideologów komitetów wojewódzkich PZPR, cenzorów i zaufanych partyjnych dziennikarzy. Jak można wyczytać w książce „Urban. Biografia”: „Za brak zdecydowanej postawy wobec przeciwników politycznych można dostać zakaz wykonywania zawodu, stracić kierownicze stanowisko lub zostać odsuniętym od pisania o sprawach społeczno-politycznych”. Z funkcjonariuszem KC pertraktował Jerzy Urban, bystrze zauważając, że szkoda się wyzbywać najlepszych dziennikarzy, nawet jeśli nie reprezentują linii partii:
„[…] oni odejdą, a skur***le złożą galante deklaracji lojalności”
– argumentował rzecznik rządu, także publicysta „Polityki”. Po wprowadzeniu stanu wojennego tygodnik „Polityka” miał zaledwie dwumiesięczną przerwę. Wrócił do kiosków 20 lutego 1982 r. wydaniem opatrzonym zdjęciem żołnierza na tle czołgów i tekstem redaktora naczelnego pisma Mieczysława F. Rakowskiego tłumaczącym, że stan wojenny położył kres anarchii i chaosowi w kraju. Do Solidarności naczelny odnosił się wrogo, uważając ten związek za główną przyczynę destabilizacji w Polsce. Niestety, prawie połowa załogi miała odmienne zdanie. Jednak podobne „wyjaśnienia” publikowano w innych mediach „dla inteligentów” – m.in. „Życiu Literackim”, „Argumentach”, „Przeglądzie Tygodniowym”. Mam wrażenie, że pobratymcy tamtych konformistów dziś przymykają oko na afery rządu Donalda Tuska.
Z „Polityki” do… polityki
Na „Politykę” i jej opinie nakierowana była uwaga większości. Ten „tygodnik dialogu” miał za PRL ogromną siłę oddziaływania. W stanie wojennym naczelnym wciąż pozostawał Mieczysław Rakowski (sprawdzony członek PZPR), który załatwił swojej załodze „bezweryfikacyjne” trwanie. Niech sami zdecydują – zostają czy nie. Wielu korzystało z tej furtki, choć to był swego rodzaju wyrok skazujący na prawie podziemie. Ale dzięki temu rozkwitły intelektualnie pisma typu „Niewidomy Spółdzielca” (w którym znaleźli azyl m.in. Michał Radgowski, Jacek Maziarski, Dariusz Fikus, Stefan Bratkowski) czy „Wiadomości Wędkarskie” (wzmocnione piórem Hanny Krall) lub „Przegląd Organizacji” (przytulisko Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego). W 1982 r. Rakowski żegna się z „Polityką” bez fanfar – zbyt pochłaniają go obowiązki wiceprezesa, potem prezesa Rady Ministrów w rządzie Wojciecha Jaruzelskiego. Dodajmy, że redaktor-polityk napisał generałowi tekst wystąpienia tłumaczącego przyczyny wprowadzenia stanu wojennego. Musiało być profesjonalne, a on to umiał.
Nasza dziennikarska niezależność
Sytuacja w polskich mediach radykalnie zmieniła się po ustrojowej transformacji. Media miały być wyczyszczone z indoktrynacji, a już na pewno z propagandy sukcesu, tak charakterystycznej dla lat 70. Bodaj największe zmiany zaszły w radiu – w latach 90. powstawały liczne niezależne „amatorskie” radiostacje, w których programy prowadzone na żywo stały się konkurencją dla tradycyjnych, nagrywanych i montowanych audycji publicznego radia – na co te ostatnie musiały szybko zareagować. Podobnie publiczna telewizja dopuściła luźniejszy styl w wielu programach. Jednak główne wiadomości musiały być przygotowane „po staremu”. Nad doborem newsów i komentarzem czuwał ktoś „odpowiedzialny”.
Wydarzeniem, które urosło do rozmiaru symbolu wolności w mediach, stało się opuszczenie (na wizji) studia przez Aleksandrę Jakubowską prowadzącą główny serwis informacyjny TVP: dziennikarka wstała i zabrała torebkę w proteście przeciwko politycznej zmianie kierownictwa „Wiadomości” (w 1991 r. przewodniczącego Radiokomitetu Andrzeja Drawicza zastąpił na stanowisku Marian Terlecki). Ta historia z panteonu telewizyjnych anegdot pokazuje nie tylko dzielność publicystki (która, jak wiadomo, indywidualnie przeszła wewnętrzną transformację), lecz także ogólną świadomość.
Wydawało się, że media już nie są i nie będą tubą propagandową rządzących. W dodatku od 1997 r. wolność prasy i wypowiedzi miała gwarantować nasza nowa konstytucja. Szczególne prawa przyznano prasie. Tzw. prawo prasowe, zgodnie z którym „prasa korzysta z wolności wypowiedzi i urzeczywistnia prawo obywateli do rzetelnego informowania, jawności życia publicznego, kontroli i krytyki społecznej”. Natomiast niezależnością przekazu w radiu i TV zajmuje się Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Ów organ ma kontrolować „samodzielność nadawców i interesów odbiorców oraz zapewniać otwarty i pluralistyczny charakter radiofonii i telewizji”. Warto przytoczyć te postulaty w kontekście tego, co zdarzyło się w mediach już w drugiej dekadzie po odzyskaniu „wolności”.
Historia pewnej gazety
Od początku transformacji na polski rynek medialny wkroczyły kapitał zagraniczny i zachodnie koncerny. Początkowo dotyczyło to prasy kobiecej i lifestylowej. Pierwszą poważną gazetą kupioną przez obcy kapitał okazało się „Życie Warszawy”, istniejące od 1944 r., zawieszone od stycznia 1982 r. I oto dziennik odrodził się jak feniks z popiołów w 1991 r. dzięki spółce Życie Press należącej do sardyńskiego potentata Nicoli Grausa. To było coś nowego: przyciągający uwagę layout, wielkie zdjęcia, połączenie poważnych problemów z lekkimi. Jednak Grauso po kilku latach nie wytrzymał finansowania tego biznesu.
W grudniu 2011 r. upadłe „Życie…” połknęła „Rzeczpospolita” drukująca warszawski dodatek jako wkładkę do głównego wydania gazety. „Rzeczpospolita”, ogólnopolski dziennik o profilu – w założeniu – konserwatywno-liberalnym, narodziła się w 1920 r. i w różnych odsłonach trwa do dziś. W latach 90. i następnej dekadzie stanowiła opozycję wobec libero-lewicowej „Gazety Wyborczej”. Strażnikiem rzetelności gazety był Maciej Łukasiewicz, dawny opozycjonista, który doświadczył „negatywnej weryfikacji” w stanie wojennym, by później publikować w drugim obiegu, naczelny „Rzepy” od 2000 do 2004 r. Gazeta po mariażu (finansowym) z francuską grupą prasową Roberta Hersanta w 1991 r. przeobraziła się w spółkę Presspublica. W 1996 r. została sprzedana norweskiemu koncernowi Orkla, w 2006 r. odkupiona przez brytyjską spółkę Mecom Group. Tę zaś spółkę nabył w 2011 r. polski przedsiębiorca Grzegorz Hajdarowicz, spłacając zarówno Mecom, jak i udziały Skarbu Państwa, tym samym stając się 100-procentowym udziałowcem wydawnictwa Presspublica, włączonego do spółki Gremi Media S.A. W 2023 r. znów zaszła zmiana: Gremi Media trafiły do portfolio funduszu Pluralis B.V. należącego do miliardera George’a Sorosa. To o jakiej niezależności tej gazety może być mowa?
Koniec parasola ochronnego
Pamiętam lata dwutysięczne w „Rzeczpospolitej”, jeszcze wtedy gazecie opozycyjno-konkurencyjnej wobec „Gazety Wyborczej”. Elitę zespołu redakcyjnego stanowili dziennikarze śledczy tropiący „wykrzaczenia” naszych władz. Mieli zapewniony parasol ochronny ze strony szefów i przyzwolenie na wielodniowe/wielotygodniowe drążenie tematu. Po nabyciu gazety przez Hajdarowicza po śledczych nie zostało śladu… Co zabawne – mnie też zdarzało się zmierzyć z przekrętowiczami, choć tylko na niwie sztuk wizualnych.
W 2012 r. napisałam o szwindlu w art-biznesie pod nazwą Dom Aukcyjny Abbey House. Po publikacji dostałam pismo od adwokata firmy z groźbami:
„[…] wyznaczam Pani 7-dniowy termin od otrzymania niniejszego pisma na usunięcie artykułu dotyczącego Spółki […] W razie niezastosowania się do wezwania Spółka zmuszona będzie poszukiwać ochrony prawnej […] na drodze postępowania sądowego”.
W gruncie rzeczy śmieszny straszak. Jasne, że niczego nie wycofałam – a niedługo potem firma Abbey House została sprzedana Rosjanom i słuch o niej zaginął. Jednak co najgłębiej poruszało – kompletny désintéressement ze strony szefów redakcji. W konfrontacji z prawnikami szwindlarzy (jak się rychło okazało) miałam radzić sobie sama. Podobnie jak z o wiele poważniejszym tematem – „Mafią bardzo kulturalną” oraz z problemem doktoratów robionych „na krzywy ryj” na Wydziale Sztuk Wizualnych warszawskiej ASP, aferą wyprzedzającą o kilka lat przekręt z lewymi dyplomami MBA w Collegium Humanum. Po tych tekstach straciłam pracę praktycznie wszędzie. Dla porządku: z „Rzepy” sama zrezygnowałam. Ale ważna jest reguła – w przeciwieństwie do bossów z „The Washington Post” w naszych „wolnych” mediach nie chroniono autorów poruszających „smrody” na różne sposoby powiązane z liberalną władzą.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]
Komentarze
W TVP przerwano program. Na antenie pojawił się Radosław Sikorski reklamujący swoją książkę

Tȟašúŋke Witkó: Wymowne milczenie nadwiślańskich obłudników

Setki milionów dla TVP. Kolejne przelewy z budżetu państwa
Dyrektor TVP3 Wrocław odwołana. W tle materiał o Sutryku

Papież do mediów: Nie dajcie technologii zająć miejsca człowieka








