Szukaj
Konto

Tak walczono z pamięcią o Powstaniu Warszawskim

Tak walczono z pamięcią o Powstaniu Warszawskim
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Marcin Żegliński | Licencja: Tygodnik Solidarność | Ludzie, samochody, race
Stajecie na baczność, gdy 1 sierpnia o godzinie 17 co roku wycie syren przypomina godzinę „W”? A może śpiewacie wraz z artystami powstańcze piosenki sprzed ponad ośmiu dekad? Zapewne ci, którzy urodzili się w III RP, uważają, że to tradycja sięgająca lat powojennych. Błąd. To nie było nam – Warszawiakom ani w ogóle polskim patriotom – dane samo z siebie. O pamięć o Powstaniu Warszawskim trzeba było latami walczyć, bo dla komunistów było to wspomnienie niewygodne, niezgodne z linią partii.
Co musisz wiedzieć:
  • Pamięć o Powstaniu Warszawskim przez dziesięciolecia była zwalczana, fałszowana i marginalizowana przez władze komunistyczne.
  • Kultura odegrała kluczową rolę w przywracaniu pamięci o Powstaniu.

Kurant z baszty zegarowej

Ja, Mokotowianka z urodzenia, „od zawsze” znam „Marsz Mokotowa”, utwór z czasów Powstania Warszawskiego, nieoficjalny hymn dzielnicy, a zarazem hymn Hufca ZHP Warszawa-Mokotów. Słów i melodii marszu uczono nas już w podstawówce (bez rozwodzenia się nad okolicznościami jego powstania). Melodię marszu słyszę za każdym razem, kiedy około godziny 17 mijam basztę zegarową tzw. Gołębnika przy ulicy Puławskiej. Ten niby-kurant rozbrzmiewa od 1969 r. co dzień na pamiątkę godziny „W”. Przypomina, że na powstańczej mapie Mokotów był bastionem broniącym Warszawy od południa, dzielnicą walczącą 57 dni, co okupiła prawie dwoma tysiącami ofiar.

„Marsz Mokotowa” to nie jedyna kompozycja, która przetrwała do dziś, przypominana przez coraz to młodsze pokolenia. Na pewno każdy zna „Serce w plecaku”, piosenkę śpiewaną przez wojsko, harcerzy oraz właściwie wszystkich, którym dane było/jest spędzać wakacje na koloniach czy obozach. Otóż to akurat nie jest pieśń z czasów Powstania – choć tak bywa kojarzona. Powstała w 1933 r. z okazji Dnia Żołnierza, jednak szczególną popularność zyskała w polskich oddziałach partyzanckich, a także podczas warszawskiej insurekcji. I zawsze znajduje się w repertuarze koncertów „Warszawiacy śpiewają (nie)zakazane piosenki”. Podczas tych wydarzeń wszyscy zgromadzeni wspólnie śpiewają te i inne znane strofy.

To nie jedyne muzyczne hołdy oddawane bohaterom roku 1944. W Parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego (Grzybowska 79) od 25 lipca do 2 sierpnia urządzane są koncerty połączone z premierą okolicznościowej płyty, opracowanie której co roku powierzane jest innym autorom. Nie muszę dodawać, że jedni traktują to jak autopromocję; inni zaś naprawdę chcą wczuć się w aurę tamtych dni.

 

Wzrusz nasz powszedni

W tym roku głównym artystą przedsięwzięcia zatytułowanego „Łączy nas…” jest Błażej Król; wśród gości – Daria ze Śląska i Andrzej Piaseczny. Jak zwykle do grona współuczestników wydarzenia zaproszono weteranów i weteranki Powstania. Błażej Król nie pochodzi z Warszawy, jego nowa płyta jest zaś próbą spojrzenia na wydarzenia z 1944 roku okiem gościa. Obejrzałam klip promujący płytę/event. Wbrew deklaracji autora, że unika „romantyzowania” wojny, utwór „Miałem zabrać cię nad rzekę” utrzymany jest właśnie w konwencji ckliwego romantyzmu.

Fabuła do bólu znana: piękna i młoda mężatka kocha i czeka; on poszedł walczyć, oczywiście zginął, ale w przedśmiertnym powidoku przypomina sobie obietnice dane żonce – park, rzeka, oni we dwoje. Potem ona tańczy w białej powłóczystej szacie na tle Pomnika Bohaterów Warszawy (dla przypomnienia – twórca Marian Konieczny, inauguracja monumentu – 1964 rok). Na koniec ona odkręca gaz i kończy wdowi żywot w wannie, z dosypką śmiercionośnych prochów, co z dezaprobatą obserwuje pies. Ale cóż to? Ona zmartwychwstaje, znowu tańczy na tle panoramy współczesnej Warszawy.

To wideo jest próbą ujęcia w wersji glamour tragicznych i mało ładnych okoliczności śmierci dziesiątek tysięcy młodych (i nie tylko) ludzi, a na dodatek dziełem wtórnym. Pamiętacie przebój Kylie Minogue & Nicka Cave’a „Where the Wild Roses Grow” (1995)? Tamten klip był inspirowany obrazem prerafaelity Johna Everetta Millais’go „Ofelia” (1851/1852), który z kolei powstał na kanwie dramatu Szekspira… No i teraz mamy jeszcze jedno wydanie Ofelii – w wersji powstańczej. Ale wielu odbiorców przeżywa tzw. wzrusz. Bo nie znają pierwowzorów ani… Ewy Demarczyk.

 

Niebo złote ci otworzę

To był przełom. O Powstaniu Warszawskim zaczęto mówić głośno za sprawą poezji śpiewanej. Co więcej, dramat naszej stolicy dotarł do świadomości pokolenia powojennego, którego w szkole nie uczono tej historii. W 1965 r. Ewa Demarczyk nagrała „Wiersze wojenne” Krzysztofa Kamila Baczyńskiego z muzyką Zygmunta Koniecznego. Po pewnym czasie powstał klip z tymi utworami ilustrowany dokumentalnymi ujęciami filmowymi z powstańczych czasów: czarno-białe, drgające stopklatki, bez upiększeń ani fabularyzowania. Baczyński, żołnierz Armii Krajowej, podharcmistrz Szarych Szeregów, większość swoich najdojrzalszych wierszy napisał w konspiracji pod pseudonimem Jan Bugaj. Zginął 4 sierpnia 1944 r. jako dwudziestotrzylatek. Jego niespełna rok wcześniej poślubiona żona Basia straciła życie miesiąc później.

1 września 1944 r. Demarczyk po raz pierwszy zaprezentowała te utwory na V Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie ’65 (poza konkursem). Dzieło polifoniczne, w którym solowy śpiew/melodeklamacje Demarczyk splatają się z marszem wykonywanym ciągle mormorando (od szemrania do crescendo) przez chór męski. Linia melodyczna solistki kontrastuje lub zbliża się do „wojskowej” linii chóru. To dzieło – uważane za najbardziej dopracowaną kompozycję Koniecznego i kongenialne wykonanie Demarczyk – przyczyniło się z jednej strony do spopularyzowania gatunku zwanego poezją śpiewaną, ale też do przywołania dramatu samotnie walczącej Warszawy. A fraza 

„Jeno wyjmij mi z tych oczu/ szkło bolesne – obraz dni,/ które czaszki białe toczy/ przez płonące łąki krwi…”

wbiła się w pamięć kilku pokoleń.

 

Sabotaż, zbrodnia, błąd

Jak wiadomo, władze PRL dostosowywały narrację o Powstaniu według wskazań „przyjaciół” ze Wschodu. Od 1948 r. rocznica zniknęła całkowicie z oficjalnego kalendarza. Czasy stalinowskie to okres totalnego potępiania, przemilczania i fałszowania historii. Dowódców AK oskarżano o sabotaż, faszyzm i działania na niekorzyść narodu. Represjonowano też ocalałych żołnierzy Powstania Warszawskiego, wydarzenia 1944 r. przedstawiano zaś jako polityczną zbrodnię oraz strategiczny błąd, jako że kolidowało to z sowieckimi planami przejęcia władzy w Polsce. 

W 1954 r. pojawiła się – po przerwie od 1946 r. – kompania honorowa na kwaterach powstańczych na Powązkach. Narracja wyraźnie zmieniła się w dobie odwilży i dojścia Władysława Gomułki do władzy. Zezwolono wówczas na budowę pomników oraz wyrażanie uznania uczestnikom Powstania (głównie młodym szeregowcom) i bohaterskiej ludności cywilnej jako patriotom, których „kontynuatorami” byli zwolennicy Października ’56. To wtedy Andrzej Wajda mógł nakręcić „Kanał” (1956), pierwszy powojenny film przywołujący realia powstańczej tragedii. Jednocześnie nadal potępiano dowódców, kardynalną winą za klęskę obarczając Komendę Główną AK i rząd londyński, któremu zarzucano chęć zdobycia władzy choćby kosztem tysięcy ofiar. Rzecz jasna, przemilczano celowe zatrzymanie ofensywy Armii Czerwonej na linii Wisły, bez udzielenia wsparcia miastu, zarzucając aliantom niepospieszenie z pomocą.

Gdy władzę w PRL przejął Edward Gierek, z jeszcze większą mocą podkreślano bohaterstwo walczących, oddzielając ich ofiarność od postawy „reakcyjnego” rządu na uchodźstwie. Ale w 1984 r., przy okazji 30. rocznicy Powstania, cenzura wstrzymała równoczesne wydanie kilkunastu książek o insurekcji, nakazując „rozproszenie ich”, żeby sierpniowa data nie zyskała na znaczeniu.

 

Msze za Powstańców

Sytuacja zmieniła się pod koniec lat 70., kiedy uaktywniła się opozycja. I oto 1 sierpnia 1979 r. z inicjatywy działaczy Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela w Archikatedrze Warszawskiej odprawiono Mszę, po której uformował się pochód pod Grób Nieznanego Żołnierza, gdzie żołnierze AK złożyli wieńce, a mowę wygłosił Wojciech Ziembiński, dziennikarz, działacz społeczny i katolicki, więzień polityczny w czasach PRL, jeden z inicjatorów „Listu czternastu” – protestu wobec represji stosowanych wobec uczestników wydarzeń Czerwca ’76.

Jednak najmocniejsze uderzenie w prosowiecką wersję nastąpiło w 40. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Wprawdzie w 1984 r. już nie obowiązywał stan wojenny (zniesiony 22 lipca 1983 r.), lecz wciąż w dużej części narodu atmosfera była napięta. Przed sierpniem 1984 r. wszystkie służby mundurowe zostały zmobilizowane do utrzymania „porządku i bezpieczeństwa” w mieście. Używając esbeckiego żargonu, obawiano się, że „elementy antysocjalistyczne mogą zakłócać porządek przebiegu uroczystości oficjalnych”. SB przejęła ok. 800 ulotek „W 40. rocznicę Powstania Warszawskiego” z fragmentami wystąpienia komendanta głównego AK Tadeusza Bora-Komorowskiego oraz wierszami Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Kazimierza Wierzyńskiego, a także biało-czerwonym sztandarem z orłem w koronie i transparentem z napisem „Solidarność żyje i zwycięża”.

31 lipca w Archikatedrze św. Jana odprawiono Mszę z udziałem prymasa Józefa Glempa, po czym ok. 8000 osób udało się pod Grób Nieznanego Żołnierza, gdzie złożono wieńce i odśpiewano pieśni patriotyczne. Podobno wśród zgromadzonych naliczono około 550 funkcjonariuszy Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych. Także 1 sierpnia celebrowano Msze w kościele garnizonowym przy ul. Długiej, Kościołach św. Krzyża i św. Stanisława Kostki. Jednak głównym miejscem niezależnych obchodów stał się Cmentarz Powązkowski. Warszawiacy gromadzili się przy kwaterze Szarych Szeregów oraz w tzw. Dolince Katyńskiej. Odśpiewano m.in. hymn narodowy, „Rotę”, „Ojczyzno ma”. Jak relacjonował podziemny periodyk „Wola”: „cmentarz żył tymi przypomnieniami, które w formie ulotek umieszczano na grobach i drzewach czy transparentach «Solidarność żyje i zwycięży»”.

 

Symbol walki o niepodległość

W przeddzień 40. rocznicy Powstania Warszawskiego Komitet Wykonawczy NSZZ „Solidarność” wydał jakże ważne oświadczenie, w którym zauważył, że obchody PW są

„…powstaniem narodowym, symbolem niezłomnej woli odzyskania niepodległości. […] Powstanie było próbą odwrócenia fatalnego biegu wydarzeń. Nawet jeśli próba ta się nie powiodła, nie może [to] przekreślić faktu, że symbolizuje ona dla nas to samo, co Powstanie Kościuszkowskie i Styczniowe”.

Ostrzegano też, że

„komuniści chcą, aby w pamięci narodowej zostało piętno beznadziejnego oporu, aby walkę o wolność Polacy widzieli jedynie jako symbol beznadziejności i politycznej głupoty. Chcą nas widzieć upokorzonych, złamanych rozpatrywaniem klęski, pozbawionych nadziei: chcą Polaków o kornie zgiętym karku”.

Zauważano również, że po upływie 40 lat Powstanie Warszawskie wciąż nie doczekało się swojego pomnika, o którego starania podjęto podczas tzw. karnawału Solidarności.

 

Pomnik w formie muzeum

Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego zaczęliśmy oficjalnie obchodzić dopiero w 2010 r., dzięki decyzji prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który rok wcześniej podpisał ustawę w tej sprawie. Zacznijmy od idei budowy Muzeum Powstania Warszawskiego: mówi się, że iskierka nadziei na stworzenie takowego pojawiła się wraz z odwilżą po śmierci Stalina. Ale… żadne działania nie zostały podjęte aż do 1981 r., kiedy powołano Społeczny Komitet Budowy Muzeum Powstania Warszawskiego i rozpoczęto zbiórkę pamiątek po tym zrywie – a żyło jeszcze sporo uczestników insurekcji i ich rodzin. Dzięki tym zabiegom udało się zgromadzić kilkanaście tysięcy eksponatów, jednak sprawa nadal się wlokła.

Aż dekadę zabrały przygotowania do budowy siedziby tej instytucji, która pierwotnie miała powstać w ruinach gmachu Banku Polskiego, powstańczej reduty przy ul. Bielańskiej. W 1984 r. konkurs na projekt muzeum ogłoszony został przez Muzeum Historyczne m.st. Warszawy i Stowarzyszenie Architektów Polskich; w 1986 r. wyłoniono zwycięzców i… znowu pauza do 1994 r., kiedy to wmurowano kamień węgielny pod budowę muzeum. Sukces? Skąd, z powodu niewyjaśnionych praw własnościowych do nieruchomości przy Bielańskiej do przebudowy nie doszło.

Pojawiła się jeszcze koncepcja umieszczenia ekspozycji poświęconej Powstaniu w nieczynnym zbiorniku gazu na terenie Gazowni Warszawskiej na Woli, za czym optował Andrzej Wajda z poparciem Lecha Kaczyńskiego. Kiedy w 2002 r. ten drugi został prezydentem Warszawy, obiecał żyjącym jeszcze uczestnikom, że na 60. rocznicę wybuchu Powstania instytucja będzie otwarta. Tak też się stało – ustalono, że siedzibą będzie zabytkowy budynek dawnej Elektrowni Tramwajowej (ul. Przyokopowa 28). Prace adaptacyjne rozpoczęły się w kwietniu 2004 r. i trwały następne 4 miesiące w trybie 24 godziny na dobę. Stachanowcy! Ale zdążyli! W przededniu rocznicy Lech Kaczyński wreszcie otworzył muzeum-pomnik najważniejszego warszawskiego zrywu.

 

Na finał

W przededniu 1 sierpnia jak zawsze powracają – na różnym intelektualnym i emocjonalnym poziomie – te same rozważania: czy Powstanie ’44 było bezsensowną „bohaterszczyzną”, czy też bez względu na skalę strat pozytywnie zaważyło na naszych dalszych, powojennych losach? A ja pytam – dlaczego nie zastanawiamy się nad sensem Powstania w warszawskim getcie, którego finał był łatwy do przewidzenia, a mimo to nikt nie zarzuca kilkuset bojownikom straceńczej głupoty? Jak to możliwe, że wobec żydowskiego zrywu czapki z głów i żółte żonkile na klacie, a na naszą warszawską insurekcję wciąż spadają kolejne bomby zarzutów? Myślę, że część tych kwestii wyjaśnia powyższy tekst.

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 01.08.2026 08:49
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 30/2026, oprac. Ludwik Pęzioł