Tak przez lata zmieniano Polaków w „Europejczyków”

- Autorka przedstawia przemiany polskiego patriotyzmu od PRL-u do dziś.
- Wskazuje, że konsumpcjonizm i aspiracje do zachodniego stylu życia wypiera przywiązanie do narodowej tradycji.
- Tekst kończy się krytyką współczesnego stosunku elit politycznych do patriotyzmu.
Europejczycy kontra patrioci
Od razu widać, że nowe, wypasione apartamentowce i drogie pilnie strzeżone osiedla zamieszkują ludzie obojętni wobec naszej historii. Patriotyzm? Wyrzucić na śmietnik, razem z martyrologią i pamięcią o ofiarach wszystkich naszych narodowych powstań. Indolencja „młodych, wykształconych, z wielkich miast” nie wzięła się sama z siebie. To efekt wieloletniego procesu narzuconego i sterowanego przez lewicowych liberałów oraz piewców polityki UE. Kiedyś w Rosji Radzieckiej pracowano nad wychowaniem „nowego sowieckiego człowieka” – teraz starania idą w kierunku ukształtowania społeczeństw wykorzenionych z kultury (i historii) własnego kraju, kosmopolitycznych, tolerancyjnych wobec wszystkiego, co niosą obce tradycje. W gruncie rzeczy „hoduje się” ludzi bezideowych, aspołecznych, nakierowanych wyłącznie na własne benefity.
Sockonsumpcjonizm
Według mnie zaczynu tej egocentrycznej postawy należy szukać w czasach PRL-owskiego „dobrobytu”. To w latach 70. pojawiły się postawy zwane sockonsumpcjonizmem. Za Gierka wyjazdy na Zachód stały się łatwiejsze, posiadanie dewiz czy złota nie groziło kryminałem, w sklepach pojawiło się więcej „luksusowych” dóbr. Jeszcze po niektóre ogólnodostępne „atrakcje” – jak modne meble czy lepszej jakości sprzęt elektroniczny (radia, tranzystory, telewizory, głośniki) trzeba było zapisać się i odstać w kolejkach społecznych, ale pojawił się też wyłom: Pewexy. Sieć sklepów, powstała w 1972, proponowała towary z importu za twarde waluty bądź bony towarowe. Sklepy stosunkowo „demokratyczne”, otwarte dla wszystkich, w odróżnieniu od tych „za żółtymi firankami”, w głębokiej komunie dostępne jedynie funkcjonariuszom najwyższej rangi.
Oferta Pewexu była skromna, lecz i tak oszałamiała zachodnimi markami – od dżinsów (Wranglery i Lee), bielizny i swetrów (słynne szetlandy) poprzez alkohole (brandy Napoleon), samochody, materiały budowlane po… papier toaletowy. Wszystko to był standard zdecydowanie poniżej zachodniej klasy średniej, lecz na tle PRL-owskiego ubóstwa wydawał się rajem. Ale warto przypomnieć jeszcze o jednym: Pewexy wyznaczyły w polskim społeczeństwie linię podziału między „gołodupcami”, których nie stać było na „pewexowanie” (chłopami, robotnikami i pomniejszymi urzędnikami), a ludźmi lepiej sytuowanymi, raczej z wyższym wykształceniem, często z partyjną przynależnością, jeszcze częściej krętaczy i cwaniaków. W Pewexach nie sprawdzano źródeł pochodzenia dewiz czy bonów towarowych.
Co zabawne – niektóre towary, zwłaszcza trunki i papierosy, stały się „tradycyjną” formą gratyfikacji za rozmaite usługi (np. porady lekarskie bądź prawnicze – może to wtedy zaczęła się degeneracja w tych zawodach?). Po naszej transformacji Pewexy, te oazy cinkciarstwa (gdyby ktoś nie wiedział – żargonowe określenie typków handlujących walutami, od angielskiego change cash) zaczęły przegrywać z polską przedsiębiorczością (też trochę na krzywy ryj), a zupełnie straciły rację bytu po wprowadzeniu wymienialności złotówki oraz ceł i podatków narzuconych na pewexowe towary.
„A to Polska właśnie”
Kiedy wreszcie przewrót 1989 roku otworzył nam wrota do zachodnich dóbr, trzeba było wielu lat, by zaspokoić półwiekowe nienasycenie. To wtedy stan posiadania zaczął być wyznacznikiem społecznego statusu i podstawą uzyskania szacunku bliźnich. Ludzie wygłodzeni PRL-em rzucili się na dobra konsumpcyjne, ochoczo przyswajając sobie amoralne postawy typu „pierwszy milion trzeba ukraść”. Na porządku dziennym stało się „jumanie” – takie „niewinne” okradanie supermarketów w bogatszych krajach, w przeciwieństwie do grubych przekrętów przy prywatyzacji państwowych zakładów przemysłowych czy PGR-ów. Ktoś, kto zachowywał respekt do tradycyjnych wartości, plasował się na pozycji dinozaura.
Wtedy też patriotyczną postawę schowano do lamusa: byliśmy wolnym krajem, wróg zniknął, trzeba było tylko zadbać o gospodarkę. Wielu obywateli transformacja PRL-u w III RP wpędziła w skrajną biedę, ale co zasobniejsi wpadali w euforię. Ton nadawali – a jakże! – aktorzy i artyści, w latach 80. opoka podziemia. Znów warto przypomnieć, że swą pozycję moralnych wyroczni zawdzięczali czasom, gdy współtworzyli drugi obieg kultury, negowali czerwoną władzę i odwoływali się do patriotycznych tradycji oraz religijnych symboli. Hitami były narodowe dramaty Stanisława Wyspiańskiego – „Wyzwolenie”, „Wesele”, „Warszawianka” czy „Noc listopadowa”, a fraza „A to Polska właśnie” stała się narodowym idiomem.
Pod obcym butem
Zastanawiające – czy trzeba, by nasz kraj znalazł się w zagrożeniu lub zaznawał spektakularnych poniżeń ze strony ościennych nacji, aby wykrzesać z rodaków patriotyczne iskry? Pamiętam stan wojenny i emocje tamtej dekady. Na kilka lat sfera dóbr materialnych dla wielu Polaków zeszła na plan dalszy, zminimalizowana do potrzeb bazowych. Patriotyzm stał się najwartościowszą cnotą, jak za zaborów. Niestety, w niejednym przypadku była to fasada, niezbędna do towarzyskiej akceptacji. Zwłaszcza w gronach zwanych intelektualno-artystyczną elitą. Celnie scharakteryzował tę fałszywą postawę książę Adam Kazimierz Czartoryski w „Katechizmie rycerskim” (1774):
„powierzchowność okazywać się usiłuje dla pewniejszego ludzi zwodzenia; pod tym ujmującym pozorem ukrywa ambicje, miłość własną, własny interes. Tym jest zdradliwszą zasłoną hipokryzji, obłudy, nieszczerości albo udawania cnót, im trudniejszą jest do przeniknienia”.
Skoro mowa o tamtych czasach – kiedy Polska rozsypywała się pod zaborami, idee patriotyczne głosiły tajne ugrupowania: założone w 1821 roku w Królestwie Polskim Narodowe Towarzystwo Patriotyczne oraz Towarzystwo Patriotyczne, organizacja powołana w 1830 roku, w czasie Powstania Listopadowego. Formą patriotyzmu była też w czasie zaborów „praca organiczna”, wprowadzana w czyn przez pozytywistów. Skoro – przez jakiś czas – Polacy musieli funkcjonować bez własnego państwa, trzeba było angażować się w pracę, naukę, postęp techniczny i upowszechnianie kultury. Szczególnie to ostatnie było uważane za przejaw patriotyzmu: szerzenie kultury i oświaty, podtrzymywanie polskiego rzemiosła, a nade wszystko – języka ojczystego.
Wolnościowe wzmożenie
Przejdźmy do naszego kolejnego „wyzwolenia” – spod sowieckiej kurateli. W 1989 roku Grzegorz Tomczak wstrzelił się w zbiorowe emocje „Tangiem na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos”, w wersji pierwotnej wyśpiewanym przez autora, następnie spopularyzowanym przez Marylę Rodowicz, a potem powielanym w wielu coverach. Och, jak to rezonowało!
„Ty to masz szczęście, że w tym momencie/ Żyć ci przyszło w kraju nad Wisłą/ Ty to masz szczęście”.
Pionierzy wyzwalania Polski od komunistycznych decydentów, wpływów i złogów w pierwszej fali patriotycznego wzmożenia nieśli na sztandarach polskość. Utwór Tomczaka odbierano jednoznacznie – jako deklarację wolnej i wyswobodzonej z komunizmu Polski.
„To nie wróg był, bo głos cichy i subtelny, ale polski i nieskazitelny”
– cytuję inny fragment z wzmiankowanego powyżej utworu. Potem pojawia się przywołanie Adama Mickiewicza i Cypriana Kamila Norwida, a wszystko to w kontekście Okrągłego Stołu i czerwcowych wyborów. No, wzrusz.
"W samo południe"
W tym samym patetycznym duchu „przemawiał” do narodu plakat „W samo południe” (praca grafika Tomasza Sarneckiego), namawiający do udziału w czerwcowym głosowaniu. Kompozycyjnie mało wyrafinowany, prosty, wręcz łopatologiczny, okazał się mieć ogromną siłę rażenia. Dzięki staraniom Janiny Jankowskiej, działaczki Solidarności, afisz wydrukowano w nakładzie 10 tys. egzemplarzy i rozwieszono w przestrzeni Warszawy rankiem 4 czerwca 1989 roku.
Nikt wtedy nie marudził, że symbolem wolnych wyborów nie stał się np. Lech Wałęsa, lecz bohaterski szeryf grany przez Gary’ego Coopera z westernu „W samo południe” z 1952 roku. W ogóle pomysł był pastiszowy: w plakatowej wersji Sarneckiego amerykański aktor zamiast colta dzierżył kartkę z napisem „wybory”, za plecami mając wypisane charakterystyczną czcionką słowo „Solidarność”; także w miejscu gwiazdy szeryfa widniała „solidarnościowa” plakietka.
Operacja na mentalu
W latach 90. zaczęto rozpowszechniać inną narrację: postpeerelowskie złogi muszą wymrzeć, dopiero wtedy uformuje się społeczeństwo nieskażone komuną, otwarte na świat, postępowe i europejskie. Wyjątkową perfidią było to, że tę legendę najgorliwiej lansowali ci, którzy pełnymi garściami czerpali z przywilejów uzyskanych dzięki układom i kasie partyjnych rodziców. „Resortowe dzieci” urządziły sobie III RP dla siebie, na swoich warunkach. Dawny patriotyzm, kojarzony z walką z komuną, z Solidarnością i strajkami okrzyknięto passé. Teraz zaczęto stawiać na Polaka-Europejczyka bez właściwości, biernie przyjmującego liberalno-lewicową ideologię.
To „nowoczesne” ideolo wsączano poprzez media, kulturę i edukację, rozbudzając w rodakach (młodych, wykształconych, którzy z małych miejscowości przenieśli się do dużych miast) ambicje doszlusowania do klasy średniej. Pamiętacie celebrytów, paskudnie wypowiadających się o Polsce i rodakach, deklarujących się jako obywatele Europy bez konkretnej narodowości? Wtedy to postawiono znak równości między patriotyzmem a nacjonalizmem. Polacy mający w swym DNA miłość do ojczyzny i gotowość dla niej na poświęcenia powinni się tego… wstydzić. Szczególnie młodym aspirującym do miana światowców udało się wmówić, że patriotyzm to obciach. Tylko przegrywy wymachują biało-czerwonymi flagami, celebrują narodowe święta i manifestują narodową dumę.
Sprzątanie po psie
W czym dziś objawia się patriotyczna postawa? Dla wielu to po prostu przyzwoite zachowanie. Uiszczanie podatków, przestrzeganie prawa, udział w wyborach. Szczyt patriotyzmu to kupowanie produktów z polskim logo, zwłaszcza gdy są droższe niż te z importu. Do patriotów zaliczają się też ci, którzy sprzątają fekalia swojego psa. A nowocześni patrioci odhaczają narodowe święta w kalendarzu, kiedy to mogą wyjechać na dłuższe weekendy.
Deklaracja polskości bywa też groteskowa – jak kampania społeczna „Orzeł może” (2 maja 2013), prowadzona pod auspicjami prezydenta Bronisława Komorowskiego. Jej symbolem stał się tzw. morzeł, dwumetrowy orzeł wyrzeźbiony w białej czekoladzie, w otoczeniu różowych baloników. Miał zachęcać do nowoczesnego patriotyzmu, ale stał się synonimem obciachu. Nas też pewni znajomi uznali za obciachowców, narodowców i prawicowe wstecznictwa za sprawą… wywieszonej na balkonie polskiej flagi.
Zaprosiliśmy przed wyborami 15 października 2023 roku dawno niewidzianą parę (wyższe wykształcenie, zamożni prawnicy). Na widok biało-czerwonej materii powiewającej za balkonem owi znajomi zaczęli się dopytywać, co chcemy zademonstrować? Opowiedzenie się po prawej stronie? Wstyd! A trzeba wiedzieć, że „elity” są szczególnie niesamodzielne myślowo i mało kto jest odporny na dyskredytację, a już towarzyski ostracyzm to największa tragedia.
Absencja bez powodu
Właściwe poglądy suflują gremia opiniotwórcze, a nade wszystko – lewa strona rządu. W ich opcji udział w narodowych świętach sytuuje uczestników jako nazistów, rasistów i ksenofobów. Ba, lobberzy polexitu. Przykład daje premier: Donald Tusk z dziwną konsekwencją unika wzięcia udziału w obchodach świąt państwowych. Osobiście nie łączę tego z naiwnym tłumaczeniem z przywołaniem „dziadka z Wehrmachtu”. Jego lekceważenie naszych najważniejszych narodowych rocznic musi mieć osobowościową przyczynę. Strach przed wygwizdaniem? Przed konfrontacją z inaczej myślącymi Polakami? Jak na premiera – słabe. Podobnie jak „morzeł”, przykrywanie absencji infantylnymi rolkami na TikToku tylko kompromituje prezesa Rady Ministrów.
A oto lista jego ostatnich nieobecności. Gdzie był Tusk w kwietniu br., gdy Polska fetowała 1050. rocznicę chrztu Polski? Uprawiał jogging w Tokio. Nie było go w Warszawie 1 sierpnia, podczas celebracji 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Systematycznie omija też rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę; ignoruje Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” obchodzony 1 marca; jak ognia unika uczestnictwa w obchodach rocznicy katastrofy smoleńskiej (10 kwietnia), w której zginęło 96 najważniejszych w Polsce postaci, polityków ze wszystkich opcji, w tym z PO; odpuszcza sobie udział w obchodach rocznicy rzezi wołyńskiej (11 lipca); olewa rocznice Powstań Śląskich czy Powstania Wielkopolskiego (27 grudnia).
W nielicznych przypadkach Donald Tusk podawał przyczyny nieobecności – zagraniczna delegacja lub jakiś zabieg medyczny – ale na ogół po prostu znika. To nie do pomyślenia w innych krajach, żeby premier „miał wywalone” na najważniejsze państwowe święta. Obecność na nich to obowiązek szefów rządu. Może Donald Tusk stracił już charyzmę najważniejszego w kraju męża stanu?
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Afera z milionami dla powodzian. Druzgocący dla KO raport

Norwegowie nadal nie chcą do UE. Nawet młodzi są sceptyczni wobec Brukseli

Bruksela daje zielone światło. Chodzi o 33 mld zł
"Zdecydowanie pozytywnie" rząd Donalda Tuska ocenia 3,5% Polaków

O co, tak naprawdę, chodzi w polsko-niemieckiej umowie dot. obronności








