Szukaj
Konto

Witold Grzybowski „Kot”. Szesnastoletni ułan, więzień Niemców, mistrz Polski

Witold Grzybowski „Kot”
Źródło: Tysol.pl | Licencja: mat. redakcyjny | Witold Grzybowski „Kot”
Witold Grzybowski ps. „Kot” miał zaledwie 16 lat, kiedy dołączył do Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego Armii Krajowej. Dostał konia i karabin, trafił do 2. szwadronu kawalerii 27. Pułku Ułanów. I właśnie tutaj zaczyna się jedna z tych historii, które pokazują, jak bardzo wojna przyspieszała dorastanie.
Co musisz wiedzieć:
  • Witold Grzybowski ps. „Kot” miał zaledwie 16 lat, gdy dołączył do Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego AK i trafił do 2. szwadronu kawalerii 27. Pułku Ułanów.
  • Jako młody ułan przemierzył konno ponad 500 kilometrów w kierunku Puszczy Kampinoskiej. Podczas Powstania Warszawskiego patrolował teren, przewoził meldunki i opiekował się końmi żołnierzy.
  • Przeżył dramatyczną bitwę pod Jaktorowem, a później trafił do niemieckiego więzienia. Wolność odzyskał w styczniu 1945 roku.
  • Po wojnie został inżynierem i wybitnym strzelcem sportowym. Dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski, a dziś, w wieku 98 lat, jest jednym z ostatnich żyjących żołnierzy Grupy „Kampinos”.

Szesnaście lat. Koń, własnoręcznie zrobione siodło i karabin

Wsadzili go na konia, choć wcześniej właściwie nie jeździł konno. Nie dostał też gotowego siodła. Otrzymał jego części i musiał sam je złożyć. Tak zaczynała się jego ułańska droga.

Szesnastoletni chłopak, który dopiero uczył się konia i siodła, chwilę później ruszył z oddziałem przez wojenną Polskę. Z Nowogródczyzny ku centralnej Polsce i Puszczy Kampinoskiej. Przed nim było ponad 500 kilometrów dróg i bezdroży, które miał przemierzyć konno razem z żołnierzami Armii Krajowej – ku walczącej Warszawie.

To nie była opowieść o chłopcu, który od dziecka marzył o kawalerii i świetnie jeździł konno.

To była opowieść o szesnastolatku, którego wojna postawiła przed koniem, karabinem i decyzjami ludzi dorosłych – a on po prostu musiał sobie poradzić.

W czasie Powstania Warszawskiego pełnił służbę wartowniczą, jeździł na patrole, przewoził meldunki i jako jeden z najmłodszych żołnierzy był koniowodnym – opiekował się końmi kolegów, którzy schodzili z siodeł i ruszali pieszo do walki.

Miał szesnaście lat. W wieku, w którym powinien siedzieć w szkolnej ławce, był żołnierzem Armii Krajowej.

Dymy nad walczącą Warszawą

Z Puszczy Kampinoskiej żołnierze widzieli dymy unoszące się nad Warszawą. Wiedzieli, że w mieście trwa ciężka walka i że sytuacja Powstańców jest dramatyczna. Dla młodego ułana nie była to historia oglądana z oddali, lecz rzeczywistość, której sam był częścią – patrolując teren, przewożąc meldunki i służąc w Grupie „Kampinos”.

Jednym z najbardziej dramatycznych momentów jego wojennej drogi był Jaktorów.

Jaktorów. „Jak zobaczyłem »Dolinę«, pomyślałem, że wyjdę z tego żywy”

W naszym wywiadzie Pan Witold wraca do tamtej chwili:

„Proszę pana, były momenty, kiedy zostałem sam na bitwie, w bitwie pod Jaktorowem. Ale zobaczyłem około dwieście metrów ode mnie grupkę żołnierzy i dowódcę. (…) Jak go zobaczyłem, to moją pierwszą myślą było, że ja z tej bitwy wyjdę żywy”.

Został sam na polu walki, pośród strzałów i chaosu bitwy. Pod niemieckim ostrzałem dwukrotnie padał na ziemię, udając trafionego, i dopiero gdy ogień ustawał, podnosił się i szedł dalej.Wtedy, około dwustu metrów dalej, dostrzegł grupkę żołnierzy i swojego dowódcę – porucznika Adolfa Pilcha „Górę”, „Dolinę”.

Wśród huku i niebezpieczeństwa sama jego obecność dawała młodemu ułanowi poczucie, że jest jeszcze nadzieja.

Skoro „Dolina” jest tutaj - wyjdziemy z tego żywi.

Witold Grzybowski wydostał się z okrążenia. Potem była dalsza partyzancka droga, Kielecczyzna, a następnie aresztowanie przez Niemców.

„Od 15 grudnia do 17 stycznia siedziałem w niemieckim więzieniu”

O jednym z najtrudniejszych doświadczeń swojego życia Pan Witold mówi krótko, niemal bez patosu:

„Od 15 grudnia do 17 stycznia siedziałem w niemieckim więzieniu”.

Za tym jednym zdaniem kryją się jednak tygodnie niewoli - gestapo w Opocznie i więzienie w Tomaszowie Mazowieckim. W jednej celi przebywało około czterdziestu ludzi. Było tak ciasno, że więźniowie leżący na pryczach nie mieli nawet możliwości swobodnie odwrócić się na drugi bok.

W styczniu 1945 roku niemiecka obsługa więzienia uciekła. Więźniów uwolnili ludzie z konspiracji. Witold Grzybowski odzyskał wolność.

Ojciec szukał go od wsi do wsi

Po wojnie rodzina była rozproszona. Witold nie wiedział dokładnie, gdzie są jego bliscy, a oni nie wiedzieli, gdzie jest on.

Ojciec postanowił go odnaleźć. Pojechał w okolice Końskich, a później szedł od wsi do wsi, pytając o syna. Ludzie często nie znali nawet nazwiska młodego partyzanta. Znali za to jego pseudonim: „Kot”.

Ojciec szukał więc „Kota”. I znalazł.

Witold wrócił pewnego dnia do domu, w którym mieszkał, wszedł do środka - a na taborecie siedział jego ojciec. Po miesiącach wojny, walki, tułaczki i więzienia po prostu siedział i czekał.

To jedna z tych scen, które pokazują, jak niezwykłe było życie Pana Witolda - pełne dramatycznych zwrotów, ale także chwil zwyczajnych, rodzinnych i niezwykle ludzkich.

Zamiast opowiadać o wojnie - zaczął pracować

Po wojnie trzeba było zacząć wszystko od początku.

Ojciec nie był w stanie z jednej pensji utrzymywać rozproszonej rodziny. Witold wrócił do nauki, ale szybko musiał ją przerwać i podjąć pracę. Pracował w gorzelni, ukończył kurs kierowników gorzelni i sam został kierownikiem. Potem przyszła trzyletnia służba wojskowa. I właśnie wtedy ujawnił się kolejny niezwykły talent młodego ułana.

Żołnierz, który został mistrzem Polski

Strzelectwo.

Zakwalifikował się do reprezentacji Marynarki Wojennej. Startował w Spartakiadzie Wojska Polskiego i mistrzostwach kraju. Po przejściu do cywila nie zrezygnował ze sportu. Trenował, choć równocześnie pracował i uczył się. W naszym wywiadzie mówi o swoich początkach niezwykle skromnie:

Na strzelaniach jakoś tam wypadłem nie najgorzej. (…) Zakwalifikowałem się do reprezentacji Marynarki Wojennej.

„Nie najgorzej” w jego przypadku oznaczało naprawdę wiele.

W 1959 roku został mistrzem Polski. W 1962 roku – mistrzem Polski po raz drugi.

Zdobył również Puchar Polski, odnosił sukcesy w mistrzostwach stolicy, a także startował w zawodach zagranicznych - m.in. w Budapeszcie, Pradze, Berlinie i Lipsku.

Kiedy podczas naszej rozmowy zapytaliśmy go, czego uczy strzelectwo, odpowiedział właściwie jednym słowem: „spokoju”. A potem wyjaśnił: umiejętności zatrzymania się, koncentracji i oddania strzału dokładnie w odpowiednim momencie.

Być może trudno znaleźć słowo, które lepiej pasowałoby także do jego charakteru.

Matura po pracy. Potem Politechnika Warszawska

Wojna zabrała mu kilka lat normalnej edukacji. Nie odebrała mu jednak potrzeby uczenia się. Pracował, ukończył liceum dla pracujących, zdał maturę, dostał się na Politechnikę Warszawską i ukończył Wydział Łączności.

O swojej wojennej przeszłości przez lata niemal nikomu nie opowiadał.

„Ja się nie chwaliłem tym, że byłem w partyzantce. Wiedział tylko ojciec, mama i siostra. Nikt więcej nie wiedział”.

Do środowiska kombatanckiego dołączył dopiero w 1987 roku. Przez dziesięciolecia żył, pracował, uczył się i budował swoją przyszłość, nie budując wokół siebie wojennej legendy.

Osiemdziesiąt lat później - pamięć o kolegach wciąż żywa

Dziś Pan Witold ma 98 lat. Z żołnierzy Grupy „Kampinos” pozostało już tylko dwóch – Witold Grzybowski w Polsce oraz drugi z jego dawnych towarzyszy mieszkający w Stanach Zjednoczonych.

Kiedy niedawno szedł alejami Cmentarza Wojskowego na Powązkach, ludzie zatrzymywali się. Dziękowali. Pochylali głowy. Mundurowi salutowali.

Przedstawiciele Stowarzyszenia Veritas et Ius w Służbie Narodowi oraz Ad Vocem mieli zaszczyt towarzyszyć mu przy pomniku żołnierzy Grupy „Kampinos”.

Dla nas są to nazwiska zapisane w historii. Dla niego – koledzy. Ci, z którymi jako szesnastoletni chłopak przemierzał ponad 500 kilometrów wojennych dróg. Ci, których konie trzymał, kiedy szli do walki. Ci, z którymi przeszedł przez czas Powstania i Jaktorów.

I ci, którzy nigdy nie wrócili.

Człowiek większy niż jeden rozdział historii

Najłatwiej byłoby napisać o Witoldzie Grzybowskim: Powstaniec Warszawski. Ale to za mało.

Ułan Armii Krajowej. To również za mało.

Partyzant. Więzień Niemców. Ocalały spod Jaktorowa. Robotnik. Kierownik gorzelni. Marynarz. Student. Inżynier. Sportowiec. Dwukrotny mistrz Polski.

Mąż, ojciec, człowiek, który przez dziesięciolecia żył zwyczajnym życiem, choć jego młodość nie miała w sobie nic zwyczajnego.

Jego życie było niezwykle bogate. Wojna zabrała mu dzieciństwo, ale nie odebrała ciekawości świata. Z chłopca, który po raz pierwszy został posadzony na koniu i własnoręcznie składał siodło z otrzymanych części, stał się ułanem, który przemierzył ponad 500 kilometrów, potem więźniem Niemców, pracownikiem, kierownikiem, marynarzem, studentem, inżynierem i wybitnym sportowcem.

Potrafił pomieścić w jednym życiu doświadczenia, które wystarczyłyby na kilka życiorysów.

W wieku szesnastu lat musiał poznać rzeczy, których człowiek nie powinien poznawać w tym wieku.

A później zrobił coś być może równie trudnego: nauczył się żyć dalej. Bez pomników. Bez budowania własnej legendy. Bez opowiadania wszystkim, kim był.

Dziś, gdy od tamtych wydarzeń dzieli nas ponad osiemdziesiąt lat, widać szczególnie wyraźnie, jak wielkie znaczenie mają takie świadectwa.

Bo historia nie jest wyłącznie zbiorem dat.

Historia ma imię. Ma twarz. Ma głos. Ma pamięć.

Jedną z tych twarzy jest Witold Grzybowski ps. „Kot”.

Szesnastoletni ułan, który przemierzył ponad 500 kilometrów ku walczącej Warszawie. Ocalały spod Jaktorowa. Więzień Niemców. Syn, którego ojciec szukał od wsi do wsi. Człowiek, który po wojnie rozpoczął życie od nowa. Inżynier. Dwukrotny mistrz Polski.

I jeden z ostatnich, którzy mogą jeszcze powiedzieć:

„Byłem tam”.

Pan Witold nie jest tylko świadkiem historii. Jest jednym z ludzi, którzy ją tworzyli.

Panie Witoldzie – dziękujemy.

Cześć i chwała Bohaterom!

[Piotr Schab - sędzia, prezes stowarzyszenia prawników Veritas et Ius. W Służbie Narodowi]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 18.08.2026 16:20
Źródło: Tysol.pl