Szukaj
Konto

Dziennikarz czy mediaworker? O przyczynach zepsucia dzisiejszych mediów

Dziennikarz czy mediaworker? O przyczynach zepsucia dzisiejszych mediów
Źródło: pixabay | Autor: Engin Akyurt | Licencja: Pixabay License | Tłum, kamery
Zawód dziennikarza ulega ciągłej pauperyzacji od kilkunastu lat. Dna tego spadku nie widać. To prawdziwie wolny zawód ze wszystkimi tego – coraz bardziej negatywnymi – konsekwencjami.
Co musisz wiedzieć:
  • Współczesne dziennikarstwo coraz częściej ustępuje miejsca produkcji szybkiego, klikalnego kontentu.
  • Zanik merytorycznej formacji, czytania i pisania pogłębia powierzchowność przekazu.
  • Nadmiar informacji, spadek prestiżu zawodu i rozwój sztucznej inteligencji dodatkowo osłabiają rolę dziennikarza.

– Powoli stajemy się jak bednarze

– mawiał już kilkanaście lat temu doskonały dziennikarz piszący o kulturze Piotr Bratkowski, obserwując, jak rewolucja technologiczna dokonuje zmian w tej branży. Faktycznie zawód, który wymagał czasu, by w nim dojrzeć, wprawnego oka mistrza patrzącego dokładnie na postępy adepta wchodzącego w świat mediów, przeszedł do historii. Cóż z tego, że bednarze robią piękne, stylowe beczki, skoro zajmuje to bardzo dużo czasu, a łatwiej i taniej zastąpić je beczkami plastikowymi?

 

Mediaworkerzy

Kunszt redaktorski jest coraz mniej potrzebny tak jak klasycznie pojmowana formacja dziennikarska. Były czasy, może jeszcze dwie, trzy dekady temu, gdy młodemu dziennikarzowi chcącemu wejść w jakiś obszar aktywności zawodowej, np. w stosunki międzynarodowe, sektor obronny lub zjawisko nowych ruchów religijnych, dawało się stos książek tematycznych z zaznaczeniem, że za jakiś czas będzie z nich dokładnie odpytany. Obecnie media elektroniczne dają wiele sposobności pracy w branży i nie musi to być redaktor piszący długie, analityczne teksty. Starsi dziennikarze przyzwyczajeni jeszcze do ścisłej hierarchii w tym zawodzie odbierają nawet młodszym kolegom prawo do nazywania ich dziennikarzami czy redaktorami, często mówią o nich mediaworkerzy, którzy mają dostarczać tylko kontent dający jak najwięcej odsłon i wysoką pozycję w wyszukiwarce.

Doszło do sytuacji, gdy szanowani reportażyści, słynący z przywożenia materiałów wojennych z najdalszych zakątków świata, pukają do kolejnych redakcji z prośbą, by kupiły od nich materiał, ale pieniądze, które są im proponowane, to kilkaset złotych, czasem ponad tysiąc, no bo ważne jest to, ile „wykręcą” z tego kliknięć. Ma się to nijak do pół roku spędzonego gdzieś na drugim końcu świata za swoje pieniądze. Kto wie, czy w dzisiejszej rzeczywistości Ryszard Kapuściński nie miałby gorzej niż w czasach PRL, kiedy podróżowanie było bardziej skomplikowane i droższe. Dzisiaj mógłby usłyszeć: „Tu, na miejscu, przy biurku, mam chłopaka czy dziewczynę, która zrobi mi wiral. Nie stać mnie na takie ambitne materiały”, a w domyśle: „Po co mam tracić pieniądze na takie rzeczy?”. Najczęściej taka dziewczyna czy chłopak nie ma nawet umowy o pracę.

Zawód dziennikarza ulega coraz większej pauperyzacji paradoksalnie także z powodu demokratyzacji i otwarcia się tego zawodu. Dawniej, przy ograniczonej liczbie tytułów prasowych, radiowych i telewizyjnych, kandydat musiał się wykazać determinacją, pokorą i profesjonalizmem, by być dopuszczonym do redakcji. Większa demokratyzacja i szeroki próg wejścia same w sobie są dobre. Społeczeństwo nie jest niewolnikiem jednej, z góry narzuconej agendy, panuje pełen pluralizm i każdy może afirmować swoje wartości i przekonania w przestrzeni publiczno-medialnej. Owszem, jedni mają większe możliwości, inni mniejsze, ale pluralizm i wolność jednak są.

 

Face to face

Dzisiaj każdy, kto chce, może otworzyć swój kanał na YouTubie i tworzyć dowolne treści, no, prawie dowolne, nie mając żadnego przygotowania ani pojęcia, czym różni się komentarz zaangażowany od niezaangażowanego, czym jest np. przesłuchanie perswazyjne i kiedy je stosować, czym różni się rola obiektywnego obserwatora od roli krytyka i jakiego rodzaju ma to być krytyk – „twardy” czy „miękki”.

Jest łatwo, zamiast bawienia się w skomplikowane meandry warsztatu dziennikarskiego, prościej zastosować kontrowersje, podgrzać emocje, wyśmiać kogoś i obrazić albo wyśmiać, obrazić i jeszcze wywołać delikwenta do tablicy, wyzwać go na gombrowiczowski pojedynek na miny w mediach. Oj, takie rzeczy prawdziwie „żrą” i nabijają kliknięcia. W świecie FAME MMA na popularności wciąż zyskuje zjawisko „face to face”, to niezwykle prymitywna forma wzajemnych wyzwisk, krzyków i czasem bójek rywali stojących przed sobą twarzą w twarz przed walką. Ustawki medialne bardzo często przypominają właśnie „Face to face”. Kto wie, może niedługo w kłótniach goście dla wirali zaczną wykorzystywać dostępne podczas rozmowy gadżety, np. wyleją na interlokutora wodę ze szklanki. Może tak być, szczególnie gdy goście nie mają nic do powiedzenia i po raz tysięczny przeżuwają już dawno strawioną treść medialną.

 

Brak formacji

Zanika za to tradycja przygotowania merytorycznego czy nieustannej formacji intelektualnej wśród dziennikarzy. Tego nie ma obecnie na żadnym etapie.

„Od dziennikarzy głupsi są tylko aktorzy”

– powiedział jakiś czas temu jeden z najlepszych dziennikarzy wPolsce24 Robert Mazurek. Niestety, nie jest to bezpodstawne stwierdzenie. No bo jak traktować wypowiedź jednej z brylujących teraz gwiazd internetowego komentariatu, mniejsza o nazwisko, która swego czasu w gronie dziennikarzy jasno zadeklarowała, że cieszy ją fakt, że kanclerz Niemiec Olaf Scholz ogłosił utworzenie specjalnego funduszu o wartości 100 mld euro dla Bundeswehry w lutym 2022 roku, bo to będzie sprzyjać i nam, a ta Bundeswehra będzie też nas chronić. Warto wspomnieć, że owa gwiazda do dzisiaj prowadzi rozmowy z generałami i wojskowymi.

Kiedyś dziennikarstwo oznaczało czytanie i pisanie. Dziennikarz musiał dużo czytać po to, by dobrze pisać. Gradacja była też taka, że najpierw trzeba było pisać teksty, potem szło się do radia, a z radia do telewizji. W efekcie na wizji czy na antenie byli raczej dojrzali, ukształtowani dziennikarze z dorobkiem i rzetelnym warsztatem.

Od kilkunastu lat adept wchodzący w zawód nie musi nic pisać. Ma przynosić newsy z miasta czy z Sejmu, które coraz częściej trudniej odróżnić od zwykłych medialnych plotek. A to właśnie pisanie wymusza na dziennikarzu pogłębioną analizę, syntetyzowanie wielu odległych nieraz treści, przekopywanie się przez materiał, trud udowodnienia postawionej przez siebie tezy, sprawdzenie, co na poruszony przez niego temat zostało już napisane i w jaki sposób. Tekst to zamknięta kompozycyjnie uporządkowana hierarchicznie według ważności i pojemności całość. Pisanie tekstów nie pozwala na ślizganie się po powierzchni. Tutaj sama wiedza z portalu X, PAP czy Reutersa nie wystarcza, bo trudno, posiadając tylko taki background, przedstawić światu coś oryginalnego lub odkrywczego.

Kto zaproszony na pogrzeb?

Ludzie, którzy nie czytają literatury fachowej, „nie wiedzą, czego nie wiedzą”, i nie są w stanie postawić ważnego pytania publicystycznego. Dla przykładu, gdy zmarła brytyjska królowa Elżbieta II, mało było materiałów na temat instytucji korony w brytyjskiej kulturze politycznej, jej znaczenia dla systemu politycznego Wielkiej Brytanii i Commonwealth. Za to bez końca można było czytać o tym, kto zostanie zaproszony na pogrzeb, a kto nie, w którym będzie stał rzędzie i jakie kapelusze będą miały panie.

 

Spadek prestiżu

Formacja prezentera czy też przygotowanie go do zawodu wyglądają tak, że większą część uwagi poświęca się na to, jak ma wyglądać i jak ma mówić. Uczula się go na wymowę, czasem posyła do logopedy, by ładnie się wysławiał, jednak bardzo rzadko, a często w ogóle nikt nie powie mu, że w danym obszarze powinien więcej poczytać, bardziej wgłębić się w materię. Ktoś powie, że jest to rola wydawcy, ale wydawca też nie musiał pisać tekstów, nie przeszedł przez ten etap i dla niego wartością jest news dnia sam w sobie, bez osadzania go w zawiłościach coraz trudniejszej rzeczywistości.

Dla młodego pokolenia dziennikarzy zrobienie researchu oznacza po prostu przejrzenie nagłówków najważniejszych stron internetowych i mediów społecznościowych, nawet bez wgłębiania się w treści materiałów. Wyrosło już pokolenie komentatorów politycznych, którzy całą swoją percepcję mieszczą w 140 znakach, bo taki limit obowiązywał przez lata na Twitterze. Obecnie na portalu X to 280 znaków. I to im w zupełności wystarcza.

Niestety ma to swoją cenę, najlepsi odchodzą z zawodu, szczególnie jeśli mają jakieś inne umiejętności cenione przez rynek. W „Rankingu prestiżu zawodów i specjalności” przygotowanym przez SW Research dziennikarz jest na 36. miejscu. Prezenter telewizyjny – na 43. miejscu.

 

Spadek jakości

I jeszcze jeden aspekt jest ważny – nadmiar informacji, łatwość ich pozyskiwania, pogoń za „bieżączką” i przebodźcowanie wprowadzają więcej chaosu w tym zawodzie, niż wnoszą wartości. Ilość dostępnych informacji przekracza dzisiaj zdolność ich przetwarzania przez człowieka. 70% osób odczuwa zmęczenie i stres z powodu nadmiaru informacji. Tak dziennikarz, jak i czytelnik nie ma czasu i pojemności, by przetworzyć i zakodować nowe treści w sposób efektywny. Skutkuje to nadmiarem treści o niskiej wartości poznawczej, fragmentaryzacją informacji, produkcją „śmiecia” informacyjnego, trudnością w weryfikacji źródeł i w końcu trudnościami z głęboką analizą i zrozumieniem skomplikowanych treści.

Ma być jeszcze trudniej, ponieważ w media wkracza AI. Niektóre redakcje już testują boty atrakcyjnych prezenterek, które rozmawiają z gośćmi. Kwestia czasu, kiedy takie wirtualne gwiazdy będą dostawać maile od wielbicieli ku uciesze swoich twórców i wydawców.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 15.07.2026 09:01
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 28/2026, oprac. Ludwik Pęzioł