Szukaj
Konto

To nie jest kraj dla sygnalistów

To nie jest kraj dla sygnalistów
Źródło: pexels.com | Autor: Sammie Sander | Licencja: Pexels License | Mężczyzna
Rząd Donalda Tuska nie ma szczęścia do sygnalistów. Nie byłoby to niepokojące, ponieważ niepokojenie wielkich tego świata jest rolą tychże. Niestety jeszcze bardziej prawdziwe jest jednak stwierdzenie, że i sygnaliści nie mają szczęścia do rządu Donalda Tuska, a to już dużo, dużo gorzej. W bardzo głośnej sprawie przekonał się o tym niedawno dr Emil Jędrzejewski, a wcześniej kilka innych osób, których historie przypomnimy.
Co musisz wiedzieć:
  • Autor przekonuje, że ochrona sygnalistów w Polsce często zawodzi.
  • Szczególnie dzieje się to, gdy zgłoszenia dotyczą osób związanych z władzą.
  • Artykuł przywołuje głośne przypadki polskich sygnalistów, którzy doświadczali represji.

Pojęcie „sygnalista” w naszym języku nie występuje zbyt długo, w prawie znane jest jeszcze krócej. Polska wprowadziła odrębną ustawę o ochronie sygnalistów wyjątkowo późno, dopiero ustawą z 14 czerwca 2024 roku, która zasadniczo zaczęła obowiązywać 25 września 2024 roku. Jeszcze później, od 25 grudnia 2024 roku, weszły w życie przepisy dotyczące zgłoszeń zewnętrznych, m.in. do rzecznika praw obywatelskich. Praktyka bardzo szybko pokazała, że jej przepisy bardzo często są martwe, jeżeli tylko działalność sygnalistów zaszkodzić może osobom odpowiednio wpływowym.

 

Sygnaliści piszą historię

Historia sygnalistów w najbardziej powszechnym rozumieniu, a zarazem kontekście kulturowym to opowieść o ludziach, którzy wchodzili w konflikt z potężnymi instytucjami: państwem, wojskiem, służbami, policją, albo wielkimi korporacjami, ujawniając informacje niewygodne dla władzy i opinii publicznej. W 1971 roku Daniel Ellsberg, przekazując „Pentagon Papers”, pokazał skalę kłamstw administracji USA wokół wojny w Wietnamie; anonimowy przez lata „Deep Throat”, czyli Mark Felt, zmienił politykę i historię, pomagając dziennikarzom „Washington Post” rozplątać aferę Watergate; Frank Serpico zainspirował znany film, ujawniając korupcję w nowojorskiej policji, za co zapłacił ostracyzmem i realnym zagrożeniem życia. To przykłady działalności sygnalistów alarmujących o nadużyciach w sferze publicznej.

Sygnaliści alarmowali też o nadużyciach w prywatnych firmach, często generujących skutki wykraczające daleko poza ściany korporacyjnych biurowców i wpływających na życie i zdrowie całych społeczności. I tak Karen Silkwood stała się symbolem ryzyka ponoszonego przez pracowników demaskujących zaniedbania wielkiego przemysłu, gdy próbowała ujawnić nieprawidłowości w zakładach nuklearnych Kerr-McGee, a Jeffrey Wigand, były menedżer koncernu tytoniowego, odsłonił mechanizmy działania Big Tobacco i wiedzę firm o uzależniającym charakterze nikotyny.

Współczesność

Na początku XXI wieku do tego kanonu dołączyły sygnalistki korporacyjne i instytucjonalne, takie jak Sherron Watkins z Enronu, Cynthia Cooper z WorldComu czy Coleen Rowley z FBI, które pokazały, że zagrożeniem dla dobra publicznego może być zarówno księgowa kreatywność wielkich firm, jak i bezwład państwowych instytucji.

Epoka cyfrowa przyniosła natomiast kontrowersyjne i niejednoznaczne przypadki Chelsei Manning (tak naprawdę – Bradleya Manninga, który po skazaniu za zdradę tajemnicy państwowej ogłosił się osobą transpłciową, nie żądając jednak przeniesienia do więzienia dla kobiet) i najbardziej chyba znanego Edwarda Snowdena, wreszcie ujawniających kulisy działań wojskowych, dyplomatycznych i inwigilacyjnych USA. Wreszcie – Frances Haugen, która ujawniła mediom mroczne sekrety dotyczące polityki Facebooka, w tym ustawiania algorytmów w celu wzmacniania konfliktów, a więc generowania ruchu (i zysku) kosztem tworzenia napięć społecznych.

 

 

Pod ochroną

Prawne ujęcie kwestii sygnalistów rozwijało się nierównomiernie. Najwcześniej i najpełniej w Stanach Zjednoczonych, później w Europie Zachodniej. W USA za historyczny początek tej tradycji uchodzi False Claims Act z 1863 roku, przyjęty jeszcze w czasie wojny secesyjnej, który pozwalał prywatnym osobom występować przeciw oszustom wyłudzającym pieniądze od państwa; później ochrona sygnalistów była rozbudowywana sektorowo, m.in. wobec pracowników federalnych, rynku kapitałowego i wielkich korporacji. W UE ważnym punktem odniesienia stała się brytyjska ustawa Public Interest Disclosure Act z 1998 roku, ale wspólny standard unijny przyniosła dopiero dyrektywa z 2019 roku o ochronie osób zgłaszających naruszenia prawa Unii.

 

Ciężkie życie informatora

Oczywiście o osobach, które mieściły się w prawnej lub zwyczajowej definicji sygnalisty, słyszało się u nas od dawna. Dość głośny był przypadek Mariana Kuliga, który w 2007 roku ujawnił mechanizmy ustawiania przetargów na sprzęt medyczny. Choć jego informacje doprowadziły do kilku procesów, sam stał się przegranym w tej walce, tracąc zdrowie i majątek. Po powrocie do władzy Donalda Tuska jako pozytywny przykład sygnalisty rządowa propaganda przedstawiła Tomasza Mraza, byłego dyrektora departamentu Funduszu Sprawiedliwości, który nagrywał ludzi Zbigniewa Ziobry i Marcina Romanowskiego, by po zmianie rządu przekazać materiały prokuraturze. To między innymi na podstawie zeznań Mraza rozpoczęto falę represji, która dotknęła urzędniczki Ministerstwa Sprawiedliwości i ks. Michała Olszewskiego. Mraz, lansowany przez Romana Giertycha, cieszy się szczególnymi względami obecnej ekipy, czego nie można powiedzieć o innych bohaterach tego tekstu.

Pierwszą sygnalistką, która zderzyła się ze ścianą stosowania również tej ustawy „tak jak my ją rozumiemy”, była Gabriela Fostiak. Fostiak, przewodnicząca związku zawodowego na Uniwersytecie Szczecińskim, informowała Ministerstwo Nauki o nieprawidłowościach i przypadkach niegospodarności, prosząc o zachowanie poufności jej danych. Mimo to jej pisma i dane miały trafić do władz uczelni, czyli do środowiska, którego zgłoszenie dotyczyło. Media szybko ustaliły, że wywodzący się ze Szczecina Dariusz Wieczorek pozostawał w dobrych relacjach z rektorem, a żona ministra została dyrektorką w Centrum Edukacji Medialnej i Interaktywności US. Co więcej, Wieczorek odpowiadał za przyznanie rektorowi wysokich świadczeń. Sprawa ostatecznie, choć nie od razu, skończyła się dymisją Wieczorka, o czym pisaliśmy w numerze poświęconym kondycji polskiej nauki.

Latem 2025 roku wybuchła sprawa Hanny Radziejowskiej i Mateusza Fałkowskiego z berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego. Radziejowska, informując Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego o nieprawidłowościach w instytucji, występowała jako osoba korzystająca z ochrony sygnalisty, ale jej korespondencja – tak samo, jak w przypadku Fostiak – miała trafić do przełożonego, którego sprawa dotyczyła. Wkrótce potem została odwołana ze stanowiska, a Fałkowski, jej zastępca, także przedstawiany jako osoba objęta ochroną, stracił pracę. Ministerstwo tłumaczyło później, że ochrona miała zostać przyznana „przez pomyłkę”, co tylko wzmocniło wrażenie chaosu wokół nowych przepisów. Rzecznik praw obywatelskich wskazywał, że ujawnianie danych osoby zgłaszającej nieprawidłowości może zaprzeczać samej idei ochrony sygnalistów i wywoływać efekt mrożący. Ostatecznie Radziejowska i Fałkowski zostali przywróceni do pracy, a wokół ich byłego już szefa, Krzysztofa Ruchniewicza, do dziś mnożą się kolejne wątpliwości.

 

W oku cyklonu

Sprawa dr. Emila Jędrzejewskiego, w ostatnich tygodniach bardzo głośna, stanowiąca ważny element groźnej dla rządu afery Warszawskiego Szpitala Południowego, stała się jednym z najbardziej politycznych przykładów sporu o sygnalistów. Były ordynator publicznie mówił o nieprawidłowościach na SOR-ze, błędach lekarskich, zgonach pacjentów i roli Dawida Kacprzyka, lekarza związanego z warszawską KO. Prokuratura wezwała go na przesłuchanie już dzień po jego demaskatorskim i dramatycznym wywiadzie w Kanale Zero, ale ponieważ lekarz nie zdążył zawiadomić pełnomocnika, odmówił złożenia zeznań w pierwszym terminie. Prokuratura wykrzywiła przekaz z tego wydarzenia, podkreślając, ze „świadek odmawiał odpowiedzi”, bez zaznaczania motywacji tej odmowy.

Sprzyjające władzy media natychmiast podjęły atak na Jędrzejewskiego, kwestionując jego uczciwość i prawne możliwości bycia uznanym za sygnalistę. Najmocniejszy efekt polityczny wywołał jednak Donald Tusk, który publicznie napisał, że wiarygodność Jędrzejewskiego i jego „sensacyjnych wypowiedzi” wydaje się wątpliwa, choć zarazem zapowiedział sprawdzenie wszystkiego do najdrobniejszego szczegółu. Zostało to odebrane jako element nacisku na prokuraturę.

 

Wygrywa instynkt ochrony

Niejako odpryskiem tej sprawy, podczas której do zgłaszania nieprawidłowości wzywał prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski (wcześniej mający zignorować wiadomości, jakie przekazywał mu Emil Jędrzejewski), było ujawnienie sytuacji z Zarządu Dróg Miejskich. Ich pracownik, opisywany w mediach jako „pan Piotr”, po zgłoszeniu możliwych nieprawidłowości uzyskał status sygnalisty, a następnie stracił pracę. Według relacji medialnych poufne informacje z jego zgłoszenia miały trafić do kierownictwa ZDM, a zwolnienie tłumaczono m.in. utratą zaufania.

Ratusz i ZDM odpowiadały, że zgłaszane sprawy zostały wyjaśnione, a ochrona sygnalisty nie ma charakteru bezwzględnego. Wszystkie te historie pokazują, że przed instytucjami w Polsce jeszcze długa nauka. Ta jednak będzie trudna, gdy ewidentnie z prawem wygrywa instynkt ochrony swoich kolegów, nominatów i partyjnych towarzyszy.

[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 12.07.2026 19:00
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 27/2026, oprac. Ludwik Pęzioł