Szukaj
Konto

Czy jest szansa na nietoksycznych liberałów?

Czy jest szansa na nietoksycznych liberałów?
Źródło: pexels.com | Autor: Lara Jameson | Licencja: Pexels License | Mężczyzna z megafonem
Debata publiczna powinna opierać się na sporze o wizje i konkretne programy. Niezbędnym warunkiem takiej debaty jest, by obie strony uznawały wzajemne prawo do istnienia. Czy jednak dziś, gdy rządzący za najważniejszy punkt uprawianej przez siebie polityki uznają zniszczenie opozycji, taka zmiana jest w ogóle możliwa?
Co musisz wiedzieć:
  • Autor uważa, że konflikt między PiS a liberalnym mainstreamem jest realnym sporem ideowym o państwo, suwerenność i model wspólnoty, a nie jedynie medialnym spektaklem politycznym.
  • Tekst krytykuje środowisko liberalno-lewicowe za traktowanie opozycji jako zagrożenia, które należy wyeliminować.
  • Zdaniem autora szansa na bardziej demokratyczną i mniej toksyczną debatę publiczną pojawi się dopiero wtedy, gdy obie strony konfliktu uznają wzajemne prawo do istnienia.

Polaryzujący polską scenę polityczną konflikt między PiS a PO bywa przedstawiany jako spektakl tworzony poprzez granie na społecznych emocjach i pozornych osiach konfliktu, nie zaś realny spór dwóch konkurencyjnych modeli myślenia o państwie. Nie podzielam tej opinii. Owszem, sam sposób, w jaki ów spór w przestrzeni publicznej się manifestuje, bywa niestety nieznośny – histeryczny, wypełniony tromtadrackimi przemówieniami czy jałową nawalanką, w której umyka wszelka treść. Nie znaczy to jednak, że tej realnej treści tam nie ma. Zachowanie czy rozmontowanie lub rozmycie państwa narodowego, zakres suwerenności, który można oddać, oraz ten, z którego nie powinno się rezygnować, stosunek do rewolucji obyczajowej oraz relacji między życiem społecznym a różnymi kulturowymi i politycznymi tożsamościami. Wreszcie: solidarystyczny czy indywidualistyczny model budowanej przez państwo wspólnoty? To wszystko prawdziwe osie konfliktu tworzące realną polaryzację.

Skoro więc konflikt jest realny, to obie jego strony również takie są. Oznacza to, że nie ma szans, by którakolwiek ze stron konfliktu zniknęła. W tym sensie, gdy polityczka lewicy Gabriela Morawska-Stanecka w rozmowie z „Krytyką Polityczną” w 2021 roku mówiła:

„najpierw wolna Polska bez PiS, a potem lewicowe działania w Sejmie, w którym lewica będzie mogła współrządzić”,

wyrażała tym własną, tyleż niemożliwą, co toksyczną fantazję. Odkładając na bok kwestie realizacji lewicowej agendy w rządzie współtworzonym przez lewicę, które dość boleśnie dla tej formacji zweryfikował czas, trzeba powiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak „Polska bez PiS”, gdyż do realizacji tego postulatu należałoby wyeliminować lub wypędzić przynajmniej jedną trzecią polskiego społeczeństwa.

Dobór słów użytych w tamtej rozmowie jest, niestety, symptomatyczny dla całego środowiska, które sprawuje dziś władzę. Pokazuje polityczne fantazje, za którymi stoi bezmyślność i odrzucenie demokracji. PiS, sprawując władzę, bywało niekiedy przesadnie brutalne dla opozycji, lecz nigdy nie odbierało jej prawa do istnienia. Nie pozbawiało partii opozycyjnych pieniędzy, nie wygaszało mandatów posłom opozycji, nie pozbawiało jej przedstawicieli miejsc w Prezydium Sejmu. Partia Jarosława Kaczyńskiego potrafiła grać bardzo ostro, ale nigdy nie dążyła do anihilacji przeciwnika. Obecna władza prowadzi w tej materii inną politykę. Stopień zaangażowania wszystkich instytucji państwa w walkę z polityczną opozycją wykracza daleko poza cywilizowane ramy.

Metody tej walki, jak choćby wspomniane pozbawienie budżetowych pieniędzy, są w najlepszym wypadku bardzo wątpliwe z punktu widzenia prawnego. Co gorsza, jedyną ideą spajającą obecną koalicję rządową zdaje się być jej dążenie do anihilacji opozycji. O tym, jak bardzo szkodliwa jest taka polityka, zarówno z punktu widzenia państwa i jego instytucji, jak i tkanki społecznej, pisałem już na łamach naszego tygodnika kilkukrotnie. Zamiast to powtarzać, myślę, że warto postawić inne pytanie: skoro żadna ze stron politycznej polaryzacji w magiczny sposób nie wyparuje, to czy jest szansa, że przyjmie ona inną, nieniszczącą państwa formułę? Innymi słowy: czy liberalny mainstream zacznie traktować swoją polityczną konkurencję jak ideowych oponentów, nie zaś spersonifikowane zło, które należy wymazać? Spróbujmy się nad tym zastanowić.

 

W pułapce „opozycji totalnej”

Na początek warto powrócić do słynnego określenia ówczesnego lidera PO, Grzegorza Schetyny, który w czasach, gdy obóz liberalny znajdował się w opozycji wobec rządzącej prawicy, ogłosił, że Platforma Obywatelska będzie „opozycją totalną” wobec rządzącej większości. Była to postawa nie tylko radykalna, ale przede wszystkim głęboko symptomatyczna – i to z co najmniej dwóch powodów.

Po pierwsze, kody kultury politycznej, które definiują, co znaczy „być opozycją”, odziedziczyliśmy wprost po antykomunistycznej opozycji z czasów PRL-u. Jak pisałem już kilkukrotnie, kody te zupełnie nie przystają do realiów funkcjonowania w systemie demokratycznym – nawet bardzo niedoskonałym. Co ważniejsze, uniemożliwiają one budowanie zdrowej demokracji, ponieważ nie pozwalają ani właściwie zrozumieć własnej roli jako opozycji, ani funkcjonować w sytuacji, w której ktoś inny pełni tę rolę wobec nas. W efekcie opozycja przestaje być elementem mechanizmu demokratycznej równowagi, a staje się moralną krucjatą przeciwko „wrogowi”.

Po drugie, model funkcjonowania obozu liberalnego w przestrzeni politycznej konkurencji był od samego początku kształtowany przez neurotyczne wizje jego metapolitycznego otoczenia. Adam Michnik, pielęgnując traumę Marca 1968, uznał, że największym zagrożeniem dla Polski jest „lud” – w swej istocie pozostający niebezpieczną tłuszczą wypełnioną atawistycznymi odruchami, ksenofobią i rozmaitymi uprzedzeniami. Stąd w epoce III RP naczelny „Gazety Wyborczej” żywił głęboki, niemal ontologiczny sceptycyzm wobec mas i regularnie kreślił apokaliptyczne scenariusze, w których „zrewoltowana większość” występuje przeciw wolności, demokracji i praworządności. Demony nacjonalizmu, autorytaryzmu i rewolucyjnej sprawiedliwości czaiły się podobno tuż za rogiem, gotowe porwać „tłum” na barykady. Jedynie „światłe i wykształcone” elity miały moc ocalenia Polski przed tą nieuchronną apokalipsą. „Gazeta Wyborcza” opozycję w III RP opisywała zazwyczaj jako populistyczną, warcholską, ciemną i nieracjonalną. Sam Michnik nazywał tę postawę „manicheizmem”.

 Na powierzchni rzeczywiście tak to wyglądało. Jednak prawdziwa mechanika odtwarzania tych kodów kulturowych jest znacznie ciekawsza i głębsza. W rzeczywistości cały polityczny kod – nie tylko uprawiania polityki, ale także jej rozumienia i emocjonalnego przeżywania – jest kodem postautorytarnym. Nic dziwnego, że wyprodukował on „totalną opozycję”, która po dojściu do władzy niemal automatycznie zamieniła się w totalną władzę – z tymi samymi mechanizmami wykluczenia, moralnej wyższości i nieufności wobec „ludu”. Czy jest jednak szansa, że nowe pokolenia polityków i intelektualistów, na które coraz starsze autorytety tworzące Salon III RP nie miały już takiego formatującego wpływu, wybiorą inną, bardziej demokratyczną drogę?

 

Nowe pokolenia, stara pogarda

W polskiej polityce od lat funkcjonował mit, że o ile starsze pokolenia walczących ze sobą polityków, uwikłane w rozpamiętywanie własnych urazów, towarzyskich despektów i nieprzepracowanych konfliktów, nie są w stanie wyjść poza sferę emocji i osobistych animozji, o tyle nowe pokolenia – wolne od tego balastu – przyniosą wreszcie bardziej merytoryczny, racjonalny i mniej toksyczny styl uprawiania polityki. Niestety, kolejne generacje, konsekwentnie zawodząc pokładane w nich nadzieje, zdają się jedynie utwierdzać stary porządek.

Zamiast łagodzić konfrontację, młodzi politycy często jeszcze bardziej ją radykalizują. Poseł Grzegorz Napieralski z KO – dawny lider SLD, w kampanii prezydenckiej 2010 roku konsekwentnie kreujący się na przedstawiciela „nowego pokolenia”, które przyniesie nową jakość polskiej polityce – podczas niedawnej dyskusji na temat pożyczki SAFE zasugerował, by przeciwników tego rozwiązania… zamykać do więzień. Gest tyleż kuriozalny, co znamienny: ci, którzy mieli uchodzić za odświeżenie sceny politycznej, szybko wracają do najstarszego schematu – karania i eliminowania oponentów.

 

Mechanizmy wykluczenia

Kolejny przykład: polityk PiS, wcześniej Suwerennej Polski, Patryk Jaki (wraz z Tobiaszem Bocheńskim) jeździ po Polsce z serią spotkań ze studentami pod hasłem „Zmień nasze zdanie”. Celem jest debata z młodymi ludźmi, inspirowana stylem prawicowych akcji w USA. 9 kwietnia w Poznaniu 23-letni Kacper Nowicki – student prawa, działacz lewicowy i asystent europosła Krzysztofa Śmiszka – ostro skonfrontował się z Jakim. Nie odpuścił również 22 kwietnia w Gliwicach, specjalnie przyjeżdżając na kolejne spotkanie, by kontynuować starcie. W wypowiedziach młodego działacza podczas drugiego spotkania szczególnie znamienne były dwie kwestie. Po pierwsze – żądanie skierowane do Jakiego na samym początku:

„Proszę się wynieść z polskich uniwersytetów”.

Skąd taka ekskluzywność? Argument, że uczelnie powinny być „wolne od polityki”, brzmi naiwnie lub cynicznie – zwłaszcza gdy podobne spotkania bez najmniejszych przeszkód organizuje choćby marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty. Chodzi więc nie tyle o politykę jako taką, ile o selektywne prawo do obecności w przestrzeni debaty publicznej. Jedna strona ma być wpuszczana, druga – systematycznie pozbawiana głosu. To klasyczny mechanizm no-platformingu, tyle że stosowany instrumentalnie pod pozorem obrony „wolności akademickiej”. Drugą znamienną wypowiedzią było stwierdzenie:

„To pan zrobił z Polską. Starsi ludzie zamiast odpoczywać po 50 latach pracy zawodowej przychodzą i się wydzierają na placu”.

W tym jednym zdaniu kryje się cały światopogląd: starsi Polacy, którzy masowo uczestniczą w życiu publicznym, są nie tylko estetycznie uciążliwi, ale wręcz nieuprawnieni do obecności w przestrzeni publicznej. Mają siedzieć cicho w domach i „odpoczywać”. Emocjonalna, niekiedy krzykliwa forma ich zaangażowania może razić wrażliwość estetyczną, ale w tym kontekście brzmi to szczególnie kuriozalnie. Kacper Nowicki jest bowiem asystentem europosła Krzysztofa Śmiszka, który jeszcze niedawno bronił wulgarnego hasła „j***ć PiS” jako „części dorobku kulturowego”. 

Trudno zatem uwierzyć w jego nadwrażliwość na „radykalizm retoryczny”. Odkładając na bok złośliwości, problem jest znacznie głębszy i poważniejszy, a przytaczane przykłady można by długo mnożyć. Młode pokolenia polityków związanych ze stroną lewicowo-liberalną nie tylko nie łagodzą języka konfrontacji politycznej, lecz w pełni internalizują – a często nawet radykalizują – postautorytarny kod uprawiania polityki wypracowany przez elity „Salonu III RP”. Zamiast proponować merytoryczną odnowę i przekroczenie plemiennych podziałów, powielają i zaostrzają mechanizmy wykluczania, moralnego szantażu oraz pogardy dla przeciwnika. Skoro więc nie zmiana pokoleniowa, to czy cokolwiek innego może przynieść temu politycznemu obozowi sanację?

 

Czy zmiana jest jeszcze możliwa?

Myślę, że jedyną szansą na zmianę szkodliwego paradygmatu uprawiania polityki przez liberalny mainstream i jego przystawki jest… definitywna polityczna klęska tego paradygmatu. Byliśmy już bardzo blisko takiego rozstrzygnięcia w 2023 roku. Gdyby prawica nie straciła wtedy władzy, to obóz liberalny przeżyłby bardzo potrzebny sobie szok. Zamknęłaby się fantazja, że można wrócić do III RP. Dopóki Tusk był w Brukseli, PO każdą kolejną klęskę mogła sobie tłumaczyć przez „co by było, gdyby”. Dopiero przegrana Tuska umożliwiłaby życie intelektualne po tej stronie spektrum politycznego, zmusiłaby tę stronę do wyciągnięcia wniosków, przemyślenia politycznej strategii. Możliwe nawet, że doprowadziłoby to do głębszych refleksji o nieprzystawalności kodów politycznych Salonu III RP do demokratycznej polityki i potrzebie stworzenia nowych, bardziej demokratycznych.

Niestety tak się nie stało, bo choć sam Donald Tusk nie potrafił wygrać wyborów w 2023 roku, to dzięki obiecującym walkę z polaryzacją politykom Trzeciej Drogi wrócił do władzy, a wraz z nim utrwalił się toksyczny mit i Salon III RP mógł ogłosić, że to oni, a nie ci, którzy nawoływali do sanacji tego środowiska, mieli rację. Cały obóz wpadł w widoczną dziś gołym okiem intelektualną zapaść, a szansa na jego naprawę oddaliła się na lata. Czy jest ona jeszcze możliwa? Na pewno nie w najbliższym czasie.

Należy jednak pamiętać, że w polityce nic nie jest definitywne. Polityczny spór, jaki toczy się w Polsce, jest sporem realnym, dlatego ważne jest, aby reprezentanci jego stron uznawali swoje istnienie oraz swoje wzajemne prawo do uczestniczenia w debacie. Byłoby to zdrowe i społecznie potrzebne. Dlatego bardzo życzyłbym sobie nietoksycznych liberałów oraz tego, by prawica po powrocie do władzy nie utopiła własnej polityki w resentymentach. Ostatecznie nie ma żadnych „dwóch Polsk”, tylko jedna i trzeba będzie kiedyś przynajmniej spróbować ją jakoś poskładać.

[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 07.05.2026 10:56
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 18/2026, oprac. Ludwik Pęzioł