Ardanowski: "Zadłużeni rolnicy mogą stracić ziemię. Przejmą ją banki, fundusze i korporacje”

- Zadłużenie gospodarstw wynosi ok. 34 mld zł.
- Zbiory są niższe.
- Ceny w skupie nie pokrywają kosztów.
- Ardanowski ostrzega przed przejmowaniem ziemi.
- Proponuje program ratunkowy.
- Mamy w tej chwili żniwa. Jeżeli chodzi o ceny w skupie, to nie pokrywają one kosztów produkcji. Do tego mamy sytuację, w której działające na Ukrainie agroholdingi – bo one nie są ukraińskie - domagają się pełnego otwarcia europejskiego rynku na wszystkie swoje produkty, a produkują dokładnie to, co polscy rolnicy. Co będzie jeśli ziści się plan Ukrainy i Komisji Europejskiej i Ukraina wejdzie do UE na warunkach partnerskich, tzn. mając dostęp do rynku, ale nie płacąc składek i nie dostosowując się do unijnych wymogów względem rolnictwa?
Jan Krzysztof Ardanowski: Żniwa nie zapowiadają się optymistycznie. Po pierwsze jest problem zbiorów, tzn. żniwa kradzione, czyli trzeba wykorzystywać każdą wolną chwilę, kiedy nie ma opadów. Są też problemy z sąsiadami, którym to przeszkadza i są zgłoszenia na policję, że ktoś w nocy pracuje. Proszę o pewną wyrozumiałość w tym okresie, kiedy rolnicy muszą zebrać swoje plony.
Natomiast zbieg różnych czynników przyrodniczych w tym roku, przede wszystkim przymrozków wiosną, suszy i później tych bardzo wysokich temperatur, które mieliśmy kilka tygodni temu, sprawiły, że rośliny są w dużej mierze uszkodzone i już w tej chwili widać, że zbiory będą dużo mniejsze. To dotyczy zarówno zbóż, jak i rzepaku. Jak będą sobie radziły kukurydze i rośliny okopowe, to jeszcze trudno powiedzieć. W każdym razie w tych produktach, które schodzą z pól w tej chwili, widać wyraźnie duży spadek plonowania. W różnych regionach to jest oczywiście różnie, bo to zależy od jakości gleby, trochę od lokalnych warunków klimatycznych, ale są głosy, że zbiory są nawet o połowę mniejsze niż zazwyczaj.
Ceny nie pokrywają kosztów produkcji
Natomiast, co jest dziwne, również utrzymują się bardzo niskie ceny, które, jak pani słusznie zauważyła, nie pokrywają kosztów produkcji. Rolnicy, niezależnie od tego, jakie były warunki pogodowe i jakie są zbiory, musieli dbać o te rośliny, odpowiednio je zasilać, chronić, czasami było wtórne zachwaszczenie, które wymagało dodatkowego zabiegu herbicydem, bo w przeciwnym wypadku jakość zbiorów się bardzo pogarsza. Koszty były bardzo wysokie, w tym wysokie ceny nawozów, ceny paliwa. To ostatnie w tej chwili dobija rolników. Przecież wszystkie maszyny rolnicze, kombajny, ciągniki poruszają się w oparciu o olej napędowy, którego cena oszalała. To wszystko więc po stronie kosztów bardzo rolników dobija. Ceny zbóż nie pokrywają kosztów wytwarzania.
Brak alternatywy
Nie ma alternatywy, bo część rolników, rezygnując ze zboża, przestawiła się na rzepak. Część, ratując się w zeszłym roku, przestawiła się na buraki. Tegoroczna cena, ustalona przez firmy kupujące, również jest bardzo niska i może się okazać, że na naszych oczach, z powodu importu taniego cukru trzcinowego, również uprawa buraków w Polsce, równo po ponad 100 latach, po prostu się zakończy.
- Co to oznacza?
Mamy sytuację zagrożenia bezpieczeństwa żywnościowego. Twierdzę – i dziękuję, że Tysol.pl też o tym cały czas mówi – że problemem jest przede wszystkim utrzymanie własnej produkcji żywności jako bazy, jako podstawy bezpieczeństwa żywnościowego, które wprost determinuje również suwerenność i pewną niezależność państwa. Jednocześnie widzimy, że nawet i z bliskiej zagranicy, nie tylko z MERCOSUR, płynie żywność – często nędznej jakości – ale również cały czas trwa presja Ukrainy na Unię Europejską, w tym na Polskę. Kilka tygodni temu odbyła się pierwsza tura negocjacji akcesyjnych Ukrainy. Komisja Europejska bardzo życzliwie wspiera integrację z Ukrainą. Ukraińcy przedstawili warunki brzegowe, wręcz swoje roszczenia i żądania, bo ja tego nie traktuję jako stanowiska negocjacyjnego, tylko żądania wobec Unii Europejskiej. W obszarze rolnym więc domagają się natychmiastowego, jak najszybszego wejścia do wspólnego rynku.
Umowa handlowa z Ukrainą
Zresztą umowa handlowa, która weszła w życie 29 października 2025 roku faktycznie wprowadziła bardzo wysoki dostęp produktów z Ukrainy na rynek UE, więc domagają się pewnego otwarcia UE na żywność sprowadzaną z Ukrainy, również pieniędzy unijnych w ramach wspólnej polityki rolnej – to miałoby działać natychmiast – ale na dostosowanie ukraińskiego rolnictwa w zakresie standardów upraw, ochrony roślin, nawożenia, również hodowli zwierząt – wymogów europejskich związanych z dobrostanem zwierząt – chcą mieć dziesięć lat czasu. Takie warunki postawili.
Jeżeli Europa zaakceptuje warunki Ukrainy otwierając rynek na tanie produkty wytwarzane przez holdingi na Ukrainie, bo podzielam to pani zdanie, że nie jest to rolnictwo ukraińskie, to jest rolnictwo międzynarodowych korporacji powiązanych z ukraińskimi oligarchami, skorumpowanymi, działającymi na szkodę gospodarki własnego państwa, które jest przecież w stanie wojny i potrzebuje pieniędzy, to mafia ukraińska, która nazywa się oligarchowie doprowadzi do końca rolnictwa europejskiego. To dotknie w pierwszej kolejności kraje graniczące, w tym w przede wszystkim najbardziej liczącą się pośród tych krajów graniczących Polskę.
- Na ile w Pana ocenie istnieje zagrożenie, że w tej sytuacji te właśnie agroholdingi, które działają na Ukrainie, zechcą przejmować ziemię polskich rolników i wejdą z produkcją do Polski, ale już na zupełnie innych zasadach niż funkcjonowali dotychczas polscy rolnicy?
To zagrożenie jest bardzo realne. Przede wszystkim sytuacja dochodowa polskich rolników doprowadziła do tego, że głód ziemi, chęć kupowania ziemi, która przez lata była determinantą w zachowaniach polskich rolników, którzy każdy kawałek ziemi chcieli zagospodarować. Stąd walka o grunty uwalniane przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, konflikty międzysąsiedzkie, bo wydawało się rolnikom, że powiększanie gospodarstwa jest racjonalnym wyjściem z sytuacji, pozwala utrzymać konkurencyjność i w tym przysłowiowym wyścigu szczurów jeszcze brać udział. Natomiast jeżeli do produkcji trzeba dopłacać – nota bene skąd brać środki na dopłacanie? - to ten, kto ma tej ziemi dużo i dużą ilość produktów, które musi sprzedawać na rynku, ten dopłaca jeszcze więcej. Kończą się zasoby, które miały duże gospodarstwa – te, które wcześniej miały po kilkaset czy kilka tysięcy hektarów – i ustał praktycznie ruch ziemi rolniczej. Jeszcze ma cenę ziemia, która może być przeznaczona na cele inwestycyjne, gdzieś w strefach przemysłowych, zjazdach autostradowych czy w pobliżu osiedli, gdzie deweloperzy chcą budować domy, natomiast ziemia rolnicza, położona na uboczu, której przeznaczeniem jest wyłącznie uprawa, przestaje mieć jakąkolwiek wartość.
Kto przejmie ziemię?
Oczywiście to nie jest tak, że wszystko zarośnie chwastami, a po kilku latach zaczną dominować samosiejki. Ktoś tę ziemię będzie kupował, ale już nie rolnicy. Będą to przede wszystkim fundusze inwestycyjne. Część ziemi za długi – bo znaczna część polskich rolników jest zadłużona, zadłużenie polskich gospodarstw wynosi około 34 mld zł – będą przejmowały banki, jak również różne międzynarodowe korporacje, które funkcjonują na Ukrainie, w Rumunii. Należy się spodziewać, że będą próbowały kupować ziemię w Polsce, szczególnie większe areały, jeszcze dodatkowo to komasować i tworzyć coś na wzór ukraińskich latyfundiów.
- Czy w Pana ocenie jest jeszcze szansa na to, żeby ocalić polskie rolnictwo?
To jest bardzo trudne pytanie, ponieważ wymaga bardzo dokładnej, nie tylko ogólnej oceny, ale szczegółowych analiz poszczególnych sektorów rolnictwa. Wydaje mi się – chociaż obserwuję te wszystkie zjawiska, o których mówię, i to mnie nastraja pesymistycznie – że jest szansa uratowania polskiego rolnictwa, przynajmniej części tego rolnictwa.
Co zrobić?
Po pierwsze trzeba uznać, że małe gospodarstwa wcale nie są jakąś mityczną barierą, która przeszkadza ponoć w rozwoju polskiego rolnictwa. Małe gospodarstwa od dawna nie mają wyłącznego źródła dochodu w produkcji z gospodarstwa. Od dawna te gospodarstwa są zdywersyfikowane i członkowie rodziny pracują poza gospodarstwem. Czasami jedna osoba zajmuje się gospodarstwem, które ma kilkanaście hektarów, reszta pracuje poza gospodarstwem, zasilając wspólny budżet domowy. Część mniejszych gospodarstw powinna być przekierowana wyłącznie na rynki lokalne, na sprzedaż wysokiej jakości dobrej żywności, bo polska żywność w większości tak może być definiowana, i te gospodarstwa poprzez rozwój sprzedaży bezpośredniej, rolniczego handlu detalicznego powinny być podstawowym dostawcą dobrej jakości żywności na rynkach lokalnych, ale tu jest potrzebna również świadoma polityka państwa wspierania takich zachowań.
- Widzę tu pewien problem, dlatego że ci pośrednicy, którzy skupują od polskich rolników ich produkty, to w większości kapitał zagraniczny, natomiast hipermarkety wolą sprzedawać zagraniczną żywność zamiast polską.
Rozproszenie gospodarstw w Polsce powodowało, że zbudowała się cała sieć pośredników między rolnikiem a zakładem przetwórczym czy supermarketem. Ci pośrednicy właściwie są elementem zbędnym, który tylko i wyłącznie przejmuje część marży, którą w ostateczności płaci konsument. Natomiast to, o czym mówię, czyli skrócenie łańcuchów, te krótkie łańcuchy dostaw, bezpośrednia sprzedaż, rolniczy handel, mogą być szansą dla gospodarstw mniejszych. Państwo powinno to bardzo mocno wspierać.
Co można zrobić?
Myślę również, że tylko siła państwa mogłaby wymusić na sieciach handlowych dostęp do polskich producentów do półki. Mówimy o tym czasami „półka lokalna” - to był jeden z postulatów Prawa i Sprawiedliwości przed wyborami w 2023 roku. To już nie ważne, kto to proponuje. Myślę, że sieci handlowe, które dominują w handlu żywnością, powinny być przymuszone do poszukiwania produktów na rynku lokalnym. Są pewne rozwiązania, które w innych krajach przynoszą pozytywny efekt. To byłoby szansą dla tych mniejszych gospodarstw. Również większy gospodarstwom musi być zapewniony udział w rynku, bo one nie są w stanie wysłać rodziny do pracy poza gospodarstwem. Żyją tylko z tego, co ulokują na rynku, czyli z produktów roślinnych czy produktów zwierzęcych. Jeżeli cena w tej chwili nie pokrywa kosztów – dotyczy to upraw roślinnych czy też wieprzowiny, cena której jest dramatycznie niska, czy cena mleka, która przez trzy lata utrzymywała się na przyzwoitym poziomie a w tej chwili jest u nas tak wielkie tąpnięcie, że gospodarstwa, które inwestowały w sektor mleczarski, są zagrożone bankructwem. Tu musi wkroczyć państwo z jakimś racjonalnym, strategicznym programem ratowania polskiego rolnictwa, nie tylko gaszeniem bieżących problemów, że tu gdzieś rolnicy zaprotestują, tam pokrzyczą, tu jakieś gesty desperacji... Niestety spodziewam się fali bankructw w rolnictwie w najbliższych miesiącach, również i prób samobójczych.
Program ratunkowy
Państwo – i tu powinna być pewna zgoda polityczna, niezależnie od tego, kto jest w koalicji, a kto w opozycji – musi przedstawić program ratunkowy dla polskiego rolnictwa.
Chociaż jestem bardzo mocno związany z polską prawicą, chcę wykonać pewną pracę poza partiami politycznymi. Pracuję obecnie z grupą moich najbliższych współpracowników w ramach Stowarzyszenia Polski Chleb, które zarejestrowaliśmy, nad ratunkowym programem dla polskiego rolnictwa i szerzej – polskich obszarów wiejskich. Chcę wierzyć, że ten zdroworozsądkowy program nie tylko dotacji do wszystkiego, nie tylko ingerowania w rynek, ale budowania elementów, które pozwolą rolnikom otrzymywać dochody właśnie z produkcji, z udziału w rynku, a nie być uzależnionym od pieniędzy unijnych czy krajowych z różnego rodzaju dopłat związanych z restrykcjami, kontrolami, różnego rodzaju przymuszeniami. Ten system staje się wręcz opresyjny wobec polskich gospodarstw. Podstawowe dochody powinny pochodzić z dobrze zorganizowanego rynku i nikt obowiązku rozwiązań, które by rynek stabilizowały, które by dawały pewną ochronę, również pewną odporność z państwa nie zdejmuje.
Komentarze
Zełenski spotka się z Trumpem. Padła data

Łemkowie. Jak Ukraina próbuje zawłaszczyć tożsamość polskiej mniejszości etnicznej

Fałszywe nagrania podsycają konflikt Polaków z Ukraińcami. Żaryn ostrzega przed rosyjską dezinformacją

Nowy naczelny dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy. Jest decyzja Zełenskiego

Tysiące Ukraińców protestują po dymisji Fedorowa. Rośnie presja na Zełenskiego







