Szukaj
Konto

Krótki przewodnik po gatunkach libków w Polsce

Krótki przewodnik po gatunkach libków w Polsce
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Krzysztof Karnkowski | Licencja: Tygodnik Solidarność | Smok z głowami ludzi
Spośród 128 odmian liberalizmu każda jest tą jedyną, prawdziwą i objawioną, a wszystkie pozostałe to herezje, sekty i nieporozumienia. Na samą sugestię, że ktoś inny mógłby szczerze kochać wolność, przedstawiciel każdego z gatunków reaguje świętym oburzeniem i zarzuca ignorancję z miną, która ma zamknąć dyskusję na wieki.
Co musisz wiedzieć:
  • Tekst satyrycznie opisuje współczesnych polskich „libków” jako skłócone ze sobą odłamy, z których każdy uważa swoją wersję liberalizmu za jedyną prawdziwą i odrzuca pozostałe jako błędne.
  • Łączy je przekonanie o własnej moralnej lub intelektualnej wyższości oraz skłonność do uproszczonego i często konfliktowego postrzegania polityki i społeczeństwa.

To przekonanie prowadzi do licznych, skądinąd bardzo zabawnych, „kłótni w rodzinie”. Dla postronnego obserwatora to spektakl momentami trudny do ogarnięcia. Żeby jednak nie czuć się całkiem zagubionym, wystarczy poznać kilka podstawowych typów „libków”, które zdominowały współczesną Polskę. Resztę można spokojnie zostawić koneserom.

 

Unijczyk

Patronem unijczyka jest profetyczny wizjoner zjednoczonej Europy Bronisław Geremek, największym świętem zaś… 1 maja, czyli dzień dołączenia Polski do jej „europejskiej rodziny”. Data to o tyle wygodna, że wielu unijczyków, którzy w krótkim czasie przeszli drogę od przyjaciół Związku Radzieckiego do przyjaciół Zachodu, nie musiało nawet zmieniać przyzwyczajeń – hasło „Niech się święci 1 maja” wciąż pasuje jak ulał.

Unijczyk heroicznie nosi zmazę, jaką jest bycie Polakiem, choć nie traci nadziei na jej ostateczne zmycie poprzez likwidację państwa pol... EKHM EKHM!... pogłębioną integrację europejską. Zanim jednak nastąpi to symboliczne oczyszczenie, próbuje łagodzić codzienny dyskomfort polskości różnymi metodami: nadając dzieciom odpowiednio zachodnie imiona, skrupulatnie respektując zaimki i wplatając w swoje wywody myśli zaczerpnięte z wybitnych Europejczyków: Marcela Prousta, Johanna Wolfganga Goethego czy Pawła Kowala.

Oczywiście wspólna Europa nie może mieć byle jakiego ustroju. Musi nim być demokracja liberalna, czyli szczyt osiągnięć ludzkiej myśli i jedyny system zasługujący na miano demokracji. Bo wszystkie pozostałe to właściwie różne odmiany autokracji i faszyzmu. Demokrację liberalną trzeba więc pielęgnować jak delikatny ogród, bo wystarczy chwila nieuwagi, by pogrążony w swoich narodowych rojeniach lud dał się podburzyć ludziom o złych intencjach, wyniósł do władzy krwawych dyktatorów, a kontynent znów pogrążył się w bratobójczych wojnach. A że czasami liberałowie muszą od praworządności odejść? Cóż, robią to wyłącznie w jej obronie. W końcu ktoś musi pilnować zasad, nawet jeśli od czasu do czasu trzeba je dla dobra sprawy na chwilę zawiesić.

 

Racjonalista

Jego patronem jest najwybitniejszy oświeceniowy pogromca zabobonu, czyli Wolter, a świętem rocznica zdobycia Bastylii. Podobnie jak unijczyk czci Europę, ale wie, że prawdziwa Europa narodziła się dopiero w Oświeceniu; wcześniej przez skostnienie tradycji przebijały się co najwyżej nieśmiałe pierwiosnki rozumu i humanizmu. Pod jedną pachą nosi „Traktat o tolerancji”, pod drugą miniaturkę gilotyny, bo przecież tolerancja sama się nie zrobi.

W liberalizmie najbardziej kocha postępowość i kult rozumu. „Kult” w sensie ścisłym, bo racjonalista modli się do nauki, a dawne chrześcijańskie (tfu!) sakramenty zastępuje ich naukowymi odpowiednikami. Najbardziej na świecie nienawidzi religii, która (jak powszechnie wiadomo) jest korzeniem wszelkiego zła. Zwłaszcza chrześcijaństwo. A już w szczególności katolicyzm. Racjonalista przejrzał też wszystkie knowania Kościoła. Wie, że większość kleru to geje, a w watykańskich archiwach leżą dowody na wszystko: od współpracy z nazistami, przez lekarstwo na raka, aż po wehikuł czasu. Żeby jednak prawda mogła zatriumfować, postęp zwyciężyć, a ludzkość (zgodnie z przepowiednią markiza Nicolasa de Condorceta) osiągnąć nieśmiertelność, trzeba raz na zawsze rozświetlić kruchciane mroki światłem nowych encyklopedystów.

 

Wolnościowiec

Iluż on ma patronów! Wyliczyć wszystkich od Miltona Friedmana, przez Ludwiga von Misesa i Friedricha Augusta Hayeka, po Murraya Rothbarda nie sposób… każdy wybiera swojego proroka. Trzeba jednak pamiętać, że dla rothbardianisty Hayek to już socjalista, a dla hayekisty Friedman podejrzanie pachnie etatyzmem. Wspólne świętowanie jest więc trudne, ale w gruncie rzeczy zbędne, bo przecież każda forma kolektywnych obchodów to pierwszy krok do łagrów. Jeśli już jednak świętować, to indywidualnie, na przykład w niedzielę handlową, kiedy wolnościowiec udaje się do galerii, robi selfie i dzieli się nim ze światem jako aktem wolnorynkowego nieposłuszeństwa.

Wolnościowiec, jak każdy libek, wierzy w swawolę ponad wszystko, ale jej zagrożenia upatruje gdzie indziej: największym niebezpieczeństwem nie są dla niego żadne brunatne widma, tylko urzędnik z formularzem i socjalista z projektem ustawy. To właśnie gryzipióki wprowadzają regulacje, które gwałcą jego świętą wolność. Gdyby nie oni, świat byłby rajem na ziemi (no, może nie dla wszystkich, ale przecież każdy jest kowalem własnego losu, a jedni po prostu gorzej kują). Wolnościowiec bywa też impulsywny, zwłaszcza gdy każe mu się założyć maseczkę albo odkręcić butelkę z przytwierdzoną zakrętką. To już jego zdaniem zamach na fundamenty cywilizacji. W takich chwilach jego umiłowanie wolności nabiera naprawdę wybuchowego charakteru.

 

Neofita

Skoro już mowa o agresji, to naprawdę bojową formą liberała jest libek-neofita. Za patrona męskiego uznać można Romana Giertycha, a żeńskiego Elizę Michalik; świętem zaś jest dzień liberalnego oświecenia neofity, kiedy to nagle zrozumiał, jak bardzo błądził i że jednak ex occidente lux. Jeszcze wczoraj prawak (lewak rzadziej), dziś tropiciel zamordystów, faszystów i autokratów pod każdym kamieniem, w każdej lodówce i za każdą firanką.

Przyczyny tej wolty bywają różne: czasem zdrada przez dawnych kompanów, czasem wyjazd z prowincji i nagłe oślepienie blaskiem wielkomiejskiej cywilizacji, do której próbuje się w trybie przyspieszonym dopasować. Liberałowie są w stanie przyjąć go w swoje szeregi pod warunkiem ekspiacji; trzeba też zdradzić dawne sekrety, opowiedzieć wszystko o sekretnych knowaniach „faszystów” i najlepiej jeszcze stanąć w pierwszym szeregu jako człowiek od zadań specjalnych, tj. brudnej roboty.

I choć neofita oficjalnie zamienił umiłowanie zamordyzmu na umiłowanie wolności, stare nawyki nie znikają. Radykalizm zostaje. Porządek musi być, tyle że już liberalny. Dyscyplina też, oczywiście w imię walki z wrogami wolności. Każdy jest podejrzany, każdego trzeba prześwietlić. Wszędzie wrogowie, spiski, układy, siły czyhające na demokrację… zaraz, gdzie się podziała moja foliowa czapeczka?

 

Wyznawca świętego spokoju

Patronów znalazłoby się kilku, ale wszyscy są tak ujmująco sympatyczni, że aż szkoda z nich publicznie kpić. Źródło tej sympatii jest proste: chcą rozmawiać ze wszystkimi; słuchają uważnie i naprawdę są ciekawi cudzych poglądów. Rzecz dziś rzadko spotykana. 

Pod tym wszystkim kryje się jednak pewien fortel. Ich misją jest rozładowywanie radykalizmu, który uważają za największe zagrożenie dla Polski. Poglądy lekko odbiegające od liberalizmu są jeszcze tolerowane jako nieszkodliwe dziwactwo, ale każda ostrzejsza wypowiedź to już zapowiedź barykad, płonących opon i krwi płynącej rynsztokami. Trzeba więc dialogować, „pięknie się różnić” i nie podnosić głosu, bo od tego zaczynają się wszystkie tragedie świata. 

Pluralizm i różnorodność są dla nich wartościami najwyższymi, pod warunkiem, że odbywają się w bezpiecznych granicach liberalnego konsensusu. A celem jest oczywiście święty spokój. Bez barykad i napięć przy wigilijnym stole. Bo przecież wszyscy są tak naprawdę dobrzy, dobrze chcą, i tylko czasami nie potrafimy się dogadać.

 

Kapitaluch

Patron ruchomy, bo przecież lista najbogatszych lubi się tasować, podobnie jak święto, które przypada zawsze wtedy, gdy uda się ubić naprawdę dobry interes. Kapitaluch osiągnął najwyższy stopień liberalnego wtajemniczenia. Wie, że liberalizm jest przede wszystkim po to, żeby można się było nachapać kosztem innych, a cała reszta to slogany dla naiwnych. Święty spokój, tolerancja, wspólny rynek, multi-kulti, brak religijnej ascezy... wszystko to ma swoje miejsce, o ile pomaga w wyciskaniu z rzeczywistości odpowiedniej marży.

Kapitaluch patrzy na świat bez złudzeń. Żyjemy w dżungli, a kto sobie nie radzi, to jego problem. Jednocześnie doskonale wie, że nie wypada przyznawać się do bycia samolubnym dupkiem. Dlatego od czasu do czasu rzuci coś na ekologię, coś na dzieci, coś na prawa mniejszości, coś na schronisko dla zwierząt, tak aby jego wizerunek świecił przykładem. Jeśli zaś zmieni się klimat i trzeba będzie iść ręka w rękę z faszystami, to i im się rzuci parę groszy.

Nie będzie jednak dzielił się tymi wszystkimi tajemnicami z innymi. W końcu jego grono jest elitarne, liczba miejsc ściśle ograniczona, a konkurent na jego pozycję czai się tuż za pierwszym rogiem.

[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 29.04.2026 12:02
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 17/2026, oprac. Ludwik Pęzioł