Rafał Woś: To, z czego wycofał się nawet Stalin, dziś kwitnie w kapitalizmie

- Stalinowska „neprerywka” miała zapewnić ciągłą pracę gospodarki, ale została porzucona, ponieważ rozbijała życie rodzinne i społeczne.
- Współczesny rynek pracy często odtwarza podobny problem – nadmiar obowiązków, praca w weekendy i ciągły niedoczas.
- Autor przekonuje, że trzeba stale dbać o lepszą organizację pracy i ochronę pracowników.
System budził wielkie niezadowolenie społeczeństwa. Oznaczał bowiem, że bardzo trudno było mieć kiedykolwiek czas wolny razem ze swoimi bliskimi albo przyjaciółmi. Z tego powodu neprerywka została już po dwóch latach rozmiękczona, a potem zniesiona całkowicie. I nikt po niej na pewno nie płakał.
Przypomina mi się ona za każdym razem, gdy próbując się umówić z którymś z dawno niewidzianych znajomych, słyszę w odpowiedzi: „Nie bardzo mogę, bo mam w weekend robotę” albo „Bardzo bym chciał, ale wiesz, robię teraz w soboty i niedziele te drugie studia”. Gorzka to, ale chyba i prawdziwa konstatacja, że to, z czego nawet Stalin był się wycofał, kwitnie sobie w kapitalizmie w najlepsze. Neprerywka w scenerii XXI wieku.
Życie w niedoczasie
Faktycznie, obłożenie pracą w warunkach realnej gospodarki rynkowej nie jest – delikatnie mówiąc – najbardziej rozumne ani tym bardziej efektywne. Przez sporą część swojego zawodowego życia człowiek jest zazwyczaj kompletnie przeciążony pracą. Z obawy (zupełnie zresztą uzasadnionej) przed utratą pracy i zdolności do utrzymania statusu współczesny człowiek łączy bardzo różne formy zawodowej aktywności, dokonując przy tym nierzadko cudów ekwilibrystyki. Wymaga to diablo dobrej organizacji, bo gdy jej zabraknie, to praca się rozlewa, podtapiając życie prywatne, a czasem topiąc je zupełnie. Ze starej dobrej zasady 3 x 8 (8 godzin na pracę, 8 na odpoczynek i 8 na sen) robią się potworne kombinacje.
Parę lat takiego braku higieny i kłopoty ze zdrowiem fizycznym albo psychicznym pewne jak amen w pacierzu. Albo jak to, że w weekend znowu gdzieś trzeba będzie jechać, albo nad czymś pracowym przysiąść. Zjawiska takie jak telepraca, samozatrudnienie czy praca na platformach do świadczenia usług (typu Uber) pogłębiają to zjawisko jeszcze bardziej. Życie w ciągłym niedoczasie staje się chorobliwą normą.
Gniew i frustracja
W tym samym czasie inna niemała część starszych pracowników obawia się, że na ich umiejętności i kompetencje nikt nie czeka. Są wypychani z rynku, a jak pracę stracą, to często nie ma już dla nich powrotu. To także rodzi gniew, frustracje i poczucie niespełnienia, nie mówiąc już o troskach wynikających wprost ze spadku zarobków.
Naiwnością byłoby myślenie, że tym problemom da się zaradzić jedną genialną regulacją, którą da się u prawodawcy wylobbować i przypilnować, by weszła w życie. Bardziej skuteczna wydaje mi się ciągła dbałość o to, by życie zawodowe wokół nas organizować, mając to wszystko na względzie. Związek zawodowy takimi rzeczami może się zajmować i w wielu miejscach tym właśnie się zajmuje. Oby jak najczęściej i jak najskuteczniej.
Bez tego tak łatwo popaść w skrajności. Albo zachlastać się siedzeniem na czterech etatach, albo utonąć we frustracji, że nikomu już nie jestem potrzebny.
[Tytuł, śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
„Nie możemy już czekać”. Związkowcy ogłosili pogotowie strajkowe w PGG
Magdalena Okraska: W kulturze nadmiaru

Kultura wysoka, pensja minimalna. Rozmowa o kryzysie uczelni artystycznych

Rafał Woś: Ciemna strona zawodu artysty w realnym kapitalizmie

O Solidarności w sektorze kreatywnym. Nowy numer "Tygodnika Solidarność"







