Zwierzę to nie człowiek

- Współczesne „uczłowieczanie” zwierząt autor przedstawia jako efekt jednoczesnego działania przemian cywilizacyjnych, kultury masowej, mediów społecznościowych oraz mechanizmów psychologicznych związanych z empatią wobec istot postrzeganych jako bezradne.
- Tekst stawia tezę, że współczesny kapitalizm wspiera zastępowanie relacji rodzinnych relacjami ze zwierzętami, bo sprzyja to zachowania dyspozycyjności wobec pracodawcy oraz konsumpcyjnemu stylowi życia.
- Autor zwraca też uwagę na wykluczanie krytyków tego zjawiska z dopuszczalnej debaty publicznej, a nawet w relacjach towarzyskich.
Zrównanie ludzi i zwierząt stało się już normalne w wielu sferach. Przykłady tego zjawiska można mnożyć. Od oferty rynkowej: jak choćby sprzedaż „psiorbetów” (lodów dla psów) czy ozonowych hydromasaży relaksacyjnych dla zwierząt, przez zmiany w języku („futrzane dziecko”, „rodzicielstwo kota”), aż po postulaty prawne takie jak zwolnienia lekarskie na pupila czy skrajne pomysły przyznawania zwierzętom obywatelstwa. Łatwo jest tutaj epatować ekstremami. Problem nie polega jednak na samym istnieniu „szaleństw”, bo te można znaleźć w każdej dziedzinie życia, lecz na przesuwaniu granic tego, co uchodzi za normalne. To, co jeszcze niedawno było absurdem, dziś bywa uznawane za „lekką przesadę”. To, co było przesadą, staje się powszechne.
I tu zaczyna się realne zagrożenie. Nie chodzi już bowiem o konserwatywne narzekanie, że „świat stanął na głowie”, lecz o konkretne konsekwencje dla zdrowia i życia. Wystarczy spojrzeć na społeczne reakcje na uzasadniony odstrzał niebezpiecznych zwierząt. W sytuacjach, gdy wchodzą one w przestrzeń przeznaczoną dla ludzi i stanowią zagrożenie (także dla dzieci), coraz częściej pojawia się odruch współczucia wobec drapieżnika, a nie obawa o ich potencjalną ofiarę. Co więcej, zdarza się przerzucanie winy na człowieka nawet wtedy, gdy już dochodzi do tragedii. Trudno nazwać to inaczej niż utratą elementarnego instynktu samozachowawczego. Bo jak inaczej określić sytuację, w której społeczeństwo zaczyna moralnie paraliżować własną zdolność do obrony przed zagrożeniem?
Izolacja i współczucie
Skąd właściwie wzięło się zakwestionowanie hierarchii międzygatunkowej? Nie mamy tu do czynienia z nagłym „kryzysem”, lecz z efektem splotu co najmniej dwóch czynników: obiektywnych przemian cywilizacyjnych oraz patologii współczesnego systemu gospodarczego. Zacznijmy od pierwszego z nich.
Dawniej relacja człowieka ze zwierzęciem była bezpośrednia i pozbawiona złudzeń. Zwierzę stanowiło element codzienności; bywało pożyteczne, bywało groźne, ale przede wszystkim było postrzegane takim, jakie jest: zarówno w pewnych podobieństwach do człowieka (na poziomie niektórych biologicznych funkcji organizmu), jak i w zasadniczych różnicach. Urbanizacja i postępująca izolacja od natury zerwały ten bezpośredni kontakt. Nie licząc kilku udomowionych gatunków, współczesny człowiek coraz rzadziej doświadcza zwierzęcia realnego, a coraz częściej obcuje z jego wyobrażeniem. To z kolei tworzy przestrzeń dla zapośredniczeń czerpanych głównie z kultury masowej. Bajki, filmy i reklamy od najwcześniejszych lat życia systematycznie formują w społeczeństwie określony obraz zwierząt. Nawet dzikie i niebezpieczne gatunki, których rzeczywiste zachowania mogłyby budzić grozę lub odrazę, przedstawiane są jako sympatyczne, niewinne, a nierzadko wręcz moralnie wyższe od człowieka.
Wśród czynników obiektywnych warto wskazać również uwarunkowania biologiczne, które wpływają na sposób, w jaki reagujemy np. na ból czy śmierć zwierząt. Badania psychologiczne pokazują, że empatia rośnie wraz z postrzeganą bezradnością, a więc cechami, które intuicyjnie kojarzymy z dzieckiem. W tym sensie ludzki mózg reaguje silniej na cierpienie istot przypominających bezradnością dzieci niż na krzywdę dorosłych ludzi. Mechanizm ten łatwo rozszerza się na zwierzęta, i to zarówno osobniki młode, jak i dorosłe. Nieprzypadkowo więc pojawia się język „futrzanych dzieci”. To zjawisko może niektórych oburzać, ale nie wynika ono z „wariactwa”, a zakorzenienia w głębszych strukturach psychicznych. Problem polega na tym, że współczesne warunki technologiczne pozwalają te odruchy wzmacniać na niespotykaną wcześniej skalę. Winowajcą pozostają tu głównie media społecznościowe, które umożliwiają nieustanne manifestowanie empatii wobec zwierząt, co następnie rezonuje społecznie i napędza kolejne reakcje, i to nie poprzestające na zbiórkach na schroniska, a prowadzące wręcz do „prozwierzęcego” radykalizmu i absurdalnych przemian kulturowych.
Pies dla wzorowego pracownika
Zupełnie inną kwestią jest system ekonomiczny, w którym żyjemy, i to, w jaki sposób sprzyja on „uczłowieczaniu zwierząt”. Jego oddziaływanie ma przy tym charakter wręcz schizofreniczny. Z jednej strony jako system nastawiony na maksymalizację zysku napędza przemysł hodowlany, w którym pozyskiwanie produktów odzwierzęcych ma charakter masowy, zmechanizowany, całkowicie odarty z emocji, a samo zwierzę jest zaledwie surowcem i niczym więcej. Z drugiej jednak, ten sam system wynosi zwierzę do rangi przyjaciela, dziecka, a czasem wręcz obiektu quasi-religijnego kultu. Futrzasty towarzysz zaczyna pełnić rolę, która jeszcze niedawno była zarezerwowana dla relacji międzyludzkich. I nie jest to przypadek.
Jeśli za modelowego pracownika współczesnego dużego podmiotu kapitałowego uznamy bezdzietną singielkę (lub singla): osobę całkowicie dyspozycyjną, podporządkowującą życie prywatne pracy zawodowej, to „futrzak” okazuje się tu rozwiązaniem idealnym. Pozwala on zaspokoić potrzebę opieki, a nawet namiastkę rodzicielstwa, bez realnych kosztów, które dla pracodawcy generuje posiadanie przez pracownika dzieci. „Uczłowieczone zwierzę domowe” pozwala jednostce funkcjonować w systemie, któremu nie jest na rękę prokreacja i rodzicielstwo; przedłuża okres, w którym pracownik pozostaje najłatwiejszy do wykorzystania, bo moment, w którym na szczycie hierarchii wartości pojawia się u niego dziecko, niemal zawsze oznacza ograniczenie dyspozycyjności wobec firmy. Z tej perspektywy skrajne dowartościowanie zwierząt domowych można postrzegać jako jeden z mechanizmów obchodzenia barier, które prawo pracy stawia przed kapitalistą. Skoro nie można już wprost selekcjonować pracowników pod kątem ich planów rodzinnych, wytwarza się kulturowe substytuty, które te plany skutecznie wypierają lub odkładają na bliżej nieokreśloną przyszłość.
Jest jeszcze jeden aspekt tego zjawiska. Umieszczenie zwierzęcia w miejscu dziecka pozwala zachować styl życia oparty na intensywnej konsumpcji, tak opłacalny dla wielu branż. Konieczność opieki nad dzieckiem w naturalny sposób ją ogranicza i dla wielu producentów i usługodawców urodzenie się nowego dziecka oznacza wprost czasową utratę klienta. Widać, jak poważne interesy mogą zostać tu naruszone. Zwierzę, pozwalające na większą elastyczność, nie stwarza takiego ryzyka i jego właściciel może nadal konsumować do woli. Uczciwie należy zaznaczyć, że oczywiście segment rynku dla dzieci też istnieje, jednak sumarycznie wydaje się znacznie węższy niż ten skierowany dla dorosłych, decyduje więc rynkowa „przewaga sił”.
Czasy bambiterroru
Równocześnie współczesny kapitalizm musi zabezpieczać się przed krytyką tego systemowego „uczłowieczania zwierząt”. Nie jest to zadanie łatwe, bo krytycy dysponują trudnymi do obalenia argumentami. Wskazują choćby na kryzys demograficzny, na dane pokazujące niższy poziom deklarowanego szczęścia wśród osób bezdzietnych, a także na prosty fakt, że żadna kultura, która traktowałaby ludzi i zwierzęta w sposób egalitarny (poza wyjątkami w postaci czczenia pojedynczych „świętych” zwierząt), nie była w stanie wytworzyć cywilizacji, nie mówiąc już o jej długotrwałym przetrwaniu. Liberalny system znalazł jednak sposób, by te argumenty stłumić, a uczynił to przez moralny szantaż. Jeśli kwestionujesz sens ludzko-zwierzęcej egalitarności, natychmiast zostajesz wpisany w rolę człowieka złego, okrutnego i pozbawionego współczucia.
Mechanizm ten okazuje się zaskakująco skuteczny. Widać to choćby w presji językowej. W wielu środowiskach wystarczy powiedzieć, że zwierzę „zdechło”, a nie „umarło”, by na spotkaniu w reakcji na twoją „bezduszność” zapadła grobowa cisza. Wystarczy też stwierdzić, że człowiek zajmuje wyższe miejsce w hierarchii bytów, by zostać napiętnowanym jako niebezpieczny „gatunkista”. Najzabawniejsze jest przy tym odsądzanie od czci i wiary osób twierdzących, że zwierzę „nie ma duszy”, przez tych, którzy istnienie duszy kwestionują w ogóle. Ta atmosfera „bambiterroru” sprawia, że krytyka zostaje wyłączona z pola dopuszczalnej debaty, a osoba, która ją formułuje, przestaje być postrzegana jako „przyzwoita”. Tyle że przyzwoitość w tym układzie oznacza de facto zgodę na reguły systemu wyzysku. To wygodny mechanizm, bo pozwala odróżnić „swoich” od „obcych”, a jednocześnie odebrać moralną legitymację tym, którzy próbują zakwestionować obowiązującą narrację.
Warto jednak pamiętać o tym, co wybrzmiało wcześniej. U podstaw tego zjawiska nie stoją wyłącznie szlachetne odruchy współczucia. Obok nich działają bardzo konkretne, twarde interesy podmiotów kapitałowych, którym „psiecka” i „kociecka” są bardzo na rękę. A to, co na pierwszy rzut oka jawi się jako spontaniczna wrażliwość moralna, w praktyce okazuje się często elementem znacznie bardziej złożonego mechanizmu socjotechnicznego.
[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]
Komentarze
Horror późnego kapitalizmu. O „Dzwonieniu” Kiyoshiego Kurosawy

Rząd Tuska szykuje państwowy rejestr zwierząt i grzywny

Doda zabiera głos po spotkaniu z prezydentem Nawrockim. „Widzę ogromną chęć pomocy”

Prezydent Karol Nawrocki spotka się z Dodą ws. ochrony zwierząt







