Szukaj
Konto

Sukces Łatwoganga odsłonił coś, co długo ukrywano

Sukces Łatwoganga odsłonił coś, co długo ukrywano
Źródło: Łatwogang YT | Autor: Screenshot z Łatwogang YT | Licencja: YT | Łatwogang
Bezprecedensowy sukces internetowej zbiórki charytatywnej utworzonej przez Łatwoganga mówi nam o polskim społeczeństwie ważną rzecz. Nie jesteśmy tak skrajnie indywidualistyczni, jak przez lata III RP nam wmawiano. Może więc czas, by prawdziwy obraz społeczeństwa zaczął się bardziej przekładać na kształt uprawianej polityki?
Co musisz wiedzieć:
  • Sukces zbiórki Łatwoganga autor interpretuje jako dowód, że Polacy są społeczeństwem bardziej solidarystycznym i wspólnotowym, niż przez lata to przedstawiano.
  • Tekst przekonuje, że media i dominujący język debaty publicznej po 1989 roku utrwalały nieprawdziwy mit „skrajnego indywidualizmu” Polaków.
  • Zdaniem autora odkłamanie obrazu polskiego społeczeństwa mogłoby doprowadzić do zmiany całego modelu polityki.

Co pokazuje nam sukces Łatwoganga?

Gdy 17 kwietnia 2026 roku w skromnej kawalerce na warszawskiej Pradze-Południe dwudziestotrzyletni influencer Piotr Hancke, znany w internecie jako Łatwogang, włączył dziewięciodniowy non stop stream, nikt – włącznie z nim samym – nie spodziewał się, że akcja przerodzi się w bezprecedensowy sukces charytatywny. Transmisja na żywo, podczas której bez przerwy puszczano utwór Bedoesa „Ciągle tutaj jestem” (diss na raka), trwała aż do 26 kwietnia. Ostatecznie Łatwogang zebrał ponad 280 milionów złotych na Fundację Cancer Fighters pomagającą dzieciom z nowotworami. Skala zbiórki pobiła wszelkie dotychczasowe rekordy w polskim internecie, a akcja stała się fenomenem nie tylko krajowym, lecz także globalnym – o Łatwogangu pisały media na całym świecie, a do wsparcia dołączyły największe gwiazdy (m.in. Iga Świątek i Robert Lewandowski).

Reakcje na ten fenomen w zdominowanej przez polaryzację polskiej przestrzeni publicznej stały się fascynującym studium tego, jak w Polsce wszystko – włącznie z mechanizmami oceny akcji charytatywnych – zostaje podporządkowane ideologicznym sporom obozów politycznych. Strona liberalna próbowała podłączyć się do akcji i „zapisać” do niej wspieranych przez siebie polityków. Na stronach sympatyzujących z obecną władzą pojawiły się stare zdjęcia krótko ostrzyżonego Rafała Trzaskowskiego sugerujące, że prezydent Warszawy... właśnie ogolił sobie głowę w ramach wsparcia akcji Łatwoganga. Z kolei marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty deklarował gotowość ustanowienia 26 kwietnia Narodowym Dniem Walki z Rakiem u Dzieci. Część prawicy wykorzystała wydarzenie do kolejnej rundy krytyki WOŚP i Jerzego Owsiaka:

„Łatwogang, siedząc w domu, bez wielkich mediów, banków i politycznego parasola zebrał więcej niż Orkiestra Owsiaka”

– pisano w komentarzach. Niemainstreamowa część lewicy zwracała natomiast uwagę, że influencerzy często unikają płacenia podatków, promują rozwiązania korzystne dla wielkiego biznesu, a akcje charytatywne traktują jako charity washing własnego wizerunku. Choć w niektórych diagnozach poszczególne strony miewają rację, trudno uciec od wrażenia, że w naszej bardzo zrytualizowanej rzeczywistości wszyscy grają od początku do końca znaczonymi kartami. Akcja Łatwoganga stała się jedynie kolejną okazją do odtwarzania tych samych sporów. Jednocześnie komentatorzy skupiają się wyłącznie na powierzchni zjawiska – płytko i naskórkowo. Ja sam nie śledzę świata influencerów, o Łatwogangu usłyszałem dopiero po sukcesie akcji, a mimo to mam nieodparte wrażenie, że ten fenomen mówi nam o polskim społeczeństwie coś ważnego. Coś, co media głównego nurtu od trzydziestu pięciu lat starają się przed nami ukryć.

 

Wykreowany obraz

Media III RP od samego początku nie były zainteresowane rzeczywistym obrazem polskiego społeczeństwa. Nie próbowały go zrozumieć ani opisać w całej jego złożoności. Zamiast tego wolały ten obraz kreować. Już od wczesnych lat 90. liberalne elity polityczne i medialne budowały wyobrażenie społeczeństwa o samym sobie: Polacy jako naród skrajnie indywidualistyczny, nastawiony na indywidualne ścieżki przetrwania i sukcesu, nieufny wobec państwa i jakiejkolwiek polityki społecznej (bo kojarzy się z PRL-em) oraz niezwykle przedsiębiorczy. Wykreowanie takiego wizerunku było politycznie kluczowe. Stanowiło fundament ustawienia całego pola debaty publicznej – języka, w którym ta debata mogła się toczyć. Ów język „krążył” w przestrzeni publicznej, mówiąc nie tylko, jakie postulaty są lewicowe, jakie prawicowe, ale także które są „racjonalne”, a które nie, oraz – co za tym idzie – co można sformułować jako rozsądny program wyborczy, a co się mieści poza spektrum.

Oczywiście sam język nie zmienia automatycznie rzeczywistych postaw społecznych. Skutecznie kształtuje jednak otoczenie symboliczne – ramy, w których społeczeństwo funkcjonuje i w których ocenia samo siebie. W tym sensie przez wmawianie nam jako społeczeństwu, że jesteśmy indywidualistyczni, utrwaliło się w nas przekonanie, że tak jest, jednak badania (CBOS, Kantar czy European Social Survey) konsekwentnie pokazują, że poziom przywiązania Polaków do rozwiązań solidarystycznych i państwa opiekuńczego nie spadł, a w wielu aspektach jest nawet wyższy niż w krajach Zachodu. To wyobrażenie „indywidualistycznego społeczeństwa” jest niezwykle funkcjonalne dla części elit symbolicznych. Pozwala im głosić, że reprezentują „uciskaną przedsiębiorczą większość”, podczas gdy wszyscy pozostali to „wstrętni roszczeniowcy”. Społeczeństwo zostaje tym samym zamknięte w polityczno-społecznej próżni, w której żadny z jego rzeczywistych postulatów nie może stać się politycznie sprawczy.

 

Polityczno-społeczna próżnia

Jeśli spojrzymy na poglądy polskich wyborców badane różnymi metodami (osobiście najbardziej polecam badania CBOS, gdyż są prowadzone jeszcze od lat 90., co pokazuje dość szeroki obraz), to średni odsetek zwolenników państwa opiekuńczego przekracza 70 proc. W połowie zeszłego roku było to około 77 proc. Przez lata mieliśmy w Polsce dziwaczną sytuację, kiedy – jak wskazują różne badania – większość społeczeństwa była zwolennikiem solidarystycznej polityki, a w sferze publicznej w języku, który „krąży”, w którym formułuje się tezy polityczne i którym dyskutuje się w prasie czy studiu telewizyjnym, niemal nikt nie formułował politycznych tez idących w tym kierunku.

Bywały okresy, w których rządzący próbowali ten stan rzeczy kwestionować, ale dopiero rządy Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego (2015–2023) stanowiły wyraźny wyłom – wprowadzono 500 plus, wyprawkę szkolną, bezprecedensowy wzrost płacy minimalnej, trzynastą i czternastą emeryturę. Po 2023 roku obecna ekipa próbuje zrestartować przestrzeń publiczną i wrócić do „ustawień fabrycznych”. Zostawiając jednak na boku walkę partyjną, warto spojrzeć na samo społeczeństwo. Ono od początku było znacznie bardziej wspólnotowe i solidarystyczne, niż sugerował jego medialny obraz. Funkcjonowało jednak w przestrzeni publicznej zbudowanej na ideach o przeciwnym znaku. To podcinało polityczną sprawczość postulatów społecznych, ale nie zmieniało prawdziwej natury Polaków.

Ten prawdziwy obraz objawiał się co jakiś czas z ogromną siłą. Niezwykły fenomen Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy opiera się przecież na masowej, oddolnej manifestacji solidarności. Wolontariusze – głównie młodzi ludzie – stojący na mrozie i zbierający pieniądze na pomoc najsłabszym w imię dobra wspólnego to obraz daleki od indywidualizmu. Liberalny mainstream (wspólnie z samym Owsiakiem) próbował wpisać WOŚP w libertariańską opowiastkę o „społeczeństwie nieufnym wobec państwa, które bierze sprawy w swoje ręce”. Brzmi to jednak nieprzekonująco.

 

Duch solidarności i wspólnoty

Kolejne wielkie manifestacje prawdziwego obrazu naszego społeczeństwa odbywały się przy smutnych okazjach – w czasie śmierci Jana Pawła II w 2005 roku i po katastrofie smoleńskiej w 2010 roku. Mimo że te wydarzenia wiele dzieli, oba pokazały, że w trudnych chwilach Polacy nie odgradzają się od siebie i nie szukają indywidualnych strategii przetrwania. Szukają wspólnoty, bycia razem, współodczuwania. Wręcz tęsknią za byciem we wspólnocie.

Kolejnym, jeszcze bardziej spektakularnym przykładem była spontaniczna, masowa pomoc udzielona uchodźcom z Ukrainy po rosyjskiej agresji w lutym 2022 roku. Miliony Polaków otworzyły domy, udostępniły mieszkania, zorganizowały transport, pracę, pomoc materialną i psychologiczną. Skala tej pomocy zadziwiła cały świat. Czy tak właśnie zachowuje się społeczeństwo skrajnie indywidualistyczne? Gdy spojrzymy na te wszystkie zjawiska w całości, sukces akcji Łatwoganga przestaje być zaskoczeniem. To nie jest pojedyncze, wyrwane z kontekstu zdarzenie. To kolejna odsłona tego samego, głęboko zakorzenionego w Polakach ducha solidarności i wspólnoty. To kolejne elementy składające się na pewien całościowy obraz, którego mainstream ciągle nie chce nam pokazać. Pytanie dlaczego?

 

Odkłamać rzeczywistość

Polską strefę publiczną po 1989 roku stopniowo, lecz konsekwentnie zaczęła przejmować nasza swoista „lokalna” wersja liberalizmu. Nie był to jednak liberalizm klasyczny – dziecko oświecenia, Johna Locke’a, Alexisa de Tocqueville’a czy Johna Stuarta Milla, który równoważył wolność indywidualną z troską o dobro wspólne i instytucje demokratyczne. Polski liberalizm był raczej dzieckiem antykomunistycznej traumy i fascynacji części demokratycznej opozycji prawicowymi dyktaturami Augusta Pinocheta w Chile i generała Francisca Franco w Hiszpanii, które łączyły w sobie represję polityczną z radykalną liberalizacją gospodarczą. Donald Tusk wypowiadał się pozytywnie o Franco w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” w 1993 roku, a o Pinochecie i Franco w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 1994 roku. W tamtym okresie mówił również krytycznie o demokracji jako ustroju, który

„rzadko wyłania ludzi dobrych”,

twierdząc zarazem, że

„zdarza się, że niedemokratyczne siły służą wolności”.

Dodajmy do tego, że sam wzorzec liberalizmu w Polsce, który zaadoptowano, ten spod znaku Friedricha Augusta von Hayeka i Miltona Friedmana, w praktyce przekładał się na apologię darwinizmu społecznego. W rezultacie powstał twór, który nie dba o uczciwe zasady gry, nie chroni wolności ani nie tworzy instytucji, lecz wszystko niszczy i wpuszcza w to miejsce nagą siłę.

Nie jest to, niestety, jedynie przypadek obecnego premiera i znaczącej części jego politycznego obozu. Znacząca część polskiej prawicy – zwłaszcza gospodarcze skrzydło Konfederacji – wyznaje ten sam model, często w jeszcze bardziej radykalnej, drapieżnej formie. Różnica jest głównie retoryczna: jedni maskują darwinizm hasłami „nowoczesności” i „europejskości”, drudzy – „narodowej dumy” i „wolności gospodarczej”. Obu stronom zależy jednak na tym samym: by mit „indywidualistycznego polskiego społeczeństwa” trwał w nieskończoność. Dlaczego? Bo zakwestionowanie go zmieniłoby całą przestrzeń debaty publicznej w sposób dziś trudny do wyobrażenia.

 

Ku zmianie

Z pewnością oznaczałoby konieczność zmiany całego języka polityki i całego układu sił w III RP. Oznaczałoby przyznanie, że polskie społeczeństwo nigdy nie było tym, za jakie chciano je uważać. Oznaczałoby również legitymizację postulatów, które od trzydziestu lat były wypychane poza ramy „racjonalnej” debaty. Oznaczałoby w końcu, że społeczeństwo ma prawo żądać od państwa czegoś innego niż „zrównoważonego budżetu”, „cięć wydatków” czy „bolesnych reform”, które w polskich warunkach nigdy nie świadczyły o tym, że władza chce coś dać społeczeństwu, ale zawsze o tym, że chce mu coś zabrać. 

Warto iść w kierunku takiej zmiany, dlatego myślę, że tak ważne jest, by obraz „indywidualistycznego Polaka” zacząć w końcu odkłamywać. Gdy społeczeństwo zobaczy siebie naprawdę – zobaczy siłę swojej solidarności – może zacząć domagać się polityki, która tę solidarność wreszcie uczyni zasadą, a nie wyjątkiem.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 14.05.2026 10:13
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 19/2026, oprac. Ludwik Pęzioł