Tak za 200 lat będą pisać o naszych czasach

- Autor stawia tezę, że demokracja liberalna upadnie z powodów kulturowych.
- Tekst przedstawia demokrację liberalną jako epokę kultu wizerunku, skrajnego indywidualizmu i komercjalizacji relacji międzyludzkich.
- Zdaniem autora relatywizm światopoglądowy doprowadził do zaniku wspólnych fundamentów społecznych.
Wspomnienie o demokracji liberalnej
Jak będzie wyglądał kolejny ustrój? Nie wiadomo. Może być kopią lub modyfikacją któregoś z wcześniejszych, a może czymś, o czym nikt wcześniej nawet nie pomyślał. Nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć. Możemy jednak spróbować wyobrazić sobie, jak za sto, dwieście czy trzysta lat będzie wyglądać wspominana epoka demokracji liberalnej – zobaczyć ją z lotu ptaka: w sposób zamazany, wychwytujący jedynie jej najbardziej barwne i oryginalne (niekoniecznie najważniejsze) cechy. Niektóre z nich zostaną zniekształcone, inne zaś nabiorą ostrości, której dziś nie dostrzegamy, będąc zanurzonymi we własnej epoce.
Oto jak będą pisać o obecnym ustroju za kilka wieków.
Wizerunek zamiast duszy
Każda epoka inaczej odpowiada na pytanie, czym jest człowiek. Jedna twierdziła, że składa się z ciała, cienia i imienia, inna – z ciała i nieśmiertelnej duszy, jeszcze inna widziała w nim przede wszystkim klasowość, a kolejna sprowadzała go do biologicznego organizmu i świadomości, będącej epifenomenem procesów mózgowych. Aby uświadomić sobie tę zmianę, wystarczy sięgnąć do literatury i sprawdzić, ile miejsca poświęcano poszczególnym „częściom składowym” człowieka.
W epoce demoliberalnej niematerialny pierwiastek duszy zastąpił wizerunek. Człowiek troszczył się mniej o czystość duszy i sumienia, a bardziej o swój obraz w oczach innych, który pomagał mu żyć szczęśliwie lub strącał go w otchłań społecznego odrzucenia. Wizerunek, choć niematerialny, był realny do tego stopnia, że istniał w świadomości większej liczby ludzi niż ci, którzy otaczali daną osobę na co dzień. Skoro człowiek utrzymywał kontakt z tak wieloma ludźmi na odległość, było oczywiste, że widzieli oni przede wszystkim to, co im pokazał. Zwłaszcza w przestrzeni wirtualnej, która wpływała na ich życie równie mocno, a często nawet bardziej, niż najbliższe otoczenie. Przecież również od ludzi oddalonych o setki kilometrów, znających jedynie internetowy wizerunek danej osoby, zależał jej materialny los. Kto potrafił skutecznie zarządzać własnym obrazem, uchodził za człowieka wartościowego.
Dlatego troska człowieka demoliberalnego o własny wizerunek, nieustanne śledzenie reakcji na prawdziwe lub zmyślone dokonania, świadome kreowanie siebie i umiejętne eksponowanie wybranych cech nie były przejawem szaleństwa, lecz logiczną strategią działania.
Mentalność lichwiarsko-handlarska
Demokracja liberalna stworzyła znakomite warunki dla trwania kapitalizmu. Poczucie wolności, jakie system ten dawał ludziom w sferze światopoglądu oraz prawa do przestrzegania bądź odrzucania obyczajów, tworzyło namiastkę równowagi wobec wyzysku w pracy, który mógł wywołać bunt. Nic więc dziwnego, że kapitalizm dzięki demoliberalizmowi zapuścił korzenie jeszcze głębiej niż wcześniej – aż do ludzkiej umysłowości i uczuciowości.
W innych epokach sprowadzenie człowieka do roli rzeczy było zamachem na jego wielowymiarowość i bogactwo człowieczeństwa, nie mówiąc już o tym, że stanowiło afront wobec jego Stwórcy. W demoliberalizmie doszło jednak do procesu, w którym nie tylko stało się to powszechną praktyką, ale ludzie sami zaczęli postrzegać siebie jako towary. Znalazło to odbicie nawet w języku – wystarczy wspomnieć pojęcie „marki osobistej”, będącej zresztą podtypem wizerunku.
Nie skończyło się jednak na podzieleniu ludzi na towary bardziej i mniej wartościowe. Ten sposób myślenia przeniknął również do relacji międzyludzkich. Święty węzeł małżeński, a nawet romantyczna miłość zmieniły się w handlową umowę między dwoma podmiotami. Jedna strona dostarcza określonych dóbr (materialnych lub psychologicznych) – druga innych. Wstrzymanie dostaw lub ich niewystarczająca liczba uprawnia do rozwiązania kontraktu i poszukania nowego dostawcy. Nic świętego, nic romantycznego – zwykła transakcja. A każda gospodarka rynkowa prowadzi przecież do rozwarstwienia. Miłość, seks i przyjaźń stawały się udziałem niewielkiej części społeczeństwa, podczas gdy reszta musiała radzić sobie z samotnością. Nic dziwnego, że była ona plagą tamtych czasów.
Kultura autoekspresji
W demokracji liberalnej wszelka wspólnota budziła podejrzenia. To właśnie wspólnotowość obwiniono o wywołanie II wojny światowej, dlatego na piedestale postawiono jednostkę, a silne tożsamości zbiorowe zaczęto systematycznie rozbierać. Poza dwoma wyjatkami. Pierwszym było tzw. społeczeństwo obywatelskie – wspólnota powołana do walki ze wszystkimi innymi wspólnotami. Drugim były wspólnoty tworzone wokół miłośników konkretnych towarów i usług, nawet tak błahych jak siłownie, rowery czy materiały higieniczne, ponieważ leżało to w interesie największych podmiotów gospodarczych.
Przy tak wyolbrzymionym znaczeniu jednostki ludzie starali się jak najmocniej podkreślać swoją wyjątkowość. Każdy niezagospodarowany fragment stroju, ciała czy podręcznego urządzenia, który można było wykorzystać do zamanifestowania własnej indywidualności, uchodził za zmarnowaną okazję. Dlatego ludzie tamtej epoki przypominali starannie zaaranżowane sklepowe wystawy.
Epoka bez podłogi
W czasach demokracji liberalnej nic nie było ustalone raz na zawsze i nie istniały żadne oczywistości. Aby to zrozumieć, warto posłużyć się przykładami skrajnymi. We wcześniejszych epokach ludzie również się spierali – co do istnienia i natury Boga, pożądanego modelu społecznego czy tego, co piękne, a co brzydkie – lecz pewne kwestie wydawały się tak oczywiste, że samo ich podważanie uchodziło za szaleństwo. Na przykład to, czy ludzkość w ogóle powinna istnieć. W demokracji liberalnej za uprawnione uznawano twierdzenie, że nie powinna, ponieważ szkodzi przyrodzie. Albo że człowiek jest tym, za kogo się uważa. Albo że lepiej dla ludzi, by się nie narodzili. Albo że lepiej jest nie istnieć, niż istnieć. Nic z tego nie było ostatecznie rozstrzygnięte.
W tamtych dziwnych czasach właściwie każdy spór można było zakończyć magicznym stwierdzeniem, że coś jest „kwestią światopoglądową”. Kryła się za tym idea, że każdy ma niezbywalne prawo do własnych przekonań. A nawet więcej – że każdy światopogląd należy traktować z równą powagą. Bez podłogi niczego nie dało się jednak zbudować. Demokracja liberalna była więc epoką ideowej lewitacji, w której rozwój myśli paraliżował brak czegokolwiek pewnego, na czym można byłoby wznieść trwałą konstrukcję.
Czas kłótni
Brak podłogi musiał w naturalny sposób prowadzić do niekończących się sporów na każdy możliwy temat. Człowiek demokracji liberalnej był człowiekiem permanentnej kłótni. Zapewne wszystko to doprowadziłoby do rozlewu krwi, gdyby nie fakt, że spór udało się przenieść do przestrzeni wirtualnej. Na tej nowej „agorze” zwyciężał ten, kto sprytniej i bardziej widowiskowo obraził lub pomówił przeciwnika. Powstała nowa hierarchia: mistrzowie tej sztuki stawali się bożyszczami tłumu, który najwyżej cenił ironię – formę kontrolowanego ujścia agresji, dzięki której system mógł trwać.
Pod względem intelektualnym oznaczało to być może regres wobec wcześniejszych epok, ale jednocześnie stwarzało bufor chroniący przed przemocą fizyczną. Przyklejeni do ekranów telefonów i komputerów ludzie demoliberalizmu upuszczali gniew w sposób mniej szkodliwy dla ciała, choć jednocześnie zatruwali przestrzeń publiczną wszelkimi odmianami głupoty i prymitywizmu.
Gdy czyta się o tamtych czasach, wszystko to wydaje się niewyobrażalne. A jednak tak właśnie było. Czy chcielibyśmy wtedy żyć? Wbrew wyidealizowanemu obrazowi, jaki utrwaliły późniejsze opowieści – z pewnością nie. Ale skoro, wbrew znanej sentencji, historia nie jest nauczycielką życia, to wyłącznie od nas zależy, czy te absurdalne czasy kiedyś powrócą.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Krótki przewodnik po gatunkach libków w Polsce

Przemilczana karta rewolucji seksualnej

Biblijna historia wraca do kin - ale czy "Dawid" naprawdę porusza?

Magdalena Okraska: W kulturze nadmiaru

Tajemnica zstąpienia do piekieł. Co Jezus robił tam przez trzy dni?







