Szukaj
Konto

Przemilczana karta rewolucji seksualnej

Przemilczana karta rewolucji seksualnej
Źródło: publicdomainpictures.net | Autor: 1940 Retro Valentine Couple Art | Licencja: Public Domain | Mężczyzna i kobieta w kuchni
Komentarzy: 0
Z rewolucją seksualną jest trochę jak z Soborem Watykańskim II. Oba te wydarzenia nie tyle stworzyły nową rzeczywistość, co przyspieszyły procesy, które już od dawna toczyły Zachód od środka, a mimo to w prawicowych diagnozach często urastają do rangi historycznych cięć, grzebiących świat „starych dobrych wartości”. To wygodne uproszczenie. Wygodne, bo pozwala nie zauważyć przysłowiowego słonia w salonie.
Co musisz wiedzieć:
  • Rewolucja seksualna nie była nagłym „przewrotem”, lecz przyspieszeniem wcześniejszych procesów, w których dużą rolę odegrały mechanizmy kapitalizmu, a nie tylko ideologie lewicowe.
  • Kapitalizm, poprzez swoją logikę zysku i konsumpcji, aktywnie sprzyjał seksualizacji kultury i rozluźnieniu obyczajów, co bywa pomijane w prawicowych analizach.
  • Ideologie takie jak freudowski marksizm czy feminizm miały wpływ na przemiany, ale często działały w sposób zbieżny z interesami rynku, a nie jako ich główna przyczyna.

Tym „słoniem” jest oczywiście kapitalizm, który w myśleniu wielu środowisk bywa bezrefleksyjnie łączony z obroną tradycyjnego porządku społecznego. Starsze pokolenia myślicieli zachowawczych dostrzegały karkołomność takiej syntezy; dobrze rozumiały, że wpisana w logikę kapitalizmu żądza zysku skłania do oferowania ludziom tego, co najłatwiej znajduje zbyt: towarów i usług odwołujących się do niższych instynktów, a nieodłączne cechy wolnego rynku (indywidualizm, konsumpcjonizm, egoizm, transakcjonizm itd.) tylko proces destrukcji dobrego obyczaju pogłębiają. Dlatego ich stosunek do kapitalizmu pozostawał co najmniej ambiwalentny. Z biegiem czasu jednak kolejni prawicowi intelektualiści coraz słabiej opierali się duchowi epoki i pokusie opowiedzenia się po stronie możnych i silniejszych. Wraz z tym pojawiło się zapotrzebowanie na takie wyjaśnienie źródeł trawiącej Zachód obyczajowej degrengolady, w którym imię kapitalizmu pozostawało nieskalane.

 

Orgazmem w kapitalizm!

Ideologicznych i paranaukowych nurtów wspierających wyzwolenie ludzkiej seksualności nigdy nie brakowało. Jedne czyniły to wprost, inne pod pozorem neutralnego opisu sugerowały, że aby uniknąć nerwic, zboczeń, patologii osobowości czy faszyzacji społeczeństwa, należy porzucić tradycyjną etykę seksualną. Najciekawsze zjawiska rodziły się w XX wieku na styku tych dwóch podejść.
W 1929 roku Wilhelm Reich opublikował esej „Materializm dialektyczny a psychoanaliza”, w którym przekonywał, że rewolucja socjalistyczna powinna iść w parze z teorią Zygmunta Freuda.

„Marksizm obala stare wartości rewolucją ekonomiczną i filozofią materialistyczną; psychoanaliza robi to samo lub może zrobić to samo w sferze psychiki”

– pisał. Z jego perspektywy państwo socjalistyczne miało rozwiązywać problemy psychiczne wytwarzane przez „burżuazyjną” rodzinę. W końcu (jak argumentował wcześniej Fryderyk Engels) to własność prywatna miała doprowadzić do powstania monogamii konstytuującej tradycyjną rodzinę. Kompleks Edypa, nerwice i inne zaburzenia miały być skutkiem represyjnej struktury rodzinnej, a kolektywistyczny model wychowania realizowany w państwie socjalistycznym miał doprowadzić do swoistego „uzdrowienia” społeczeństwa.

To oczywiście tylko poglądowy wycinek myśli Reicha. Jego idee były podejmowane, rozwijane, a czasem rewidowane przez kolejnych marksistów, takich jak Erich Fromm, Herbert Marcuse czy Theodor Adorno. Przykładowo Fromm uważał, że tradycyjna rodzina pełni funkcję „agenta” społeczeństwa kapitalistycznego: przekazując dzieciom normy tłumiące seksualność, kształtuje w nich cechy sprzyjające funkcjonowaniu w porządku burżuazyjnym, jak: dyscyplina, zdolność do odroczenia gratyfikacji i podporządkowanie. Były to analizy, które w mniej lub bardziej zawoalowany sposób zmierzały do podważenia istniejących stosunków pracy. Niekiedy mówiono o tym całkiem wprost: uwolnienie tłumionego przez kulturę libido mogłoby stać się narzędziem obalenia ówczesnego ustroju. Innymi słowy: kapitalizm trzeba zniszczyć mocą lędźwi!

Tego rodzaju projekty musiały trafiać do tej części młodzieży końca lat 60., która buntowała się przeciwko konsumpcjonistycznemu stylowi życia swoich rodziców. Prace Reicha, takie jak „Funkcja orgazmu” czy „Psychologia mas wobec faszyzmu”, oraz książki Marcusego, zwłaszcza „Eros i cywilizacja” i „Człowiek jednowymiarowy”, należały do lektur formacyjnych przywódców studenckiej rewolty 1968 roku, czego oni sami nigdy nie kryli. Trudno więc całkowicie zbyć twierdzenia konserwatystów, którzy wskazują, że tego typu idee rzeczywiście krążyły wśród wywrotowych ideologów i wywarły pewien wpływ na radykalizującą się młodzież.

 

Bezlitosna chronologia

Wszystko, co dotychczas powiedzieliśmy, choć znajduje oparcie w faktach, trudno jednak uznać za pierwotną przyczynę „seksualizacji Zachodu”, jak chcieliby to widzieć niektórzy monokauzaliści. Już w 1954 roku wybitny socjolog (były eserowiec i emigrant ze Związku Radzieckiego) Pitirim Sorokin opublikował artykuł piętnujący rozkład obyczajów w Stanach Zjednoczonych, który dwa lata później rozwinął w książce „Amerykańska rewolucja seksualna”. Był to czas, gdy o studentach postulujących „erotyzację stosunków pracy” nikt jeszcze poważnie nie myślał, bo w latach 50. książki Marcusego czy Reicha sprzedawały się w USA w raczej skromnych nakładach (co zmieniło się dopiero w kolejnej dekadzie).

Jak więc Sorokin opisywał ówczesny amerykański pejzaż kulturowy?

„Mechanizm naszego przemysłu, handlu i sprzedaży wydaje się coraz bardziej napędzany wydzielinami seksualnymi. Za tę wulgarność i brzydotę odpowiadają liderzy finansów i przemysłu”.

Nie mniej ostro oceniał literaturę popularną:

„W tym szmirowatym pisarstwie seksualizacja poszła znacznie dalej i przybrała formy znacznie ohydniejsze niż w literaturze poważnej. Kicz naszych czasów ma komercyjnie hodować, krzewić i eksploatować najbardziej zdegradowane formy zachowania”.

A dalej:

„W radiu i telewizji sytuacja jest co najmniej tak samo zła. Większość sponsorowanych programów ma przyciągnąć uwagę publiczności ku reklamowanym towarom przez stymulację zainteresowania seksem”.

Podobnymi obserwacjami wypełniona jest cała pierwsza część książki. Sorokin nie poprzestaje jednak na swoich wrażeniach i przytacza konkretne dane statystyczne: obniżenie wieku inicjacji seksualnej, większa liczba stosunków pozamałżeńskich, wzrost liczby wykonywanych aborcji, popularyzacja środków antykoncepcyjnych, rozpowszechnienie rozwodów, rosnąca liczba dzieci wychowujących się bez dwojga rodziców, ograniczenie liczebności rodzin etc.

Warto przy tym wspomnieć, że Sorokin wcale nie ignorował w swoim wywodzie istnienia projektów seksualizacji społeczeństwa formułowanych przez socjalistycznych ideologów. Także tych realizowanych w Związku Radzieckim – opisywał je szczegółowo, pokazując zgubne konsekwencje dla rosyjskiego społeczeństwa. Zjawisko widział jednak szerzej. Z jednej strony dostrzegał ideologiczny zapał progresywnej lewicy, gotowej wspierać rozmaite formy obyczajowego rozluźnienia. Z drugiej wskazywał na bezosobowy mechanizm kapitalistyczny, który nie tylko temu sprzyjał, ale wręcz aktywnie napędzał cały proces. W jego ujęciu seksualizacja nie była więc wyłącznie wywrotowym projektem, lecz także (a może przede wszystkim) skutkiem logiki rynku, który utowarawia wszystko, co przyciąga uwagę i zwiększa sprzedaż. Karta długotrwałej, napędzanej przez konkurencję rynkową erotyzacji i pornografizacji społeczeństwa pozostaje jednak w dużej mierze przemilczana w prawicowych narracjach. Zamiast – jak Sorokin – uczciwie wspomnieć o niechlubnej roli rynku, „wolnościowa prawica” woli opowiadać historie o potężnych „frankfurtczykach” jako głównych architektach obyczajowego przewrotu.

 

Wszechmocni intelektualiści

Są jednak i tacy autorzy, którzy wcześniejsze kryzysy odnotowują, ale nie wyciągają z tego należytych wniosków, co prowadzi do „plątania się w zeznaniach”. Przykładem może być Patrick Buchanan, który uczynił z „freudowskich marksistów” i feminizmu klucz do zrozumienia tzw. „śmierci Zachodu”. Choć buduje narrację przypisującą zasadniczą rolę wywrotowym ideologom, jednocześnie uczciwie zauważa, że rewolucja obyczajowa lat 60. była raczej kontynuacją procesów zapoczątkowanych znacznie wcześniej, już w latach 20. XX wieku. Wskazuje przy tym na rozmaite „czynniki rozluźniające”: jazz, kulturę klubową, alkohol i kabaret, czyli zjawiska, które (przynajmniej według mojej wiedzy) rozwinęły się bez istotnego udziału marksistowskich teoretyków.

I tu pojawia się pęknięcie, którego Buchanan nie próbuje zasypać. Skoro bowiem kultura kapitalistyczna, rzekomo oparta na stabilnych wartościach i „amerykańskich cnotach”, już w latach 20. zaczęła generować procesy prowadzące do seksualizacji życia społecznego, to trudno jednocześnie utrzymywać, że za cały późniejszy kryzys odpowiadają wyłącznie zewnętrzni ideologiczni „podżegacze”. Jeśli system sam wytwarza dynamikę, którą później uznaje się za destrukcyjną, to problem leży głębiej niż w działalności kilku wpływowych intelektualistów.

 

Pożyteczne feministki

Osobną kwestią jest liberalno-prawicowa narracja obwiniająca o seksualizację i rozwiązłość wpływy feministyczne. I tutaj znów mamy do czynienia co najwyżej z połową prawdy. W czasach, gdy Betty Friedan pisała „Mistykę kobiecości” (swoją drogą również inspirowaną psychoanalizą Freuda) i postulowała odejście kobiet od roli gospodyni domowej na rzecz kariery zawodowej, było to wyjątkowo na rękę kapitalistom. Otwierało bowiem dostęp do ogromnej „rezerwowej armii pracy” kobiet, co w wielu branżach wywierało presję na obniżanie płac (ówczesna gigantyczna luka płacowa jest faktem historycznym). To właśnie pracodawcom opłacało się zatrudniać kobiety taniej, „wyciągać je z domu” i „wyrywać rodzinom”, by włączyć je w mechanizm produkcji. Emancypacja zawodowa, a wraz z nią większa niezależność i swoboda obyczajowa były więc w dużej mierze sprzężone z logiką rynku, który chłonął nowe zasoby pracy. Feministyczne postulaty, nawet jeśli wyrastały z innych intencji, okazywały się funkcjonalne wobec kapitalizmu: dostarczały ideologicznego uzasadnienia dla procesów, które i tak były dla niego korzystne.

Oczywiście istniały również nurty feminizmu jawnie antykapitalistyczne. W ostatecznym rozrachunku to jednak feminizm liberalny okazał się najtrwalszy i najbardziej wpływowy. Ikoniczne postaci takie jak Valerie Solanas czy Shulamith Firestone, choć barwne i wyraziste, reprezentowały raczej radykalny moment historyczny niż długofalowy kierunek rozwoju ruchu. Ich znaczenie było symboliczne, podczas gdy realny wpływ na kształt współczesnych społeczeństw uzyskał nurt feminizmu kompatybilny z logiką rynku. Nie ma w tym nic dziwnego. Idee, które nie wchodzą w konflikt z dominującym porządkiem gospodarczym, mają po prostu większe szanse na instytucjonalne wsparcie i trwałość.

 

Co z tego wynika?

Zebrane argumenty układają się w dość klarowny obraz. Wolnorynkowa prawica, opisując przemiany obyczajowe Zachodu, popełnia błąd selektywności: trafnie wskazuje na jeden z czynników ideologicznych (nurt wywrotowy, związany z rewolucją kulturową), ale jednocześnie sztucznie go rozdyma i traktuje jako wyjaśnienie niemal wyłączne. Pomija przy tym drugi, równie istotny wymiar: długotrwałe oddziaływanie mechanizmów rynkowych, które przez dekady współkształtowały proces seksualizacji. Wątek seksualnych rewolucjonistów, jakkolwiek intelektualnie atrakcyjny, nie jest w stanie samodzielnie wyjaśnić zjawiska tak złożonego jak przemiana obyczajowości Zachodu. Przecenianie roli radykalnych feministek czy neomarksistów może pełnić funkcję wygodnej „narracji mobilizacyjnej”, ale nie przybliża do zrozumienia rzeczywistych przyczyn kryzysu. A bez trafnej diagnozy trudno mówić o jakiejkolwiek realnej „kontrrewolucji”.

[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 27.04.2026 20:30
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 16/2026, oprac. Ludwik Pęzioł