45-lecie „TS": Adam Glapiński – „Ostrożnie z liberalizmem”

- W tekście Adam Glapiński ostrzega przed naiwną wiarą w liberalizm i przekonuje, że budowa kapitalizmu wymaga aktywnej roli państwa, a nie tylko „niewidzialnej ręki rynku”.
- Autor podkreśla za Friedrichem A. von Hayekiem, że rynek nie jest „sprawiedliwy” ani samoregulujący w sensie moralnym.
- Wnioskiem tekstu jest postulat pragmatyzmu: odrzucenia zarówno socjalizmu, jak i skrajnego leseferyzmu na rzecz kontrolowanego, państwowo budowanego kapitalizmu.
„Z tym socjalizmem to trochę jednak przesadziliśmy”.
(Jedno z haseł demonstracji studenckiej w Pradze 17 listopada 1989 r.)
W pewnym sensie wszyscy jesteśmy socjalistami – stwierdził sarkastycznie dziesięć lat temu Friedrich A. von Hayek. Jest charakterystycznym paradoksem, że wszędzie tam, gdzie opinia publiczna popiera system oparty na żywiołowym ładzie rynku, czyni to, przypisując mu zdroworozsądkowo prawidłowości, których wcale on nie posiada. Jak np. wskazuje na to w innej swej pracy von Hayek, system oparty na ładzie rynkowym i wolnej przedsiębiorczości jest często, wbrew faktom, broniony czy chwalony za to, że wynagradza on sprawiedliwie tych, którzy na to zasługują, którzy szczególnie pilnie pracują, są szczególnie uzdolnieni lub przedsiębiorczy.
Rynek nie jest „sprawiedliwy”!
Gdyby taki był (niezależnie od tego, jak rozumieć pojęcie sprawiedliwości), to nie przynosiłby w efekcie dobrobytu, którego doświadczają kraje Zachodu. Już dla klasyków liberalizmu (Locke, Smith) było całkowicie jasne, że sprawiedliwy lub niesprawiedliwy może być tylko sposób uprawiania konkurencji, zabiegów o indywidualny dobrobyt, a nie wynik tych zabiegów i konkurencji. Jak to do znudzenia przypomina von Hayek, von Mises, Friedman i inni apostołowie filozofii klasycznego liberalizmu (a czego nie chcą uparcie zrozumieć prości duchem popularyzatorzy tej filozofii w Polsce), mechanizm rynkowy i społeczny w wolnym społeczeństwie opartym na rynku jest mechanizmem „gry umiejętności i przypadku”. „Niezasłużone” niepowodzenie i „niesprawiedliwe” ubóstwo są w takim systemie równie prawdopodobne, jak sukces i indywidualny dobrobyt. Sprawiedliwe lub niesprawiedliwe są reguły gry, ale ocenie takiej nie podlega sam jej wynik.
W świetle powyższych spostrzeżeń zwraca uwagę powszechna akceptacja gospodarki rynkowej i wolnej przedsiębiorczości w krajach postkomunistycznych. Łatwo tu jednak o nieporozumienia. Społeczeństwa tych krajów, pragnąc wolności politycznych i dobrobytu, słusznie przymierzają swe aspiracje do sprawdzonych historycznie zachodnich modeli ustrojowych. Nie ulega jednak wątpliwości, że zrozumienie istoty mechanizmów rynkowych i funkcji społecznych zasady wolnej przedsiębiorczości jest w społeczeństwach posttotalitarnych jeszcze bardziej znikome niż na Zachodzie. Społeczeństwa wyzwalające się spod totalizmu czeka długa, kręta i z pewnością nierzadko dramatyczna droga nie tylko do prawnoustrojowego zbudowania instytucji gospodarki rynkowej, ale przede wszystkim do ugruntowania się społecznej akceptacji jej zasad. Akceptacji opartej na autentycznym, a nie – jak obecnie w Polsce – na fałszywym zrozumieniu istoty mechanizmu rynkowego. Dlatego też społeczne przyzwolenie na reformy liberalne w Polsce jest iluzoryczne i nietrwałe.
Niechybny odwrót
Nie ulega – moim zdaniem – żadnej wątpliwości, że polska opinia publiczna tak samo łatwo się wkrótce od haseł liberalnych odwróci, jak teraz łatwo się na nie nawróciła. Ten niechybny i pospieszny odwrót nastąpi co najmniej z trzech powodów: Pierwszy z nich, natury psychologicznej, to naturalne wygaśnięcie entuzjazmu wykształconych neofitów i rozbudzonych, płonnych nadziei mas. Mówiąc językiem Woltera,
„większość obecnych protestantów to wychowankowie jezuitów”.
Moment historyczny, w którym się znajdujemy, jest wyjątkowy, ale nie aż tak bardzo, aby zmienić prawidłowości psychospołeczne natury ludzkiej. Prostacki liberalizm, podobnie jak do niedawna „naukowy komunizm”, choć jest równie łatwy do tłumaczenia rzeczywistości, ma tę samą podstawową wadę – nie przystaje do realiów doświadczenia życiowego jednostek. Proste umysły, które łatwo sobie taką doktrynę przyswajają, szybko się od niej odwracają, gdy nie sprzyja ona realizacji ich oczekiwań i nie odpowiada ich bezpośrednim interesom.
Inaczej jest oczywiście z zawodowymi intelektualistami. Ich obecne zachłyśnięcie się liberalizmem będzie trwalsze. Mniej lotni spośród nich znajdą sobie, w jego sprymitywizowanej wersji, nowy odpowiednik „diamatu”, którego zasady i żargon można opanować w kilka dni, zyskując cudowną zdolność udzielania prostych odpowiedzi na trudne pytania, unosząc się przy tym w aurze nowoczesnego światowca.
Po drugie, doktryna liberalna, podobnie jak i polityczny system demokracji parlamentarnej, nie ma w naszym kraju naturalnej bazy społecznej. Nie istnieje licząca się, silna warstwa mieszczańska, której liberalizm polityczny i gospodarczy zawdzięcza swe narodziny i rozwój. W obecnej sytuacji jego trwałą (bo związaną też własnym interesem) bazą będzie u nas jedynie część wspomnianej wyżej inteligencji (zwłaszcza intelektualiści), nieliczni na razie prywatni przedsiębiorcy, a w perspektywie – jakkolwiek niepoważnie brzmiałoby to w tej chwili – przede wszystkim samodzielne chłopstwo. Względne w tej chwili poparcie przez robotników zasad gospodarki rynkowej najprawdopodobniej ma – niestety – charakter przejściowy i będzie się zmniejszać wraz z jej rozszerzaniem się, zwłaszcza że towarzyszy temu (spowodowane skądinąd czymś innym); drastyczne obniżanie się poziomu życia.
Trzecią wreszcie przyczyną nietrwałości haseł wolnorynkowych w Polsce będzie ich widoczna, choć pozorna nieadekwatność do obecnej sytuacji gospodarczej. Konieczność przekształcenia gospodarki polskiej w gospodarkę rynkową jest już oczywista nawet i dla polskiej lewicy (choć w przeciwieństwie do np. projektu programu gospodarczego Porozumienia Centrum wzdragają się oni na słowo „kapitalizm”). Powszechnie uświadamiany jest przecież fakt, że wszystkie zamożne kraje Zachodu oraz szybko się rozwijający Daleki Wschód opierają się na gospodarce rynkowej.
Absurdalne oczekiwania
Jednak doświadczenia ostatniego półrocza jasno uświadomiły trzeźwym obserwatorom naiwność założenia, że samo poluzowanie biurokratycznej kontroli państwowej doprowadzi do budowy efektywnej gospodarki rynkowej. Niektórzy neofici, odurzeni poetyką pism klasyków liberalizmu, zapomnieli, że poza Anglią i Niderlandami żaden kraj europejski nie przechodził w ogóle etapu wolnokonkurencyjnego, że kraje, takie jak np. Niemcy czy Japonia, zbudowały swą gospodarczą potęgę i dobrobyt na drodze odgórnego świadomego konstruowania struktur instytucjonalnych gospodarki. Oczekiwanie, że „niewidzialna ręka rynku” sama zbuduje rynek, jest absurdalne i już teraz nas drogo kosztuje.
Niektórzy doradcy rządowi muszą sobie szybko uświadomić (najlepiej nie ucząc się naszym kosztem na swoich błędach), że „realny kapitalizm” jest bardziej skomplikowany niż aprioryczny model gospodarczy oparty na „czystej” doktrynie liberalnej. A szczególnie dotyczy to samego procesu powstawania zrębów tego systemu. Nic zrobi tego „niewidzialna ręka”.
Sceptyczny realizm
Byłoby niewybaczalnym błędem, gdybyśmy złożyli swój los w ręce dobrodusznych entuzjastów leseferystycznych, którzy z akademicką beztroską chcą stosować do kierowania zmonopolizowaną, postkomunistyczną gospodarką instrumenty odpowie dnie dla gospodarki prawdziwie rynkowej. A gospodarka polska będzie tak długo gospodarką nierynkową, jak długo np. nie powstaną warunki, przy których przedsiębiorstwa będą normalnie reagować na sygnały rynkowe. Nie jest bowiem rynkową gospodarka, gdzie prawu popytu nie towarzyszy jego bliźniaczy brat – prawo podaży, a wielkość produkcji nie zmienia się w wyniku ruchu cen. Pozostając realistą, nie można sobie wyobrazić innej drogi do normalności niż oparcie ładu gospodarczego na przewadze prywatnej własności kapitału. Nie zrobi tego za nas żadna niewidzialna ręka. Potrzebny jest nam dzisiaj mocny społecznym przyzwoleniem (dopóki ono jest) oraz ustawowymi prerogatywami interwencjonizm państwowy skierowany na całkowitą i jak najszybszą destrukcję struktur gospodarki komunistycznej i budowę instytucji kapitalistycznego rynku.
Nie mamy obecnie w gospodarce innego wyboru, niż być sceptycznymi realistami. Nie socjalistami czy leseferystami, ale pragmatykami. Odrzuciliśmy stanowczo marzenie socjalistyczne. W tak delikatnym i ważnym momencie nie przesadźmy jednak tym razem z liberalizmem.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
45 lat „Tygodnika Solidarność”: Wywiad ze Zbigniewem Herbertem z 1994 roku

Magdalena Okraska: W kulturze nadmiaru

Nowy Obywatel. 25 lat pod prąd głównego nurtu
Rafał Woś: Unijczycy nie wiedzą jak działa ich własna pożyczka SAFE

Gen. Wroński: Unijny SAFE to parszywy i fałszywy projekt







